Phuket – rozrywka, pamiątki, etc. This is the end…

Siema,

Po całym mieście najłatwiej poruszać się skuterami, które jak już pisałem sto tysięcy razy w Azji są śmieszne tanie. Jak macie zbyt gruby portfel i chcecie, żeby było przyjemniej i wygodniej nosić jego wychudzoną wersję w kieszeni, olejcie wypożyczenie tego sprzętu – kupcie sobie jakąś używkę 🙂 Taniocha. Przed wyjazdem, albo porzucicie, albo odsprzedacie. Zaraz po nich najpopularniejszym środkiem transportu są troszku stunningowane Tuk-Tuki. Pojazd wygląda jak na załączonym obrazku. Taki mały Żuk, ala kabrio. W przyczepie głośniki i wieczna impreza 😀  Mega tani transport, o który strasznie łatwo. Z każdej strony będą was atakować kierowcy, którzy będą gdakać jak kury czy jakieś inne indyki – tuk,tuk,tuk,tuk,tuk,tuk x1000 Uwaga tylko na naciągaczy. Zawsze cenę za przejazd ustalajcie przed wejściem do auta na Boga…targujcie się!DSC_0242

Taka limuzyna podwiezie was na jakąś potupajkę, albo np. podwiezie na plażę. Z niej możecie w nocy wystartować na mega słynne tajlandzkie imprezy organizowane na plaży wyspy Ko Pha Ngan. Melanż nazywa się „Full Moon Party” i jest organizowany w noc poprzedzającą, lub zaraz po pełni księżyca. Ludzie malują się fluorescencyjną farbą, bawią się ogniem, słuchają elektronicznej muzy, tańce, hulanki, swawole, jednym słowem. Polecam.

DSC_0175

Jeśli już przy plaży jesteśmy. Idąc na nią, na turystów czeka kilka pułapek. Pełno salonów masażu i zawyżone ceny dosłownie każdego produktu na pobliskich stoiskach. Przykładowo zwykły ręcznik do leżenia proponowano mi za taką kasę jakby jego uszyto co najmniej ze złotych nici. Oczywiście uśmiech + targowanie się zdziałały cuda i nabyłem go za wartość kilku magnesów na lodówkę. Polecam pamiątkę, całkiem fajne i pożyteczne przywieźć sobie ręcznik powiedzmy z tajlandzką flagą czy innym motywem. No dobra, ale co do pułapek mają salony masażu?! No dobra deko nad wyrost to ubrałem w słowa. Po prostu mijając je, a są co kilka metrów siłą rzeczy czasem natkniecie się na kathoeye/kobiety oferujące…jakby to ująć w cywilizowane słowa…niech będzie łacina – fellatio. Skąd wiadomo o co im chodzi? Jak ich mijacie po prostu dosyć głośno siorbią. Na prawdę na wspomnienie jednego z mijanych transwestytów, dosyć obscenicznie zachęcającym do spotkania z nim w cztery oczy do dzisiaj zbiera mnie na wymioty.

Wróćmy do czegoś przyjemnego 😉 Na plaży macie całą gamę ciekawych atrakcji do ogarnięcia. Przykładowo jest to lot spadochronem nad morzem (sam nie wiedziałem czy to morze czy ocean. Sprawdziłem tam w internecie i się okazało, że jestem nad morzem andamańskim ;P) – koszt bez targowania to ok. 1500 bahtów. Lot trwa krótko – raptem kilka minut, ale moim zdaniem świetne przeżycie, warte swojej ceny. U mnie dodatkowo wzrósł poziom adrenaliny na myśl o tym, że kontakt z wodą mógłby się dla mnie źle skończyć. Otylia Jędrzejczak to ze mnie nie jest ;PDSC_0159Można też wynająć skuter wodny. Kosztuje to stosunkowo mało, aczkolwiek byle mała rysa przez was spowodowana ciągnie za sobą kolosalnie wysokie grzywne. Przed wypożyczeniem lepiej zróbcie jemu dokładne zdjęcia, żeby potem nikt wam nie wciskał jakiejś ciemnoty o uszkodzeniach jakie spowodowaliście. Podobna zasada tyczy się skuterów na ulicy. Strzeżonego pan Bóg strzeże 😉 Oczywiście wspomnieć należy też o nurkowaniu. Niestety nic na ten temat nie napiszę, bo jestem łamagą i nie umiem pływać, więc nie było mi dane skorzystać z tej opcji spędzenia wolnego czasu ;P Jak chcecie posiedzieć w cieniu przy barze i nie wylegiwać się na piasku pod prażącym słońcem, polecam bardziej przewiewne ciuchy (ORLY?). Ciekawą pamiątką z Tajlandii będą np. lniane spodnie czy też koszula, który to materiał w tym miejscu jest najlepszej jakości. Anyway. Sto tysięcy razy usłyszycie te zaczepki na ulicy: massage? tuk-tuk? linen? Jak to mówi moja matka – „wspomnisz moje słowa”.

Kontynuując dalej temat atrakcji to kompletnie odradzam wam przejażdżki na słoniach i odwiedzenia tygrysów w środowisku bez klatek. Nie chcę się jakoś mądrzyć, czy zamieniać się w obrońcę zwierząt, ale jazda na słoniu przez tysięcznego turystę, czy też głaskania tygrysa i robienie mu milionowego zdjęcia obejmując go nie przysparza komfortu tym zwierzętom. Jak nie chcecie dokładać do tego procederu swojej ręki (Another brick in the wall) to spasujcie. Chcesz zmieniać świat? Zacznij od siebie…

Tym przyjemnym akcentem kończę opis swojej miesięcznej podróży po Azji. Ciężko wszystko to co widziałem i to co przeżyem podsumować w kilu słowach i nie chcę się bawić w jakiegoś mentora…Aczkolwiek w końcu to mój kawałek sieci, olewam zasady ciepłym moczem i niech będę tym mentorem ;D Olejcie wszystko, rzućcie pracę, nie podpisujcie umów, odkładajcie pieniądze i zwiedzajcie świat póki jesteście młodzi. Potem gdy na horyzoncie pojawi się żona/mąż, dziecko, multum kredytów do spłaty nie będzie na to czasu i będziecie bili się w pierś, że nie wykorzystaliście swojego czasu…

PS W przygotowaniu kolejne wpisy, między innymi muszę opisać swoją kolejną podróż po Azji: Wietnam, Kambodża i ponownie Tajlandia 🙂

Serdecznie pozdrawiam i dziękuję, że jesteście. Napędzacie moje życie #wodanamlyn

Bartosz Kwiek

10.08.16 r., Londyn

Cytując Ricka Blaine’a z Casablanci –„piękna historia, wiele takich w życiu słyszałem. Towarzyszyły im dźwięki pianina…”

Kobiety… Jednym słowem witamy w tajlandzkim raju :)

Siema,

Tematyka dosyć przyjemna, więc pisać się powinno lekko i swobodnie. Cytując Mateusza Borka „siadamy głęboko w fotelach, zapinamy pasy i startujemy!” !

Zacznę od naszych lepszych i ładniejszych połówek. Przechadzając się przez ulice Phuketu faktycznie można skręcić sobie kark od ciągłego oglądania się we wszystkie możliwe kierunki. Dla każdego coś dobrego chciałoby się powiedzieć. Nie gustujesz w Azjatkach (a jest ktoś taki?)? Do Tajlandii przylatuje cała chmara wczasowiczek z byłego ZSRR i gwarantuję – jest na czym zawiesić oko 😉 Dla tych bardziej nieśmiałych zawsze istnieje opcja małego Tête à tête oferowanego przez słowiańskie białogłowy za kilkadziesiąt bahtów na najbardziej imprezowej ulicy – Bangla. DSC_0208

Tajki zwęszyły łatwy pieniądz i oferują swoje towarzystwo białym turystycznym bankomatom. Nie chodzi tu tylko i wyłącznie o kilkugodzinne spotkanie w łóżku, ale na przykład o ciągłe spędzenie wspólnie czasu przez powiedzmy trzy tygodnie. Takie wannabe gejsze. Cena towarzystwa takiej pani jest o tyle przystępna, że większość osób może sobie na to pozwolić. Na każdym kroku natkniecie się na rzucające się w oczy pary aż rażące swoim kontrastem – np. wąsaty Janusz z brzuszkiem i młoda, szczupła Tajka. Po jakimś czasie widziana co chwile tego typu para przestawała mnie dziwić. Dla lubiących inne klimaty widziałem też chłopaków ze swoimi „przyjaciółmi”. Przyjaciółek z przyjaciółkami nie widziałem. Niestety takie rzeczy tylko w filmach ;P

EDIT: Zapomniałem wspomnieć. Dla rządnych tego typu towarzystwa. „Wynajęcie” dziewczyny do towarzystwo wygląda w taki sposób, że kierujecie się do baru. Z oddali będą już do was krzyczeć Tajki i zachęcać was aby się do nich przysiąść, tak więc z obraniem celu nie powinniście mieć kłopotu. Dziewczynę, która wam się podoba odseparowujecie od jej koleżanek (oczywiście za jej zgodą), stawiacie drinki, normalnie rozmawiacie. Jeżli poczujecie, że to właśnie ta, rozmawiacie z barmanem, który podaję wam cenę za czas spędzony z dziewczyną i na jakich warunkach będzie z wami przebywała. Tak to wygląda…

Jak już jestem przy paniach to zacznijmy temat masażu. Będąc w Tajlandii nie pójść na masaż to tak jak odwiedzić Watykan i nie wejść do kościoła. Jednym słowem – trzeba to zrobić! Szczególnie, że jest to naprawdę przyjemne i do tego strasznie tanie (jak zresztą wszystko w tym państwie ;P). Za godzinę masażu olejnego zapłaciłem 250 Bahtów (ponad 4 funty). W praktyce wyglądało to tak, że w trakcie dosyć często oferowana jest usługa „happy endingu”. Domyślcie się o co chodzi. Jeśli chcecie liczyć na coś takiego uderzajcie do „salonu” przed, którym siedzi dużo ładnych kobitek natarczywie zachęcających (nie koniecznie tylko krzykiem, ale też klepaniem po tyłku, etc.) do odwiedzenia ich miejsca pracy. Uwaga! Masaż wykonuje randomowa kobieta. Jeśli chodzi wam o profesjonalny tajski masaż (bolesny, aczkolwiek warto) polecam ciche i mniej rzucające się w oczy salony. Fachowi masażyści to zwykle nie koniecznie gwiazdy Playboya…

Ehh te kobiety…zmiana tematu. Przyszła kolej na transwestytów 😀 W tym państwie ich jak mrówków. Ludzie się w ogóle nie dziwią ich widząc, nie oglądają na nich, nie podśmiechują się, ogólnie źle nie reagują. Przyjęło się tak, że obdarza się ich poważaniem i szacunkiem za szereg trudów jakie przeszli dokonując zmiany płci, której w Tajlandii są trzy rodzaje. Męska, żeńska i kathoey. To właśnie bohaterowie tego akapitu zaliczają się do ostatniej, która dzieli się na kathoey męskie, oraz damskie. Coś ważnego. Rada przydatna na przyszłość. Przedstawiciela trzeciej płci poznacie po dużych stopach, jabłku Adama, nadmiernym eksponowaniu kobiecych wdzięków, niskim głosie i dużym wzroście.

DSC_0211
NIE BANGLASZ?!

DSC_0240

Jedno z must do w Phuket to pójście nocą na Bangla street i za drobną opłatą sfotografowanie się z kilkoma drag queen przebranymi w iście imprezowe kreacje 🙂 Apropos tej ulicy. Kolejne must see/do na Patongu. Odwiedzić ulicę cudów, która tętni życiem 7 dni w tygodniu i budzi się do życia w nocy – Bangla . Jest to deptak, na którym po obydwu stronach są ciasno poustawiane puby i kluby z tańczącymi na rurach często pod gołym niebem paniami/kathoeyami. Chcecie się napić? Chcecie iść na „masaż”? Chcecie się zabawić? Chcecie zjęść robale z ogniska? Chcecie się kupić marijuane? Chcecie zrobić sobie zdjęcie z Indianiem? Chcecie posmakować jarmarcznych atrakcji? Lubicie głośną muzykę i piękne kobiety? To miejsce jest dla was 🙂 Ja np. odwiedziłem jakiś klubik gdzie był otwarty mikrofon, jakiś koleś z Australii śpiewał całą dyskografię Bon Joviego. Zmieniała jego co chwila przecudowna Tajka ze swoim zespołem, odśpiewując znane hity. W pewnym momencie podziękowała publiczności za wsparcie brawami i dobrą zabawę prezentując nam striptiz do motywu przewodniego z Titanica 😀 Najzabawniej było przecisnąć się do swojego stolika przy barze. Zdarzyło mi się to po raz pierwszy w życiu i poczułem się jak gwiazda rocka. Musiałem naprawdę odpędzać się od dziesiątek dziewczyn atakujących mnie z każdej strony. Nie były to tylko werbalne zaczepki, ale też fizyczny pressing (nie powiem miłe uczucie ;P)… Poza kobietami oczywiście strumieniami lał się alkohol. Ja w większości piłem tej nocy za friko, bo non stop ktoś stawiał kolejkę wódki dla całej knajpy. Wygląda to tak, że ciągniecie za taki sznur, bijąc jednocześnie w dzwon. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało jeśli idziecie w takie miejsce zachowajcie zdrowy rozsądek…Ponad wszystko pilnujcie swojego portfela, nie przeginajcie z alko i miejcie oczy wokół głowy…Tej drugiej też, bo chyba nie jest to miłe uczucie obudzić się w łóżku obok kathoeya. Niby co było w Tajlandii, zostaje w Tajlandii, ale jednak dobrze mieć własny rozum.

Ten wpis miał być dłuższy, ale doszedłem do wniosku, że muszę to jakoś podzielić na części, żeby czytanie nie było męczące. Nie chcę nikogo znudzić. Także slowly, slowly. Następna część soon…

Arghhh szczury lądowe!

Pzdr,

Bartek,

Londyn, 07.08.16

Jak żyć panie premierze? Czyli jak wiązać koniec z końcem w Tajlandii.

Siema,

Wstęp mamy za sobą. Podstawowe info na temat Tajlandii, z czym to się je, jak kupić bilety, jaki system polityczny tam panuję – też. Czas przyszedł to na co tylko w życiu się liczy: hajs, alkohol i kobiety. Faktycznie jest deko inaczej, ale przynajmniej zabrzmiało to śmiesznie. Chyba.

EDIT: Tematyka kobiet jest zbyt obszerna, żeby zmieściła się w tym odcinku. Soon.

EDIT 2: Zapomniałem napisać. Zależy oczywiście w jaki rejon Tajlandii lecicie, ale jeśli jest to turystyczne miejsce – nie przejmujcie się szczepionkami. Po co wydawać niepotrzebnie pieniądze. Co innego gdy będziecie w rejonach gdzie występuję malaria, lub traficie na porę deszczową z dużą ilością latających i przenoszących wszystko co możliwe moskitów. Poproście lekarza o radę, aczkolwiek ja polecam po prostu tabletki przeciw malaryczne. Zażywa to się kilka tygodni przed wyjazdem, w trakcie i kilka tygodni po wyjeździe.

$$$

Anyway. Walutą Królestwa Tajlandii są Bahty. Patrząc na maj i czerwiec 2016 najkorzystniej było zabrać ze sobą funty i zamienić je na miejscu na okoliczne Srebrniki. Patrząc na to przez pryzmat Phuket, Bangkoku i wyspy Pattaya (miast gdzie byłem), kantorów jest naprawdę bezliku i będziecie się o nie dosłownie potykać. Z tego co pamiętam to za 20 GBP kupowałem 1000 THB (Bahtów), wychodziło 2 funty za 100 ichniej waluty. Co można było za to kupić? Ano całkiem dużo. Tajowie mają dużo gorszą sytuację finansową niż europejskie państwa. Niejeden z was spokojnie poczuję się tam jak szejk, którego stać na wszystko.

Alko

Przede wszystkim dlatego nie jest to kraj dla alkoholików 😉 Piwo + Spy (coś ala Breezer) to koszt 100 THB. W godzinach wieczornych w knajpie oczywiście cena piwa wzrasta, ale powyżej 100 na pewno nie skoczy. SPY

Najbardziej znanym miejscowym alkoholem jest tajska whisky. Oczywiście nie omieszkałem jej spróbować. Niestety to nic nadzwyczajnego, aczkolwiek polecam się napić dla samego faktu. Nazywa się – Hong Thong. Zawsze to jakieś exotico.

w

Napój bogów w najtańszych cenach znajdziecie w sieci sklepów otwartych chyba całą dobę „7 Eleven”.

Jedzenie

Co dalej…aha jedzenie.  Ciężko o chleb i mleko, oraz podobnie jak w Chinach – brak wody gazowanej. Czemu? Nie wiem…W knajpce jedzenie znajdziecie spokojnie za minimum 30 bahtów. Szczególnie polecam wam dwa tajskie przysmaki: jeden to Pad Thai (czyli sałatka z pędami bambusa z mięsem, lub krewetkami) i zielone curry. Tajowie mają jobla na punkcie owoców morza. Nie dość, że jest ich strasznie duży wybór to ich ceny w kategoriach filmowych załapały by się na komedię. Cytując Maxa Kolonko, mówiąc z wyraźnym akcentem amerykańskim – „to właśnie tu! W tym miejscu!”, możecie zjeść chociażby ostrygi czy homara nie będąc bogaczem tylko ze zwykłym portfelem przeciętnej grubości. Mała porada odnośnie jedzenia krabów. Nigdy nie zamawiajcie kraba jak jesteście strasznie głodni, ja popełniłem ten błąd. Zanim go ugotują i przyrządzą mija około pół godziny, które będą istną katorgą dla waszego żołądka. Do tego mięsa w nim tyle co kot napłakał…Bym zapomniał, żeby się do niego dostać trzeba rozłupać pancerz nieboraczka, a nie należy to do łatwych czynności kiedy człowiek jest głodny. Oprócz frutti di mare znajdziecie frutti di nature czyli pieczone owady. Karaluchy, świerszcze, skorpiony i czort wie co jeszcze…o tym później…

Odwiedźcie koniecznie jeden z bazarów („market”) i nocnym marketów, gdzie jest cała masa jedzenia przyrządzanego na waszych oczach. Taniocha jak nie wiem i niebo w gębie. Będziecie mieć okazję do zjedzenia taki frykasów jak grillowane: ośmiornice, kałamarnice, rekinie mięso, ryby na patyku i sto tysięcy innych rzeczy. Strony nie starczy, żeby to wymienić. Spróbujcie koniecznie lodów, podawanych w skorupie kokosa 🙂 Za darmo dostaniecie szklankę kokosowej wody ze środka! #janusz_mode_on

DSC_0226 DSC_0223 DSC_0224 DSC_0233

Należy tu wspomnieć o durianie. Do większości z was pewnie dotarła zła sława tego owocu, ale i tak napiszę o co chodzi ;P A co mi tam! Jest to jeden z największych owoców na kuli ziemskiej, wygląda jak ogromne najeżone kolcami jabłka, lub gruszka i jest żółtej barwy.

DSC_0148

Posiada charakterystyczny zapach…padliny 😉 Ze względu na jego intensywność często w środkach komunikacji miejskiej i ho(s)telach panuję zakaz jego wnoszenia. Smak duriana jest również specyficzny. Azjaci się rozpływają jego jedząc, a to zapewne dlatego, że posiadają inne kubki smakowe niż mieszkańcy starego kontynentu. My, Europejczycy („We, the people!” :D) krótko mówiąc mamy po nim odruchy wymiotne. Mało kto wytrzyma więcej kęsów niż jeden, a ze świecą szukać ochotnika, który porwie się na konsumpcję całego owocu.

Coś czego kompletnie nie polecam. Ja tam wlazłem tylko z ciekawości, żeby zobaczyć menu – McDonald. Moim zdaniem szkoda marnować czasu na wizytę w tym miejscu i lepiej zjeść coś lokalnego, ale jak kto woli. Warto nadmienić jedynie, że jak to w każdym państwie w menu znajdują się „dania” specjalne. W tym wypadku były to krewetki w cieście. O, i tyle…

13461213_10206389334588975_1859341257_o

W następnym odcinku przybliżę wam to co tygrysy lubią najbardziej: kobiety, nocne życie i rozrywki na Patongu 🙂 Kiedyś tam napiszę co tam zwiedzić, ale to sprawa marginalna ;P

Cya,

Bartek,

Londyn 06.08.16 r.

Tajlandia – zarzucamy kotwicę.

Siema,

Po trwającym trzy tygodnie zatoczeniu koła po Chinach, przygodach, trudzie, zmęczeniu, ciągłym bieganiu, kombinowaniu, etc., dobrze by było w końcu odpocząć. Co by tu nie mówić były to cholernie intensywnie spędzony czas. Przewidzieliśmy przyszłość i uwzględniliśmy w naszych planach spędzenie czasu na wylegiwaniu się na plaży, piciu alkoholu, nie zwiedzaniu niczego i nic nie robieniu. Jednym słowem – Tajlandio welcome to! 😀 Ściślej mówiąc przed nami dziewięć dni opierdalanda na plaży w najbardziej turystycznej tajskiej wyspie – Phuket.

OK, ale po co chcę to opisać na tym blogu? Ano wrzucę kilka fotek, wypiszę kilka interesujących (mam nadzieję) faktów na temat tego państwa, wypunktuje rady jak przetrwać na wyspie i nie zostać ogołoconym z każdego posiadanego banknotu, postaram się wam przedstawić ciekawostki i przydatne informacje dla przyszłych bywalców tego „raju” na Ziemi. Myślę, że jest to warte podania dalej 😉 Nie będzie tu obszernych relacji z ciekawych miejsc jakie tam odwiedziłem, bo poleciałem tam w innym celu. Olać to wszystko , czasami trzeba rzucić się w wir alkoholu i chilloutu. Info, które tu wrzucę podzielę na kilka części, żeby wszystko było dla was bardziej przejrzyste i uporządkowane.

Tak więc zacznijmy ostatni przystanek mojego tourne’e po Azji 🙂

Te kilka akapitów posłużyły za wstęp, koniec wodolejstwa i rock ‚n’ roll. Jak to się mówi – „w Azji wszystko jest tanie, a najdroższe są jedynie bilety do niej”. Jest to absolutna prawda. Bilety jak powiedziałem są najdroższe, co nie znaczy, że kosztują mega dużo kasy. Zależy jak daleko w kontynent chcecie się zapuścić. Na zwykły odpoczynek na plaży, bez zbędnego latania za różnymi atrakcjami i zabytkami polecam właśnie Tajlandię. Powiedzmy, że jest to azjatycki substytut Egiptu.

Przed przyjazdem warto dokładnie dopasować czas swojego przyjazdu do pory pogody panującej na miejscu, które de facto są tylko trzy:

  • chłodna (od listopada do lutego),
  • gorąca (od marca do maja),
  • deszczowa (od czerwca do października);

Liczcie się też z tym, że podczas pory chłodnej czyli tzw. sezonu turystycznego ceny będą dużo, dużo wyższe niż zwykle. Przed przyjazdem zakupcie koniecznie olejek do opalania, gdyż na miejscu przepłacicie za niego kilkadziesiąt krotnie!

Aby wjechać do Tajlandii obywateli Unii Europejskiej nie obejmuje obowiązek wizowy. Koniecznością jest jedynie wypełnienie odpowiedniego druczku, wręczonego przed lądowaniem w tym państwie, lub przy przekroczeniu granicy lądowej. Taki sam obowiązek dotyczy nas podczas opuszczania tego kraju. Stempel w paszporcie gwarantuje nam 30-dniowy pobyt na terenie Królestwa.

W państwie tym panuje monarcha, król – Bhumibol Adulyadej. Jego oryginalny wizerunek (zwykle w okularach) jest widoczny na każdym banknocie, oraz często na różnych kapliczkach, flagach, obrazach, itp. stojących po prostu przy ulicy. Obowiązujące prawo nader surowo każe wszystkich ludzi, którzy w dowolny sposób znieważą wizerunek króla. Tak dobrze napisałem: wszystkich ludzi. Nie tylko obywateli Tajlandii, tylko turystów także. Chociażby nie jest mile widziane gniecenie pieniędzy, na których jest jego twarz. Były przypadki, że jakiś chłopaczek-turysta zamalował sprayem portet Bhumibola. Przyprowadzony przed sąd został ułaskawiony dopiero przez samego króla. Coś mi się obiło o uszy o jakimś dziadku z Australii, który też w jakiś sposób złamał to prawo. Król go też ułaskawił. Groziło im kilkadziesiąt lat w tajskiej ciupie, także zapewne nic przyjemnego. Jak wynika z podanych przykładów nie ma tam jaj, na szczęście monarcha jest dosyć wyrozumiały.

DSC_0143

Moja przygoda zaczęła się na wyspie-klonie Ibizy – Phuket. Dokładnie w jednym z hosteli w dzielnicy Patong.

DSC_0149

O hostelu potem się rozpiszę. W kolejnym poście pociągnę również temat gotówki i w sumie dodam cokolwiek co mi do głowy wpadnie 🙂

Aloha,

Bartek, Londyn 04.08.16

Szanghaj – Bye, bye China!

Siema,

Tak to już prawie koniec opowieści. Zaraz, zaraz, jeszcze trochę was pomęczę tą podróżą. Na koniec zostały dwa przystanki. Szanghaj i Tajlandia. Teraz skupię się jednak na tym pierwszym, a dla wytrwałych już w kolejnym wpisie zapraszam w podróż do turystycznego raju – wyspy Phuket.

Poobijałem się ostatnio po wioskach i małych mieścinach, więc po złapaniu świeżego powietrza dla odskoczni przydało się po inhalować czystym smogiem 😉 Zakładaliśmy, żeby na miejsce dostać się super szybką koleją – Jinghu (prędkość to około 400 km/h), ale górę nad tym pomysłem wzięły dwa „ale”. Jedno, że nasz budżet się znacząco skurczył i trzeba było zacisnąć pasa oraz wygoda. Mianowicie pociąg zatrzymywał się…no właśnie czort wie gdzie. Pamiętam w każdym razie, że było to daleko od miejsca gdzie mięliśmy zamieszkać. Anyway. Trafiliśmy tam inaczej, ale trafiliśmy 😀 Tym razem wraz z Konradem wylądowaliśmy w największym z chińskich miast oraz jednym z największych portów na świecie – Szanghaju. Miasto to jest jedną z kilku nazwijmy to „chińskich enklaw” i ze względu na swoją przeszłość, która siłą rzeczy też kształtuję przyszłość czuć w nim powiew zachodu. Uwierzcie mi, że strasznie się cieszyłem na widok wszędzie widocznych napisów w alfabecie łacińskim i ludzi, którzy rozumieli język angielski (o czym też należy wspomnieć i byli…jakby to powiedzieć poprawnie politycznie? Śniadzi chyba.).

Zamieszkaliśmy w hostelu, mieszczącym się na jednej z 18 dzielnic – Pudongu. Jest to centrum chińskiego biznesu i chyba najbardziej reprezentatywna część Szanghaju. Znajdowaliśmy się minutę (serialnie) drogi od sławnej promenady – Bund, zbudowanej nad rzeką Huangpu. Dominują tam budynki zupełnie nie pasujące swoim stylem do chińskiego budownictwa. Co poniektóre wybudowane w XIX w. mieszczą m. in. różne ambasady, hotele i krajowe banki.

Po drugiej stronie rzeki znajduję się równie przepiękny, jak nie piękniejszy obraz. Zapewne większość z was dobrze zna ten widok z pocztówek czy innych zdjęć. Znajdują się tam dwa obiekty z listy „naj”. 5-ta najwyższa wieża telewizyjna na świecie (Oriental Pearl Tower), również piąte w kolejności wysokości Shanghai World Financial Center i plasujące się gdzieś na tej liście Jin Mao Tower. Te trzy budowle okraszone lasem drapaczy chmur tworzą symbol Szanghaju rozpoznawalny na całym świecie. Wprost idealne miejsce na zdjęcie. Najlepiej nocą, aczkolwiek uważajcie, bo o 22 miejscowego czasu gaśnie oświetlenie i wieżowce tracą swoją magię.

DSC_0988

Ja niestety się spóźniłem z nocnym pozowaniem, dlatego zdjęcie poniżej wygląda jak wygląda 😉 Co by tu nie mówić, bez względu na pogodę i okoliczności foty nie można było odpuścić 😀

DSC_1024

Jakby komuś się nudziło zawsze może sobie zrobić zdjęcie z bykiem na Bundzie, którego to dotyk jąder podobno przynosi szczęście 😀

DSC_0970

Obok kolejny komuch do kolekcji. Czyli pomnik Mao Tse-tunga. Polecam wam poczytać o jego historii, ponieważ posiada ciekawy życiorys i cholernie dużo zmienił w dziejach Chin. Sami wystawcie o nim opinię. Nie była to jednoznaczna sylwetka.

DSC_0927

W mieście za dużo nie zwiedzaliśmy. Oczywiście jest trochę rzeczy wartych uwagi, jak chociażby: Świątynia Nefrytowego Buddy, stos muzeów, ogrodów botanicznych i miejsc z Buddą w centrum. Do tego cała masa architektonicznych pozostałości po kolonialnych czasach. Naprawdę ogrom budynków, które są sygnowane mianem ciekawostki „must see” moim zdaniem jest niewart zachodu, bo to samo jest w Europie.

Czując się zmęczony wtórnością tych rzeczy poszedłem zwiedzić tylko ogrody Yuyuan. Jest to powiedzmy park botaniczny, podzielony na kilka części. Wybudowany podczas panowania dynastii Ming w XVI w. poddany kilku renowacjom przetrwał do dzisiaj już jako element dziedzictwa narodowego Chin. Ogród jest perłą w chińskiej koronie, więc warto było tam zajrzeć. Wstęp to tylko 40 Yuanów, na wydanie których i tak ciężko było namówić Konrada, który nie chciał więcej słyszeć o Buddzie, ogrodach i świątyniach 😀

DSC_0941 DSC_0948 DSC_0961

Ogrody mieszczą się na znanej uliczce, jakżeby inaczej nazywającej się Yuyuan street. Też dosyć znana miejscówka, gdzie możecie kupić pełno ciekawych pamiątek, zjeść egzotyczne jedzenie smażone na patyku, lub też kupić i napić się prawdziwej chińskiej herbaty.

DSC_0940

Jak już jestem przy zakupach polecam odwiedzić chyba najbardziej znany szanghajski deptak – Nanjing Lu. Strasznie tłoczne miejsce gdzie przekonacie się na własnej skórze jak wyglądają przeludnione ulice w Chinach. Do tego kupicie tam wszystko i uświadczycie najmodniejsze marki z całego świata. Podsumowując – główna zakupowa ulica.

DSC_0936

13872399_10201732171542674_1005686582_n
Gdzie ja k**** mam do cholery iść?!

Spacerując nocą, bocznymi uliczkami wpadły mi w oko zakłady fryzjerskie. Czemu? Już spieszę z wyjaśnieniami. Zacznijmy od tego, że niektóre z nich (te wyposażone w taki kręcący się kolorowy wałek) były ciągle otwarte po 22 i paliło się w nich czerwone światło. Eee? What da fuck? Fryzjerów nie było, a w środku białogłowy czekające na klientów. Myk polega na tym, że w Chinach prostytucja jest nielegalna i za korzystanie z takich usług jest ciężka kara. Udało się to obejść w ten sposób, że te panie, o których wspomniałem oficjalnie oferują mycie głowy. Z tymże w ramach tego wchodzą jeszcze inne usługi, wzbogacone o większą interakcję z ciałem klienta 😉 Potrzeba matką wynalazków. Władza przymyka na to oko, bo zapewne też czerpie z tego profity. Jest popyt, jest podaż.

DSC_0994 DSC_0995

Coś się kończy, a coś się zaczyna. Spadam z Chin, kolejny odcinek – Tajlandia.

Pzdr,

Bartek

27.07.16 r. ,Londyn