Dzień VII i VIII – 12.02.18 i 13.02.18

Dzień VII – 12.02.18

Siema,

(…) Niestety nasz pobyt na Islandii chylił się ku końcowi. Rześcy i w pełni sił, a co najważniejsze z w pełni wypoczętym kierowcą wkroczyliśmy w przedostatni dzień naszej podróży. Jeśli wszystkie prognozy pogody się sprawdzą (a to akurat czysta loteria) i wszystko pójdzie zgodnie z planem popołudniu powinniśmy dojechać do Reykjaviku. Tam pomyślimy co dalej i gdzie szukać noclegu.


Złoty Krąg

W pierwszej kolejności przed ponownym przyjazdem do stolicy postanowiliśmy odwiedzić kilka miejsc należących do tzw. Złotego Kręgu. Mianem tym określono najpopularniejszą turystyczną trasę mającą początek w Reykjaviku i dalej biegnącą na wschód, by ostatecznie się zapętlić. Jej trzy główne atrakcje to: wodospad Gulfoss, geotermalny obszar Geysir i Narodowy Park Þingvellir. Oczywiście pomiędzy nimi jak to na Islandię przystało, znajdują się dziesiątki innych atrakcji. Jako namiastka tego czego się można spodziewać po drodze, niech posłuży mój OPIS wizyty w kraterze wygasłego wulkanu – Kerid. Zatrzymujecie się gdzie wam się podoba, hulaj dusza piekła nie ma! 😉


Kuce Islandzkie

CSC_0524 DSC_0516 DSC_0520

Relacja z mojego pobytu w tym państwie nie byłaby kompletna bez poświęcenia kilku linijek tekstu naszym stałym gościom – kucom islandzkim. Gdziekolwiek pojechałyśmy, tam były. Śnieg, mróz, deszcz, zawieja, zadyma, pustkowia – dzielnie znoszą wszystko i dostosowują się do każdych warunków. Zapewne spowodowane jest to tym, że ich przodkowie sprowadzeni tu około 1000 lat temu przez Wikingów, żyjąc w całkowitej izolacji nie mięli innego wyjścia jak zaadoptować się do tego surowego środowiska. Z tytułu mijanych lat, wieków, a nawet epok ich cechy wbrew pozorom nie ulegają recesji, a wręcz przeciwnie. Na pewno przysłużyło się tu embargo nałożone na import koni na wyspę, co ma zapobiec krzyżowaniu się kuców islandzkich z innymi rasami i powolnemu zanikowi ich wyjątkowości. Prócz możliwości egzystencji w różnym środowisku, konie te charakteryzuje niski wzrost (ok. 140 cm), siła i wytrzymałość, bujne owłosienie (grzywa, ogon, okolice kopyt) i lekki, płynny sposób poruszania się.


Ze względu na akcenty humorystyczne droga do pierwszego odcinka, którego pokonanie sobie założyliśmy minęła w mgnieniu oka. Standardowo ja robiłem za pajaca, ale niestety skecz ze zjazdem na jabłuszku spalił na panewce. Śniegu było za dużo i zamiast zjeżdżać, bezwładnie zapadałem się w zaspy. Wszyscy się śmieli oprócz mnie, ale grunt, że humor dopisywał 😉 (#PatchAdams)

  1. Gulfoss

DSC_0544

Najbliżej mieliśmy do jednego z ogniw Złotego Łańcucha (tfu kręgu) – wodospadu Gulfoss. Niestety, ale jest to strasznie tłoczne miejsce, nastawione na dojenie turystów z gotówki. W związku z tym nie powinno dziwić, że wstęp do toalety publicznej to koszt 200 ISK. Jednak prawdziwa maszynka do pieniędzy znajduje się zaraz przy parkingu. Jest to sklepik z pamiątkami i jedzeniem. Napisałem sklepik? Odpowiedniejsze słowo to moloch. Jeżeli macie dużo niepotrzebnych pieniędzy, gwarantuję że z wydaniem ich nie powinniście mieć żadnych kłopotów. Ceny raczej do normalnych nie należały i były porządnie windowane. Zwykła zapalniczka była w cenie 380 koron, a przykładowo za duży magnes trzeba było wręczyć 600 ISK. W posiadanie pięknego wełnianego swetra z islandzkich owieczek, można było wejść za 30 000 tamtejszych wariatów. Drogo? Kto bogatemu zabroni J Z moim budżetem na pamiątkę mogłem sobie wziąć co najwyżej islandzkie monety i powietrze…

DSC_0539

Miałem się jednak skupić na wodospadzie. Oczywiście, podobnie jak i wszystkich miejsc, które opisałem i opiszę, zwiedzanie tego, także jest darmowe. Do Gulfossu prowadzą dwie ścieżki (których zresztą ze względu na tabuny podążających gęsiego turystów trudno nie zauważyć). Jedna z nich prowadzi schodami w dół i daje możliwość podziwiania tego 32 metrowego kolosa z perspektywy najniższego poziomu. Idąc jednak ciągle przed siebie i nie zbaczając ze szlaku, dojdziecie do drewnianych platform. Roztacza się z nich cudowny widok na liczne wielopoziomowe spady nadających rwącej rzece Hvita co raz to większej prędkości, która ostatecznie z hukiem spływa w dół tworząc cały wodospad.  Wisienką na torcie niech będzie tęcza, która ukaże się co szczęśliwszym 🙂

DSC_0536

A propos rzeki. Jest bohaterką pewnej miłosnej historii. Swego czasu (XVII w.) przypadła jej niechlubna rola bariery pomiędzy parą zakochanych. Pasący owce syn farmera z pobliskiej wsi Brattholt, na drugim brzegu rzeki dostrzegł kobietę, w której zakochał się od pierwszego wejrzenia. Pastereczkę z miasteczka Hamarsholt. Zauroczenie zadziałało w dwie strony. Dziewczyna zaprosiła go do siebie, a chłopak nie bacząc na rwącą rzekę, kierując się płyciznami szczęśliwie przeprawił się do niej. Wiadomo tylko tyle, że Amor spisał się na piątkę. Zakochani się pobrali, a z ich miłości zrodziło się liczne potomstwo. Pastuszek zasłynął jako jedyna osoba, która przekroczyła ­­Hvitę ponad wodospadem.

DSC_0526

  1. Park Geotermalny Geysir

Veni, vidi, vici. Jedziemy dalej. W tzw. międzyczasie minęliśmy kilka aut nieszczęśników, którzy przegrali z siłami natury. Szczęście w nieszczęściu, że samochody były puste, a właściciele zapewne zostali odstawieni do jakiejś ciepłej noclegowni.

DSC_0573 IMG_6649

Do geotermalnego pola Geysir mięliśmy raptem około 10 km jazdy. Oczywiście jest to kolejny magnes  na turystów, co jest niestety równoznaczne z tym, że to punkt z rodzaju must see. Jego nazwa wzięła się od praojca wszystkich gejzerów o nazwie…(werble!) – Geysir!

Krótko i zwięźle. Cały teren przypomina iście księżycowy krajobraz. Krater na kraterze, kilka gejzerów na krzyż, zero zieleni, a wszystko to otulone w opary siarki. Sielankę psuję jednak wszechobecna międzynarodowa tłuszcza, ogromny parking zapchany do granic możliwości i nie można zapomnieć przede wszystkim o sklepo-restauracyjnym tworze 😉 .

We wcześniej wspomnianym przybytku dla chętnych istnieje możliwość spróbowania oryginalnej kuchni opartej na gorących źródłach. Zachęcam chociażby do spróbowania wypiekanego przez dobę, za pośrednictwem wysokich podziemnych temperatur chlebka – Rúgbrauð.

Geysir

Miejsce położenia tego gejzeru jest niepozorne i przysypane śniegiem, bo wybucha on tylko co około dwa dni. Staruszek ten nie jest już tak fenomenalny, jak kilkadziesiąt lat temu, kiedy to wytryskał wodą na 70/80 metrów. Teraz jest już to tylko kilka (gejzery mają to samą przypadłość co ludzie. Z wiekiem opadają na siłach 😀 ), a i tak zaobserwujecie to kiedy będzie wam towarzyszyło niesamowite szczęście.

DSC_0569

Strokkur

IMG_4508

Głównym aktorem na scenie jest osławiony gejzer Strokkur. W nieregularnym odstępie czasu, co około kilka minut, wystrzeliwuje wiązką wrzątku na wysokość 30 metrów. Kwestia nieznania dokładnego czasu wytrysku nie ułatwia wcale czatowaniu ze statywem na siarczystym mrozie, żeby uchwycić ten moment…

IMG_4509
Było ciężko, ale jakoś się udało sfotografować ten cud natury.
DSC_0567
Lepiej niech nikomu nie przyjdzie do głowy wrzucanie monet do gejzerów, bo sutki mogą być tragiczne… Nie tylko dla zdrowia, ale również dla tego cudu natury.

  1. Þingvellir

Trzecim i zarazem ostatnim muszkieterem jest leżąca w pobliżu perła w koronie islandzkich rezerwatów – Park Narodowy Þingvellir. Jest on o swego rodzaju skarbem Islandii, gdyż zaliczany jest do grona miejsc światowego dziedzictwa UNESCO. Nie będę się rozwodził na jego temat, bo jak mam być szczery to tylko przejeżdżałem obok. Niestety upływający czas nie sprzyjał ponadprogramowym postojom. Wiem tylko tyle co usłyszałem i wyczytałem… Mianowicie pośród pięknych niczym nie skażonych jezior (park leży przy największym islandzkim jeziorze Þingvallavatn), łąk, etc. Znajduję się na miejscu zazębienia dwóch płyt tektonicznych (eurazjatyckiej i północnoamerykańskiej), których wyrwa jest rajem dla rządnych wrażeń płetwonurków. A propos rządu. W obrębie tego parku narodowego w 930 roku mieściła się siedziba pierwszego na świecie parlamentu.


Reykajvik

Do Reykjaviku dojechaliśmy drogą nr 36, w ponad pół godziny. Kolega z ekipy, zbierający płyty winylowe z każdego państwa, które odwiedza nie podarowałby odpuszczenia sobie Islandii. W związku z tym nie omieszkaliśmy wspólnie odwiedzić salonu muzycznego (stary winyl to wydatek 300 ISK, a coś znanego i w miarę nowego nabędziecie za 2/3 k.). Z początku towarzyszyliśmy mu całą paczką, potem nasze drogi się rozeszły…

IMG_4512
Jedna z ozdób na ścianach we wcześniej wspomnianym sklepie. PS Podobieństwo do polskiego polityka jest zupełnie przypadkowe. Chyba 😉

PS Okoliczności ku temu sprzyjają, tak więc podzielę się z wami ciekawym odkryciem z dziedziny islandzkiej muzyki. Słyszeliście kiedyś tamtejszy hip-hop? Jestem w stanie domyślić się odpowiedzi 😀 Pozwólcie, że zareklamuję tu dosyć młody (początki w 2013 r.) zespół o nazwie Reykjavíkurdætur (tłum. Córy Rejkjaviku). Tworzy go 11 dziewczyn, których flow i ekspresja na pewno wywołają na waszych twarzach szeroki uśmiech od ucha do ucha i poprawią humor 🙂

Jeśli jesteście ciekawi niszowej muzyki z najodleglejszych zakątków świata, gorąco polecam sprawdzić kanał na Youtube o nazwie KEXP. To właśnie tam pojawił się występ zespołu, który wcześniej wspomniałem. Zbaczając nieznacznie z tematu Islandii, aczkolwiek pozostając ciągle w Skandynawii… Może wam się spodoba ta duńska perełka będąca moim najnowszym odkryciem – zespół Heilung.


…Kiedy on kontynuował swoje tournee po kolejnych sklepach, my odwiedziliśmy Vinbudin (a jakże!) i udaliśmy się do Bonusu po spożywcze zakupy. W tzw. międzyczasie znaleźliśmy odpowiadający każdemu nocleg. W stolicy mijało to się z celem, bo wszystko tam jest najzwyczajniej w świecie drogie, więc wybór padł na Keflavik, do którego jest bliziutko i obok niego leży lotnisko. Anyway, przy lokalnym odpowiedniku McDonalds (jakbyście zgłodnieli to dobrze wiedzieć, że hamburger z frytkami to koszt 1700 ISK) – Aktu-Taktu wszyscy się spotkaliśmy i odjechaliśmy w miejsce noclegu.


Dzień VIII – 13.02.18

Nara,

Lot powrotny do Londynu mięliśmy około 10, za to Mateusz do Gdańska z sześć godzin później. Niby mógł później samodzielnie dojechać na lotnisko, aczkolwiek wybrał nasze towarzystwo i zabrał się tam z nami, nad ranem. Spakowani i przygotowani do wyjazdu udaliśmy się w ostatnią podróż naszą wysłużoną Toyotką. Samochód należało odstawić do wypożyczalni w okolicach wcześniej ustalonej godziny. Pamiętajcie, że przy zdaniu wypożyczonego auta musi być obecny pierwszy (główny) kierowca (ten, na którego podpisano umowę). Jako ostatnią posługę zagwarantowano nam bezpośredni dowóz na pobliskie lotnisko firmowym minivanem. Po dziesięciu minutach byliśmy na miejscu. Jeszcze tylko bramki, odprawa i wylądowaliśmy na angielskiej ziemi.

Podsumowując jestem strasznie zadowolony z tego wyjazdu. Najbardziej cieszy mnie fakt, że było mi dane spełnić swoje marzenie (obserwację zorzy polarnej). Islandia jest tego typu krajem, że bez samochodu ani rusz…Jak mam być szczery to już po raz kolejny dotarło do mnie, że nieustannie trzeba szlifować swoje umiejętności jazdy samochodem. Jak to odpuszczę to ciągle będę od kogoś zależny. No nic… Jak będą pieniądze i czas to się zmobilizuję, inwestując w jakiś sposób w praktykę.

Tymczasem dziękuję, że poświęciliście swój cenny czas na czytanie moich wywodów 🙂 W zanadrzu mam jeszcze kilka ciekawych planów na wyjazd, także bądźcie cierpliwi i czujni. Widzimy się niedługo. Czołem!

PS Zapraszam do zapoznania się z relacjami z poprzednich dni mojej podróży po Islandii – http://kwieqnahamaq.pl/bunkrow-nie-ma-ale-tez-jest-zajebiscie-islandia-2018/


Do następnego razu,

Serdecznie pozdrawiam,

Bartosz Kwiek, 24.04.18, Londyn.

Dzień V i VI – 10.02.18 i 11.02.18

Dzień V – 10.02.18

Siema,

(…) Chyba już nie muszę wspominać, że wyjechaliśmy na długo przed wschodem słońca. Idąc tym tropem też zapewne zdążyliście się domyśleć jaką drogą jechaliśmy 😉 Gwoli ścisłości przejechanie „jedynką” całej wyspy, w szaleńczym tempie powinno potrwać jedyne około 13 godzin (1.333 km). Jednak czy ma to sens? Sądzę, że lepiej będzie decydować się  na jazdę po wyspie jej obwodnicą, kiedy dysponujecie dłuższym, przykładowo tygodniowym zapasem czasu. Będziecie mijać tyle pięknych miejsc, że grzechem jest się nie zatrzymać na dłużej i bardziej skupić się na zwiedzaniu Islandii niż na wyścigu z goniącymi terminami…Dla naszej „wycieczki” właśnie nastąpił sądny dzień, kiedy trzeba było zweryfikować upływający czas i przedyskutować dalsze plany. Summa Summarum stanęło na tym, że zrezygnujemy z dalszej jazdy południowym wybrzeżem w stronę zachodu, aby następnie kierując się mniej uczęszczanymi drogami nadal realizować kolejne punkty naszego planu. Zamiast tego wybraliśmy pewną i komfortową jazdę (czas brutalnie zweryfikował te mylne przekonania…) trasą nr 1. Niestety musieliśmy darować sobie częste postoje i trochę przyspieszyć. Gryzie się to z tym co wcześniej pisałem, ale to była jedyna logiczna decyzja. Spowodowane to było nadchodzącym (za trzy dni) odlotem z tego państwa, a dysponując tak małą ilością dni lepiej nie ryzykować, bo przez pogodę może się zdarzyć wszystko… Łopatologicznie rzecz ujmując. Okrążamy wyspę w tym założyliśmy dwa pewne przystanki w jej północnej części. Odwiedzić fiordy i miejsce, w którym była kręcona jedna ze scen filmu „Prometeusz” – najpotężniejszy wodospad na kontynencie europejskim Detifoss.

Prometheus
Źródło: https://i2.wp.com/grapevine.is/wp-content/uploads/Prometheus.jpg?fit=960%2C540&quality=85&ssl=1

Czas najwyższy przejść od teorii do praktyki. Wzmożone opady śniegu i oblodzona jezdnia niestety zmusiły nad do dużo wolniejszej jazdy niż zakładaliśmy. Wg mieszkańców wyspy tak złego stanu pogody, występujący przez dłuższy czas, dzień po dniu nie było już od lat.  Doszło do tego, że wewnętrzne, oraz co poniektóre zewnętrzne loty zostały odwołane… Na szczęście wyrok zależny od mojego powrotu jeszcze nie zapadł.

Udrażniające drogę spychacze kursowały dopiero od późno porannych godzin, więc siłą rzeczy trzeba było jechać przed siebie i postawić wszystko na jedną kartę i w miarę możliwości przewidywać dalszy stan nawierzchni. Po kilkudziesięciu kilometrach jazdy chwilowo mogliśmy odpocząć od tego, gdyż wjechaliśmy do skalnego tunelu 😀 Ciekawy odcinek, szczególnie z tego względu, że ściany tunelu nie były wyłożone żadnymi prefabrykatami tudzież chociażby wygładzone. Po prostu był to przejazd we wnętrzu wydrążonej surowej, litej skały.

IMG_6505

Momentalnie po opuszczeniu tego bezpiecznego schronienia z każdej strony bombardowały nas tony śniegu utrudniające dalszą jazdę i drastycznie ograniczające widoczność (dopiero co świtało). Teraz już wszystko zależało od kierowcy i dalszej pogody. Pogoda zawiodła, kierowca nadal walczył. Niestety niezbyt długo to trwało. Ugrzęźliśmy w śnieżnej zaspie. To była tylko kwestia czasu. Na nic zdały się podkopy (wcześniej kupiłem „jabłuszko” do zjazdu na kilku górkach, które w końcu się przydało do czegoś pożytecznego) i próby odśnieżania, gdyż śnieg zgromadził się pod podwoziem. W ciągu kilku chwil stwardniał i zdążył zamarznąć. Nie byliśmy w stanie go wydobyć.

IMG_4410

Jakby tego było mało opony straciły większość kolców i napęd na cztery koła przestał działać. Niestety nie mięliśmy co liczyć na jakąkolwiek pomoc z zewnątrz, bo prawie nikt obok nas nie przejeżdżał (a jak już ktoś na wyminął to zatrzymanie się i pomoc okazały się dla tych ludzi zbyt skomplikowanymi manewrami). Na szczęście stał się cud i ta dzielna sztuka udała się jednemu z samochodów 😉  Jeden z nich się zatrzymał i swoją pomoc zaoferowała grupka skandynawskich samarytan. Niestety nic nie wskórali… Ale o to kolejny cud! Z nieba zstąpił anioł pod postacią islandzkiego pogotowia ratowniczego ze swoim przygotowanym do walki z każdym możliwym kataklizmem jeepem. Prawdopodobnie nasi poprzedni pomocny po nie zadzwonili (numer alarmowy – 112), albo przyjechało na polecenie centrali, której kamery namierzyły nasz samochód.  W każdym razie pan ratownik podczepił linę z hakiem holowniczym do nieszczęsnej Toyoty i wyciągnął nas z tego bigosu w jaki się wpakowaliśmy. Pomoc drogowa była całkowicie darmowa (norma na Islandii), co miło mnie (przede wszystkim budżet) zaskoczyło. Na odchodne spytał się nas czy sprawdzaliśmy pogodę na trasie. Oczywiście szliśmy w zaparte, że tak. Faktycznie górę wzięło lenistwo i skleroza, ale wstyd było się przyznać ;P

30516014_1810709855635607_7904336109365100544_o30264410_1810709798968946_3365921232280092672_o

Aktualne informacje o stanie pogody i ostrzeżenia dla kierowców znajdziecie na stronie internetowej www.safetravel.is Najbezpieczniej będzie dla was chuchać na zimne i umieścić w tym miejscu swój plan podróży. Szalenie przydatne jest również monitorowanie na bieżąco stanu dróg na wyspie, poprze odczyty z www.road.is

30582258_10204223001211859_8946099638398615552_n
Przed wyjazdem na jakieś odludzie warto pozostawić kartkę z niniejszą informacją za szybą samochodu.
IMG_1004
Jak łatwo się domyśleć kolorem czerwonym oznaczone są drogi nieprzejezdne. Niebieskim, wręcz przeciwnie. Szczegółowa legenda dostępna jest na niniejszej stronie internetowej. PS ten stan jezdni obowiązywał kilka dni wcześniej, żeby nie było 😉

Od teraz stało się normą, że jadąc gdziekolwiek zawsze korzystaliśmy z tej strony internetowej co i wam z całego serca polecam 😉 W końcu lepiej się uczyć na cudzych błędach, niż je samemu popełniać…


Pomimo tego, że jezdnia (stało się normą, że była cała biała i nie przebijał się przez nią kolor nawierzchni) była czasowo przejezdna, zmieć i inne opady śniegu ani myślały ustąpić. Sprzedam wam ciekawostkę, że powierzchnia „jedynki”, po której będziecie się poruszać prawie w całości wyłożona jest asfaltem (fragmenty pokryte są żwirem). Podsumowując – nasza sytuacja nie wyglądała za wesoło,  a czas cytując nijakiego Krzysztofa „Kozaka” Kozę – kurczył się jak góralski sweterek po praniu. W ostatecznym rozrachunku podjęliśmy decyzję o wycofaniu się i obraniu kursu na Reykjavik. Wszystko zależało od stanu dróg, także dalszy plan podróży doprecyzujemy w czasie jazdy.

Poprzeczka została podniesiona o fakt, że wszystkie drogi do stolicy były o krok od zamknięcia. No, ale cóż jaka alternatywa nam pozostała… Jedziemy przed siebie… a ściślej cofamy się powinno być bardziej adekwatnym słowem. Po kilku godzinach jazdy padła kosa na kamień i w okolicy lodowca V zamknięto nam drogę przed samym nosem. Cóż tu robić… Jedyna opcja to cofnąć się (ponownie) i szukać objazdu. Niestety drogę za nami również zamknięto. Trudno to ująć w cenzuralnych słowach. Byliśmy w ciemnej d****.

27750943_1637086073013374_8736867195237278570_n

IMG_4440

Szczęście w nieszczęściu, że przy miejscu gdzie utknęliśmy stał duży CPN, wraz z restauracją. Sądząc po ilości samochodów na parkingu obok, nie byliśmy jedynymi pechowcami. Zawsze to krzepi jeśli ma się świadomość, że nie tylko my mamy złą sytuację – no nie? (#janusz) Kiedy tam dojechaliśmy było około południa. Od ratowników pilnujących zamkniętego przejazdu dowiedziałem się, że droga powinna być otwarta w okolicach północy.

IMG_4441

No to zapowiadało się iście produktywne spędzanie czasu. Streszczając to późnym popołudniem dotarły kolejne wieści. Przejazd będzie drożny dopiero kolejnego dnia około drugiej w nocy. Godzinę później przełożono to na szóstą rano… Trudno w tekście oddać dramatyzm tej sytuacji. Zdążyło się ściemnić. W Internecie sprawdziłem czy w pobliżu leży jakiś hostel. Tak, był. Zaraz przy stacji benzynowej, hotel za około £200 na głowę.

<a href=”http://ifotos.pl/z/qnsnexn/”><img src=”http://s2.ifotos.pl/img/IMG4C1135_qnsnexn.jpg”></a>

Znalazłem też odległy o około kilometr kamping w Parku Narodowym Skaftafell, leżący zaraz przy majestatycznym lodowcu Vatnajökull. Szkopuł w tym, że było to za szlabanem ustawionym przez ratowników. Szczęśliwie udało się ich przekonać do przepuszczenia nas na ten nocleg. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, wszystko było już pozamykane na głucho. Siłą rzeczy czekała nas nocka w furze. Z dwojga złego, przynajmniej poszczycić się mogliśmy noclegiem pod lodowcem 😉


Dzień VI – 11.02.18

Faktycznie godzina szósta okazała się marzeniem ściętej głowy. Camping opuściliśmy w okolicach dziewiątej… Tak, żeby przybliżyć wam kierunek naszej jazdy to mniej, więcej z miasta Vik poruszaliśmy się w stronę stolicy.


Most Skeiðará

most3a
Źródło: http://icelandnews.is/islandia/turystycznie-po-islandii-skeidara-monument

Zaraz przy wjeździe na główną drogę, znajduje się fragment zniszczonego przez góry lodowcowe mostu. Swego czasu był częścią krajowej obwodnicy i przebiegał nad równiną czarnego wulanicznego piachu, poprzecinaną spływającymi z lodowców rwącymi potokami. Trwało to do 1996 roku, kiedy to poddał się potężnym siłom natury.


Pola lawowe Eldhraun

Źródło: https://www.flickr.com/photos/snorri/6093291469 PS Nie ma sensu, żebym po raz kolejny wrzucał zdjęcie mchu i kamieni przykrytych śniegiem. Tutaj przynajmniej zobaczycie jak to miejsce wygląda w pełnej krasie.

Podobnie jak kilka minionych lokacji i ta nie może sobie pozwolić na zaoferowanie cudownych widoków pod płaszczem śniegu ;P Nie ma co pisać elaboratów na ten temat, także krótko i zwięźle. Są to pola lawowe, będące skutkiem największej w historii erupcji wulkanicznej (końcówka XVIII w.). Skutki były odczuwalne w kilku innych europejskich państwach. Przykładowo w Anglii i Francji niebo przybrało barwę sepii i naturalnie słońce zostało przysłonięte na kilka dni. Gdyba się, że mogło to się przyczynić do wybuchu rewolucji francuskiej (Nie, nie zamierzam tu podać jej daty. Chyba łatwiejsza do zapamiętania nie istnieje…Uczcie się!). Eksplozja totalnie zmodyfikowała krajobraz, co prócz niepoliczalnej liczby kamieni w około, spowodowało powstanie kilkuset jaskiń w najbliższej okolicy (a pola obejmują ok. 565 km2). Sprzedam wam ciekawostkę, że podobnie jak lodowce,  lawowe blizny na islandzkiej miedzy zajmują ok. 11 %.


W sumie jeśli chodzi o zwiedzanie na dzisiaj to by było na tyle… Podjechaliśmy do największego z miast południowej Islandii – Selfoss. Zatrzymaliśmy się tam na nocleg w tym samym miejscu co kilka dni wcześniej. Stąd taki wybór, że kierowcy należał się porządny wypoczynek.

IMG_1224
Pogoda była nadal straszna…

Gorąca wanna przy chatce była tu argumentem nie do podważenia. Jeśli chodzi o mnie to zadowoliłby mnie prosty nocleg w samochodzie, ale że nie jestem jakimś komunistycznym dyktatorem i staram się logicznie myśleć przystałem na tą propozycję. Naszemu „Hołkowi” przyda się w końcu należyta regeneracja sił…


…cdn…

Do niedługiego zobaczenia,

Serdecznie pozdrawiam,

Bartosz Kwiek, 11.04.18, Londyn.

Dzień IV – 09.02.18

Dzień IV – 09 .02.18

Siema,

(…)Najedzeni wczorajszym sukcesem, aczkolwiek ciągle łakomi nowych wrażeń energicznie przybiliśmy piątkę nowemu pięknemu porankowi (#BNT)! Nasza ekipa z niebieskiego jeepa udała się przyjrzeć z bliska (no może tylko takiego bliska na jakie pozwalał zdrowy rozsądek i budżetowe podróżowanie) zajmującym aż ok. 11% powierzchni tego państwa – lodowcom.


„Chariots of fire” or Chariots of Santa Claus ;P

DSC_0342

Wzdłuż drogi, która prowadziła w kierunku miasta Selfoss, pojawił się nowy element „scenerii”. Pasące się jakby nigdy nic i nie zwracające uwagi na rzesze turystów robiących im zdjęcia – renifery.

DSC_0343

Ssaki te sprowadzono tu pod koniec XVIII wieku z pobliskiej Norwegii w celu oswojenia i udomowienia. Oporne hodowli (farmerzy wybrali owce, konie i bydło), cytując poetę będące „same sobie sterem, żeglarzem, okrętem” po dziś dzień cieszą się nieograniczoną wolnością pośród islandzkich ziem. Jak nie trudno się domyślić renifery ostatecznie zdziczały. Dosyć trudno je spotkać (ich populacja to tylko około 3000 sztuk i najłatwiej je zlokalizować na wschodzie wyspy) oraz paradoksalnie do okoliczności w jakich je spotkaliśmy są płochliwe (stado nie ratowało się ucieczką, gdyż znajdowaliśmy się w niezbyt bliskiej odległości od nich).


Skaftafellsjökull

Nadmienić trzeba, że podczas dalszej jazdy samochodem po południu Islandii niczym nadzwyczajnym stawał się coraz częstszy widok majestatycznych jęzorów lodowcowych. Najprościej rzecz ujmując są to wąskie (w porównaniu do wielkości lodowca) odcinki, którymi „spływa” w dół topniejący lód tworzący zwykle jakiś zbiornik wodny (np. jezioro, lub rzeka). Domyślam się, że nie jest łatwym zadaniem połapać się w islandzkich nazwach, aczkolwiek niech jakimś przydatnym dla was drogowskazem będzie fakt, że lodowce mają nazwy kończące się na „ökull” 😉

DSC_0345

Na poniższym widnieje właśnie język lodowca Svínafellsjökull, który jest jednym z południowych tworów wywodzących się z największego lodowca na kontynencie europejskim – Vatnajökull. W niektórych miejscach grubość jego czapy* dochodzi do nawet jednego kilometra.

DSC_0488
Nigdy nawet nie zakładałem, że przyjdzie mi podziwiać takie widoki. Ot, jakie to życie jest przewrotne 🙂

*Czapa lodowa (Ice Cap) – najwyższy, centralny punkt, lodowca w kształcie kopuły, z którego na zewnątrz wydostają się jęzory lodowcowe.


Jökulsárlón Diamond Beach

IMG_4301

Z jednej strony ta czarna (kolejna) plaża zbiega się z Oceanem Atlantyckim (od samego jego widoku robiło mi się zimno), a z drugiej natomiast nad małymi kawałkami lodu, którymi była usiana górowały dużo większe (vide lodowiec i jego „cielęta”** ;)) . Lód wyglądał jak diamenty…Czyty, przezroczysty i piękny.

IMG_4292 IMG_4299 DSC_0376Przed samym wyjazdem na Islandię w mojej głowie wykluła się cudowna myśl. Wypić whisky z lodem pochodzącym z lodowca. Oczywiście butelkę z tym alkoholem zawsze woziliśmy ze sobą w bagażniku, więc gdy nadarzyła się okazja (a było ich coraz więcej) nic nie mogło mnie zaskoczyć 🙂 Porozrzucane bryły lodu tak się do mnie uśmiechały, że grzechem byłoby nie wznieść toastu z ich pomocą. Wszystko fajnie, spoko i młodzieżowo, ale zapomniałem o tym, że ten lód nie jest aż tak czysty jak mi się wydawało. Lodowce, z których pochodzi mają miliony lat, co równa się z obecnością całej gamy bakterii i innego tałatajstwa…A zresztą, chromolić to. Jak kraść to miliony, a jak kochać to księżniczki. Przeżyłem, wypiłem i będę miał przynajmniej co wspominać i opowiadać swoim wnukom 🙂

IMG_1053IMG_4296

**Cielenie się lodowca – odłączanie się od niego znacznych części, co jest powodem powstawania gór lodowcowych.


Jökulsárlón Iceberg Lagoon

IMG_0854(1)
Petta er fallegt! – To jest piękne!

Tło plaży stanowi lodowiec – Breiðamerkurjökull górujący nad jeziorem Jökulsárlón. Dryfują na nim kawałki tego giganta, które się od niego oderwały. Ich połączone siły tworzą (nie, nie Kapitana Planetę) – Jökulsárlón Iceberg Lagoon. Ta zapierająca dech w piersi sceneria była tłem wielu filmów (co raczej nie powinno dziwić). Z najbardziej znanych tytułów można tu przywołać: „Tomb Rider”, „Sekretne życie Waltera Mitty”, epizody „Gry o Tron” i dwa filmy z serii o Jamesie Bondzie.

DSC_0361DSC_0362

Jeśli dopiszę wam trochę szczęścia to pomiędzy tymi odłamkami zauważycie łebki pływających fok (ja miałem pecha i zobaczyłem tylko kilka kaczek). W wypadku, gdy nie będzie wam to dane, a pragniecie zobaczyć te ssaki w swoim naturalnym środowisku polecam odwiedzić rejon plaży Ytri-Tunga na wschodzie wyspy. Jest to popularne miejsce gdzie w czerwcu, lipcu i sierpniu można obserwować kolonie pływających, lub wygrzewających się na skałach fok.

IMG_0763(1)
Specjalny znak dla ekipy „Jackassa”. W razie gdyby ktoś nie wpadł na to. Obowiązuję tu całkowity zakaz wpływania.

Fjallsárlón Iceberg Lagoon

DSC_0423
Na miejscu w celu popływania po jeziorze można skorzystać z usług kilku firm oferujących rejs jeziorem.

Drugie jezioro lodowcowe znajduję się w tej samej okolicy, raptem kilka minut dalej. Kawałek trasy prowadzi na południe, pod górkę i po chwili na dole ukazuję się piękny obrazek. Podobna sceneria jak poprzednio. Jezioro, kry, jęzor lodowcowy. Przy zejściu do linii brzegowej (która w zimę nie jest łatwa do zlokalizowania) szczególnie uważajcie na kruchy lód, przed stąpaniem po którym ostrzega sam Roger Waters na albumie „Pink Floyd” – „The Wall” 😉

IMG_0799(1)

DSC_0360DSC_0415

  DSC_0414  DSC_0418

IMG_0801(1)

Po raz pierwszy w życiu przyszło mi zobaczyć lód w najczystszej możliwej postaci – kolorze szafirowym (zabarwienie jest zależne od pęcherzyków powietrza uwięzionych w bryłach). Dokładnie taki jaki za bajtla oglądałem w filmach przyrodniczych z głosem Krystyny Czubówny w tle.

DSC_0412IMG_4312IMG_4313IMG_4315IMG_4320

A propos poruszanie się w okolicach lodowca nie posiadając raków do najbezpieczniejszych nie należy (trzeba to pisać?). Oczywiście superoszczędny Janusz (raczej Bartosz) to zlekceważył, bo nie chciało mu się wydawać pieniędzy na te nakładki na obuwie…Na szczęście poratowała mnie moja towarzyszka niedoli Grażynka, która znalazła jednego raczka na prawego buta. Lepsze to niż nic, przynajmniej się nie zabiłem ;P Koszt pary tych cudów techniki to bagatela 6600 ISK (w tym miejscu, pod lodowcem). Pamiętajcie jednak, że cena ta jest najbardziej zależna od położenia sklepu (raki znalazłem również w sklepie „Netto”, więc szukajcie, a znajdziecie), a w drugiej mierze od modelu tego stelażu. Te z kolcami są dużo droższe, niż te na które składa się seria poskręcanych sprężyn.

IMG_1037
Angielska nazwa raków to „crampons”.

Tym z was , którzy zdecydowali się na tryb podróżowania daleki od budżetowego z całego serca polecam spacer po lodowcu i atrakcję, do której dostęp jedynie jest podczas zimy – eksplorację lodowych jaskiń. Co prawda nie są to tanie rzeczy, aczkolwiek nie sądzę, żeby to były pieniądze wyrzucone w błoto. WARTO!  Bądź co bądź, zawsze na lodowiec można dostać się na tzw. „Jasia”, ale nie polecam ;P Wyobraźcie sobie, że jednym z wielu niebezpieczeństw czyhających na takich „śmiałków” jest wpadnięcie do kilkukilometrowych pionowych szybów. Lokalizacja i wyciągniecie z takiegoż człowieka równa się trafieniu siódemki w totka.

IMG_1054


Hofskirkja

DSC_0432  DSC_0441

Nieopodal (ok. pół godziny jazdy z „laguny”) znajdował się kolejny  punkt naszkicowany w naszym planie. Obiekt sakralny, świątynia katolików – kościół Hofskirkja położony w osadzie (miejsce zbyt małe jak na wioskę) Hof. Czym nas tak przyciągnęło to miejsce, że uznaliśmy je wartym odwiedzenia? Otóż kościółek (bo jest to strasznie mała budowla) wygląda jak jeden z domków hobbitów. Niski dach ma pokryty zieloną murawą, a otacza go cmentarz również w większości zarośnięty trawą i mchem. Świątynia została wybudowana w 1883 roku i do dzisiaj spełnia swoje obowiązki (z tymże opiekę nad nią sprawuję Muzeum Narodowe). Jest ostatnią z ciągle stojących sześciu budowli utrzymanych w takim samym stylu…

DSC_0436DSC_0435DSC_0437


Svínafellsjökull View Point

IMG_0754(1)

Aby tam dojechać należy kierować się „jedynką” i zjechać w niepozorną drogę „Svinafellsjokulsvegur”. Stamtąd do celu, którym jest punkt z miejscem widokowym na lodowiec Svínafellsjökull (jeden z jęzorów czapy lodowca Vatnajökull) prowadzi już tylko wąska ścieżka, którą trzeba pokonać pieszo. Z lewej strony osłonią was skały, z prawej natomiast strome zbocze kończące się jeziorem lodowcowym, wraz z (uchodzącym w nie lodowcem?). Najbezpieczniej jest trzymać się (niezbyt długiego) szlaku i nie zapuszczać się zbyt daleko. Za przestrogę niech posłuży historia dwójki niemieckich studentów, którzy mimo doświadczenia i odpowiedniego przygotowania się do wyprawy zaginęli wyruszając z tego punktu w 2007 roku.

asaafs (1 of 1)

To właśnie na zwiedzanie tego miejsca poprzedniego dnia zabrakło nam dziennego światła ;P Tym razem w pełni przyszło mi odbierać wrażenia: wizualne, smakowe i słuchowe…Jeśli chodzi o otoczenie to chyba wystarczająco pobudziłem waszą wyobraźnię. Pijąc do odczuć smakowych (słowo pijąc nie zostało w tym miejscu użyte przypadkowo)…Jak to się mówi. Rybka lubi pływać. W szczególności w whisky z lodem z lodowca 🙂

DSC_0455

123432 (1 of 1)
Ktoś mi kiedyś powiedział, że w życiu chodzi o to, żeby być trochę niemożliwym 🙂
DSC_0457
Wypada wznieść toast, bo jak to zarapował polski zespół WWO „(…)okoliczności są naprawdę wyjątkowe(…)” – WWO

Ciekawostką są wrażenia akustyczne. Nie powiem, dziwnym doświadczeniem jest słuchanie odgłosu pękającej kry, który towarzyszy napierającemu lodowcowi. Jest to cichy, zupełnie nie podobny do niczego dźwięk. Słyszalny jedynie, gdy nic z zewnątrz go nie zakłóca.

DSC_0452  DSC_0460


Dzień zwieńczyliśmy zakupami i noclegiem w hostelu w okolicach miasta Höfn. Wszystko to opisałem w poprzednim wpisie (DO PRZECZYTANIA TU).

…cdn…

Do z(r)obaczenia w przyszłym tygodniu,

Serdecznie pozdrawiam,

Bartosz Kwiek, 22.03.18, Londyn.

 

Odcinek specjalny – Polowanie na zorze polarną i islandzkie zakupy

Odcinek specjalny – Polowanie na zorze polarną i islandzkie zakupy

(08.02.18 i 09.02.18)

1. Zorza polarna (08.02.18)

Siema,
(…)Nie przejmowałem się czy pogoda dopisywała czy nie. Nawet gdy warunki atmosferyczne były niesprzyjające, podobnie jak małe szkraby wyczekują na niebie pierwszej gwiazdki ja wypatrywałem zorzy polarnej. W końcu to po to był ten cały ambaras z zimowym wyjazdem do Islandii, no i nie ukrywając jest to jedno z moich marzeń. Nocy z ósmego na dziewiąty luty niebo nade mną było całe usłane gwiazdami, nie dryfowała po nim ani jedna chmura i księżyc nie górował nad nami. Poruszaliśmy się samochodem po totalnym pustkowiu, będąc daleko od świateł miasta (btw. polecam posłuchać genialnej płyty polskiego zespołu „Grammatik” pod tym samym tytułem). Nawet wg mobilnej aplikacji na moim telefonie („Aurora Fcst”) warunki były idealne ku obserwacji tego zjawiska(*c. d. niżej)…


Jak to się robi i z czym to się je?

Faktycznie zorza polarna to populistyczna nazwa. Jeśli chcecie zabłysnąć w towarzystwie i przyhipsterzyć to po łacinie wcześniej wspomniane zjawisko atmosferyczne nazywa się różnie w zależności na jakiej szerokości geograficznej jest obserwowane. Na półkuli północnej jest to aurora borealis, a na południowej aurora australis. Spróbuję po krótce wytłumaczyć o co w tym wszystkim chodzi…W skutek serii wybuchów (rozbłysków) Słońce wyrzuca niezliczone ilości protonów i neutronów, które po zderzeniu z polem magnetycznym Ziemi „rozchodzą się” wzdłuż jej elipsy. Spotkanie tych cząsteczek z naturalną „barierą” kuli ziemskiej skutkuje powstaniem reakcji chemicznej w wyniku, której cały spektakl przyjmuje różne barwy (kolor jest zależny od emitowanego gazu) i widoczny jest wokół obydwu biegunów polarnych naszej planety. Oczywiście im na Słońcu wybuchy są potężniejsze tym zorzę można zaobserwować na odleglejszych szerokościach niż bieguny.


Gwoli ścisłości. Spełnienie poniższych warunków i tak nie może zagwarantować pojawienia się zorzy polarnej. Czasami pojawia się ona dosyć niespodziewanie, więc lepiej mieć się na baczności. Mimo wszystko dobrze wiedzieć jakie okoliczności jej sprzyjają:

  • bezchmurne niebo,
  • późne godziny nocne,
  • brak pełni księżyca (jak najmniej rozświetlone niebo),
  • bycie w znacznej odległości od miejskich skupisk światła,

W lokalizacji tego zjawiska pomocne będą również liczne aplikacje na telefony komórkowe.  Ja korzystałem z „Aurora Fcst”, która jest darmowa i dostępna w „App store”. Z całego serca ją polecam, gdyż nie dość, że nic nie kosztuje to jeszcze korzystanie z niej jest banalne i w moim przypadku nigdy nie wskazała mylnych pomiarów. Jak już wspomniałem. Nie trzeba tu analizować dziesiątek czynników, a wystarczy spojrzeć na intensywność barwy zielonych kropek nad obszarem, który was interesuję. No może i dobrze wiedzieć o współczynniku oznaczonym jako „KP” (w skali od 0-9). Im jest mniejszy tym szanse na uczestnictwo w tym spektaklu są większe.

IMG_4258

Do tego warto mieć przy sobie:

  • statyw (w aparacie najlepiej początkowo ustawić najdłuższy czas wyświetlania i najniższą przysłonę. Potem ewentualnie eksperymentujcie z tymi parametrami),
  • ciepłe ubrania i cierpliwość (spektakl może trwać 30 minut jak i równie dobrze dwie godziny);

Najzabawniejsze jest to, że przed wizytą na wyspie nie wiedziałem dosłownie nic na ten temat. Teraz może i nie jestem jakimś ekspertem, ale i tak moja wiedza jest już bogatsza o teorię i co najważniejsze – praktykę. Miłe uczucie przekazywać to dalej. Kolokwialnie mówiąc – fajne to! 🙂


*…(c. d. ze wstępu)Podczas powrotnej jazdy naszą uwagę przykuła długa, pozioma, wyraźnie jaśniejsza niż reszta nieba smuga. W ciągu całej drogi bacznie się jej przyglądałem i śledziłem czy czasem się coś z niej nie wykluję. JA JUŻ WIEDZIAŁEM, ŻE COŚ SIĘ DZIEJĘ. W furze zacząłem rozkładać statyw, żeby mi przypadkiem zorza nie spi********. Gdy dojechaliśmy do hostelu byłem już na maska podjarany. Show się zaczął…Pozioma smuga błękitnego koloru (znak, że na zorzę składają się cząstki wodoru, oraz helu) zaczęła coraz bardziej się wydłużać i rozszerzać. Z grubej krechy zaczęły raz po raz wystrzeliwać szerokie, pionowe linie. Cały ten twór zaczął się wyginać i załamywać tworząc coś na kształt spirali. Wszystko to działo się bardzo powoli, ale zauważalnie. Wbrew pozorom (a z Czech wiemy, że pozory mylą!) ruch (falowanie) zorzy polarnej nie odbywa się z taką prędkością jak na filmach.

DSC_0322
Podobnie jak przy barwach towarzyszących wschodowi i zachodowi słońca ludzkie oko odbiera inne kolory zorzy polarnej niż faktycznie. Ja widziałem błękitne, natomiast na zdjęciach wyszły seledynowe.

DSC_0327

Zrobiłem kilka zdjęć, które może nie są szczytem artyzmu, a nawet daleko im do średniawek, ale dla mnie są mega piękną pamiątką. Mimo wszystko to co najważniejsze mam w głowie. Tego nikt mi nigdy nie zabierze 🙂

gdf (1 of 1)


2. Islandzkie zakupy (09.02.18)

Pozwólcie, że w tym miejscu nagnę deko czasoprzestrzeń i wtrącę tu część wydarzeń, które wydarzyły się pod koniec następnego dnia…Chcę wam przybliżyć kwestię zdobycia alkoholu na wyspie, a temat objętościowo powinien idealnie wpisać się w niniejszy przykrótki wpis.

(…)Oczywistą, oczywistością był fakt, że ten dzień trzeba było oblać. W związku z tym w okolicy poszukaliśmy najbliższego sklepu monopolowego, który ku naszej uciesze mieścił się w centrum handlowym niedaleko hostelu i stał obok dyskontu sieci „Netto„. Tutaj mały lifehack. Jeśli chcecie zaoszczędzić pieniądze, zapasy wam się skończyły, a zakupy jedzenia są absolutnie konieczne polecam udać się w progi tego sklepu. Jeśli nie chcecie nabijać kabzy jego duńskim właścicielom, polecam wybrać islandzki supermarket z podobnymi cenami – „Bonus„. Taniej nie kupicie absolutnie nigdzie…

IMG_1238
Dla ciekawych świata – godziny otwarcia.

IMG_1067

IMG_1065
Polska półka w supermarkecie „Netto”.

Przy okazji alkoholowych zakupów, zakupiliśmy co nie co do wspólnego kotła na kolację.

IMG_1026

Na dziale z nabiałem znalazłem chyba najbardziej znany islandzki wannabe jogurt – „Skyr”. Nie ma co tu pisać elaboratów na jego temat. Jest zdrowy smaczny, naturalny, ani słodki, ani gorzki. Eta wsio. Jednym słowem nic specjalnego, aczkolwiek biorą pod uwagę niską cenę (200 ISK) i to że jest to znany Islandzki specjał, szkoda by tego było nie spróbować. Kolejny przysmak, na który się szarpnąłem to znany skandynawski specjał pochodzący z Norwegii (podobnie z resztą jak „Skyr”). Jest to specyficzny ser typu Brunost o nazwie „Gudbrandsdalost” (niestety nie pamiętam ile kosztował ;P). Standardowo można połamać sobie język na jego nazwie. Pisząc jak prosty człowiek i cytując Tuwima „do prostego człowieka” jest to słodki, brązowy ser o smaku zbliżonym do toffi. Jakiś frykas to nie jest, ale zawsze jakieś egzotico 😉 Z dalszych ciekawostek to pośród zamrożonego mięsa znalazłem coś czego nigdy nie widziałem. Owcze łby („Svið”). Czaszka jest bez mózgu, pokryta mięsem i przysypana zielonymi przyprawami. Całość podawana jest z ziemniakami i puree z rzepy. Brzmi apetycznie? Bynajmniej nie dla mnie. Nie ma to tamto cytując klasyka: „Mają rozmach sku********”. Svið jest chyba wystarczającym dowodem na to, że tu nic się nie marnuję 😉


Bym zapomniał o gwoździu programu – alkoholu. Otóż w roku 1915 wprowadzono prohibicję na tytoń i wyroby alkoholowe, którą po bogatych przejściach, zniesiono dopiero w 1989 roku. Pokłosiem jej jest jedyny ogólnodostępny alkohol (np. w sklepach „Bonus”) – niskoprocentowe piwo. Gwoli ścisłości może ono mieć maksymalnie 2.5 % (koszt takiego to około 100 ISK). Mocniejsze i bardziej wyszukane trunki dostępne są jedynie w sklepach o nazwie „Vínbúðin„. Niestety jest on zamknięty w każdą niedziele, a i w pozostałe dni tygodnie otwarty jest tylko przez kilka godzin. Dobrze wiedzieć, że na wyspie panuję totalny zakaz prowadzenia samochodu pod wpływem alkoholu. Jego spożycie w tzw. „plenerze” jest dozwolone, jednak czasem może być zabronione w niektórych lokalnych miejscach (wszystko jest wyjaśnione na znakach, których nie sposób nie spostrzec).

IMG_1008 IMG_1064

IMG_1066
Chmielowy napój z dalekiej Polszy. Oczywiście dostępny dla koneserów.

W powyższej jaskini Złego naszym łupem padła lokalna wódka „Brennivin„. Ma 40 % i jej nazwa znaczy tyle co „Czarna Śmierć”. Czaicie ten oksymoron? Lokalsi chyba nie wiedzą do czego zdolni są Polacy. Butelka o pojemności 0,35 ml. kosztowała mnie 450 ISK (wyprzedzając pytania. Nie piliśmy więcej, ponieważ chcieliśmy wstać z samego rana i był z nami kierowca). Jest ona często spożywana z „Hakarlem”, żeby zabić jego smak i zapach. Anyway, wódka ta smakuje kminkiem, który wraz z ziemniakami jest jej głównym składnikiem. Sprzedam wam ciekawostkę. Większość wódek sprzedawana jest w plastykowych butelkach. Zapewne ze względu na bezpieczeństwo. W końcu nie bez kozery Islandia to jedno z najbezpieczniejszych państw świata 😉

IMG_1211

Jeśli chodzi o tamtejsze piwa, które spożywałem to z tych najmocniejszych wypada na „Vikinga” (109 ISK) – 5,6 %. W kryzysowych chwilach, kiedy „Vínbúðin” był zamknięty musiałem ratować się popularnie dostępnym alkoholem „piwo podobnym”…Nie jestem typowym dzieckiem XXI w., więc zamiast bez glutenowego, piw kraftowych, porterów, ale, stoutów i nie wiadomo jakiego jeszcze tałałajstwa zadowoliłem się zwykłym lokalnym koncernowym jasnym pełnym. Dwa z nich czyli „Thule” (nazywające się identycznie jak tajne niemieckie okultystyczne i rasistowskie bractwo istniejące w latach 1918-1937) i „Gull” kupiłem w akcie wyżej wspomnianej desperacji. Jak łatwo się domyślić obydwa miały po 2,5 %. Cóż mogę o nich powiedzieć…Na pewno nie smakowały jak zwykłe sikacze, a piło się je z niegasnącą przyjemnością. Świadomość tego, że są ważone na najczystszej wodzie na planecie Ziemia znacznie w tym pomagała. Gorzej z procentami no, ale nikt nie mówił, że będzie łatwo.

IMG_1225 IMG_1210

Do zobaczenia w przyszłym tygodniu, w którym zapraszam do zapoznania się z kolejnym dniem mojej islandzkiej podróży. Tym razem będzie co nie co o lodowcach 🙂

Cześć i czołem kluski z rosołem,

Bartosz Kwiek, 14.03.2018, Londyn