Etap nr 4: Khumjung – Mong La – Phortse Tenga – Dole – Macherma – Gokyo + powrót do Lukli

Tym razem skorzystanie z mapy nawet nam przez myśl nie przeszło. Droga była bardzo dobrze oznaczona wyraźnymi drogowskazami. Mówiąc szczerze to trudno było się zgubić mając do wyboru dwa, albo trzy kierunki. Skierowaliśmy się na północ, w stronę popularnego miejsca gdzie trekkerzy robią sobie przystanek w wędrówce- górskiej osady Dole.

Trasa, którą obraliśmy prowadziła wzdłuż wschodniej ściany Khumbili. Kierowaliśmy się wąska, utwardzona piachem i kamieniami ścieżką. Lawirowaniu pomiędzy nimi i utrzymaniu balansu niestety nie pomagało wszechobecne błoto. Pokonywaliśmy ciągle zmieniające się różnice poziomów. Prosto, w dół, wspinanie się i tak w koło Macieju. Najgorsze i najbardziej obciążające łydki były zejścia w dół. Z lewa skały, z prawa ogromne przepaści wraz z płynącą daleko w dole rzeką Dudh Koshi i towarzyszące nam nieme olbrzymy: Everest, Lhotse, Kangtenga i Thamserku. Znajoma okolica chciałoby się rzec. Prócz kilku szczegółów. Przede wszystkim wysokości, stromizn i ogromnych przepaści (trasa bez barierek i zabezpieczeń, istny raj dla Korwina 😉 ). Spadniesz w dół – skręcisz kark. Game over. W takich okolicznościach niestety nie jest łatwo o wysokie morale i dobry humor. Z ratunkiem przyszedł przenośny system dźwiękowy. Na trekk wziąłem mały głośniczek, który Mateusz umieścił na zewnątrz plecaka. Płynąca z membran muzyka grana przez: Breakout, Budkę Suflera, Kazika i The Doors oraz The Pogues znacznie umilała upływający czas. Dzięki bogu za Spotify. Najlepszy sposób aby umilić sobie czas to pobrać zawczasu dane utwory i cieszyć się płynącymi dźwiękami nawet podczas braku Internetu.

Mong La (3975m m n. p. m.).

Kilku godzinny marsz przerwaliśmy na ciepły posiłek, zimny, słodki napój i chwilę odpoczynku w małej przydrożnej osadzie liczącej kilka domków i jeden historyczny czorten – Mong La.

Prócz nepalskich rupii zostało mi kilkadziesiąt dolarów, których zapomniałem wymienić w Namche. Nie miałem co z nimi zrobić, a pieniądz zawsze się przyda. Spytałem się lokalnego pracownika tej jadłodajni czy wie gdzie mogę wymienić tę walutę na tutejszą gotówkę. Niestety świat kantorów dawno odszedł to w zapomnienie, ale kolega okazał się być domorosłym cinkciarzem 😉 Po trochę stratnym dla mnie kursie dokonaliśmy transakcji. 1 USD wymienił mi na 100 NPR. W sumie za 20 „baksów” dostałem 2000 rupii. Będę przynajmniej miał jakieś drobniaki.

Stamtąd udaliśmy się w dalszą drogę. Pokonując kolejne przepaści i coraz bardziej zalesione drzewami iglastymi tereny minęliśmy następną osadę.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Mała przerwa z Nepalczykiem w Phortse Tenga (3840 m n. p. m.).

Zmieniła się cyferka w liczniku wysokości (na 4 km n. p. m.) i wraz z nią pogoda. Zresztą w pełni adekwatna co do wysokości. Oprócz błota, pojawił się lód i zaczął sypać śnieg. Było coraz bardziej zimno, wietrznie i biało. Grunt to pamiętać o stuptutach (nie oszczędzajcie na nich… ja zrobiłem ten błąd) i nakryciu plecaka specjalną wodoodporną płachtą by zabezpieczyć jego wnętrze przed przemoczeniem. Mijane tło zostało również urozmaicone o nowe elementy scenerii – kamienne schody, zamarznięte strumienie i wodospady oraz liczne mosty umożliwiające dalszą przeprawę.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) W Nepalu jaki występują również dziko dlatego obecność tego bydła niekoniecznie oznacza cywilizację w pobliżu.

Dole (4038 m n. p. m.).

Około godziny 15 doczłapaliśmy się do celu. Zakotwiczyliśmy się w „Dole lodge”, której włodarz Pemba (łatwo zapamiętałem jego imię dzięki Pumbie z „Króla Lwa”) Sherpa, który był członkiem wyprawy Wojciecha Kukuczki (syn ś. p. Jerzego) na Mount Everest w 2012 roku. Krótko i ładnie mówiąc byłem porządnie zmęczony. Pierwsze kroki skierowałem do pokojowego łóżka, aby poleżeć bez celu i zregenerować siły. Potem przyszedł czas na osuszenie mokrych ubrań przy „kozie”, prysznic (luksusowy, bo na gaz!) i kolację.

Warto wspomnieć o czymś bez czego cywilizowany człowiek żyć nie może – ubikacji. Jako, że jesteśmy wysoko w górach nie powinno to nikogo, że warunki higieniczne nie są najwyższych lotów. W związku z tym zamiast sedesu znajdziecie dziurę w ziemi, albo w najlepszym wypadku plastikowy tron nad nią (i tak nic nie przebije tego jak jechałem pociągiem przez Chiny i musiałem trafiać podczas jazdy do ciągle przemieszczającej się dziury w podłodze kibla). W zasięgu ręki powinien znajdować się zbiorniczek z wodą, którą pobieracie spoczywającym w środku pojemniczkiem – jest to substytutu spłuczki. Czystość jednak nie jest łatwo utrzymać, gdy wspomniana woda zamarznie. Przypominam, że nie ma ogrzewania, a noce są lodowate

Toaleta.
Częstą praktyką jest wieszanie w futrynach płacht z materiału zamiast montowania drzwi. W lodgy i tak jest zimno, a włodarze są w stanie zaoszczędzić na transporcie budulca z niżej położonych partii gór.

Dzień 7 – 18.03.19

Na bieżący dzień planujemy jedynie pokonać krótki odcinek, także spędzamy więcej czasu w śpiworach i wyruszamy godzinę później niż zwykle. Wśród totalnie białego krajobrazu i zamieci śnieżnej udajemy się w stronę położonego wysoko w górach Gokyo.

Przystanek na nocleg obraliśmy w odległym o ponad 5 kilometrów Machermo. Jaja się skończyły. To właśnie tam w 1974 roku Yeti zaatakowało bogu ducha winną Lhakpa Doma Sherpa. Potężnym uderzeniem, została wrzucona do pobliskiego strumienia. Przeżyła tylko dlatego, że udawała martwą. Trzy jaki, które jej towarzyszyły nie miały już na tyle szczęścia. Apropos bezpieczeństwa. Pamiętajcie o wyposażeniu się w profesjonalne okulary przeciwsłoneczne, gdyż promienie słońca odbijające się od śniegu totalnie oślepiają człowieka. Dodatkowo jak wielokrotnie uczulałem wcześniej… Patrzcie pod nogi. Uwierzcie mi, że najwygodniej szło mi się po śniegu. Jednak pamiętajcie, że jest ślisko, nie wiadomo jak jest głęboki (nałóżcie specjalne okrągłe nakładki na kijki do trekkingu zapobiegające zapadaniu) i czasem nie widać drogi… Z Mateuszem straciliśmy ją kilkukrotnie z pola widzenia. W takich sytuacjach szliśmy w dwie różne strony i ten, który pierwszy zobaczył jakąś oznakę ludzkiej roboty dawał sygnały drugiemu aby dołączył. Całe szczęście niniejszy system się sprawdzał i przeżyliśmy 😀 Na szlaku nie spotkaliśmy już żadnych turystów… W okolicach godziny trzynastej szukaliśmy już noclegu w leżącej u stóp lodowca i przepływającej obok „Mlecznej Rzeki” wioski Machermo.

Machermo (4470 m n. p. m.).

Wystarczyło wyjść przed lodge i taki oto widok ukazał się naszym oczom 🙂

Szczęście mnie się nadal imało (jak to zwykle bywa od ponad 30 lat). Nie dotyczyło to gotówki w fizycznej postaci  ;P Szczęśliwie w guest housie gdzie gościliśmy (Namgyal Lodge) nie dość, że realizowano transakcje za pomocą karty płatniczej to jeszcze można było skorzystać z opcji cashback! W sumie gdybym sprawdził ten nocleg wcześniej na Bookingu nie powinno być to dla mnie niespodzianką. Jedynie terminal szwankował, czekałem aż zaskoczy z pół godziny. Mądry Polak po szkodzie… Anyway, moja cierpliwość została nagrodzona pamiątkowym nepalskim numizmatem. Monety (nazwa tego numizmatu to paisa, których setka daje jedną rupię) już prawie wyszły z użytku w Nepalu, więc jest to nie lada souvenir 😉 Komizm sytuacji sięgnął tego stopnia, że są one sprzedawane w sklepach jako pamiątka.

Oblepione naklejkami wypraw trekkingowych lodge to normalny widok.

Dzień 8 – 19.03.19

Po regenerującej nocy wyruszyliśmy o podobnej godzinie co ostatnio. Szliśmy już bezpośrednio do Gokyo. Nowym gatunkiem ptaka, z którym często przecinały się nasze szlaki był kuro/bażanto podobny ułar tybetański.  

Para ułarów tybetańskich. Źródło: https://st2.depositphotos.com/2547313/7801/i/950/depositphotos_78010464-stock-photo-tibetan-snowcock-couple.jpg

Teoretycznie był to krótki odcinek, aczkolwiek zaważył na całym dalszym trekkingu. Podczas marszu coraz bardziej zaczęła mnie boleć głowa. Ściślej mówiąc czułem się jakby ktoś wbijał mi szpilki w potylicę. Oczywiście nie był to nagły ból, wcześniej już miałem podobne symptomy, ale jedna tabletka pomagała i po chwili mijało to uczucie. Do tego doszły jeszcze zawroty głowy i totalne opadnięcie z sił. Tym razem było to aż nazbyt intensywne i każdy pokonywany metr w takich warunkach (strasznie wysokie przepaści, śliskie podłoże, zamarznięte strumienie, zaspy śnieżne) był koszmarem i mógłbym przypłacić to życiem. Na śniegu zauważyłem ślady kocich łap, więc jeszcze tylko wygłodniałej śnieżnej pantery (zagrożony wyginięciem gatunek znany też jako irbis) brakło do kompletu.

Irbis. Źródło: https://seethewild.org/wp-content/uploads/2018/07/13360204225_919e9e35a8_o-806x403.jpg

Moje tempo marszu stało się bliskie ślimaczemu i niestety zmuszało to również dobrze czującego się Mateusza do niekończących się przystanków i czekania aż do niego dołączę. Co by tu nie było byłem w takiej sytuacji, że po prostu musiałem zagryźć zęby i iść przed siebie. Wycofać się nie mogłem, natomiast smęty i narzekania by nic tu nie dały, a tylko odebrałyby mi siły… Jakoś udało nam się dojść  do pierwszego lepszego guest housu w Gokyo. W oczy rzucała się przede wszystkim zabudowa tej małej himalajskiej oazy. Na większości dachów spoczywały duże kamienie, mające zapewne na celu utrzymanie sufitu w całości w czasie częstych porywistych wichur. Podsumowując: wieje, piździ, pada śnieg, boli głowa, jestem ledwo przytomny, padam z nóg – jednym słowem cudownie 😉 Przynajmniej czułem, że żyję…

Gokyo (4790 m n. p. m.).

W okolicy leży kompleks znanych dziewiętnastu jezior, które de facto są jednymi z najwyżej położonych tego typu zbiorników wodnych na świecie. Wioska Gokyo leży nad jednym z nich, a dokładniej trzecim – „Dudh Pokhari”. Niestety prawie całe było zamarznięte i przykryte śniegiem, więc nie było czym się zachwycać…

Kolejnym celem w naszym planie powinno być pokonanie przełęczy Cho La Pass (5380 m n. p. m.) (Himalaje centralne), która była „furtką” do dalszej eksploracji wschodniej części Nepalu. Szczególnie zależało nam na zdobyciu Chukhung Ri (5530 m n. p. m.) i Kala Pathar (5655 m n. p. m.), odwiedzeniu Everest Base Camp i przejściu przez Kongma La Pass (5550 m n. p. m.). Przedarcie się przez tą przełęcz szacowaliśmy na minimum dwanaście godzin. Kilkukrotnie odradzano nam samotną przeprawę przez Cho La Pass (vide Mingma Sherpa) z tytułu opadów śniegu, lodu i wąskich niezabezpieczonych przesmyków, które można było pokonać tylko czołgając się. Zrezygnowaliśmy z tej opcji. Podjęliśmy wspólną decyzję o spędzeniu dodatkowego dnia w Gokyo (ja poleżę w łóżku, a Mateusz spędzi go produktywnie), odpuszczeniu dalszej części trekkingu i wycofaniu się do Lukli.

Fakt. Po dniu aklimatyzacyjnym mógłbym się poczuć lepiej, ale nie chciałem zachowywać się jak lekkomyślny idiota i ryzykować. Przede wszystkim sprowadzała mnie na ziemię świadomość, że gdyby coś mi się stało to Mateusz samotnie, odizolowany od wszystkiego w wysokich górach, musiałby organizować dla mnie pomoc. Nie czułem się z tym w porządku, gdyż przeze mnie mój kolega musiał zrezygnować z lwiej części naszych planów… Pozostał mi kolosalny dług wdzięczności wobec niego. Daliśmy też ciała z planowaniem trasy, ale mniejsza o to. Czasu się nie cofnie, a przynajmniej jest jakiś powód, żeby ponownie udać się w Himalaje.

Dzień 9 – 20.03.19

Nie mam tu nic ciekawego  do opisywania, a nie chcę was zanudzać. Mateusz sam poszedł zdobyć szczyt Gokyo Ri (5357m n. p. m.), a ja cały dzień spędziłem w jadalni racząc się nepalską kuchnią, regerując siły i pisząc ten dziennik (oczywiście nie w Internecie, ale sporządzając luźne notatki w zeszycie). Wolny czas wykorzystałem również na zrobienie prania (nie chciałem nosić tego całego cuchnącego syfu w plecaku).

Dobry patent na skuteczne domykanie drzwi. Woreczek z obciążeniem przywiązany do framugi.

Poprosiłem Mateusza o relację z tego jak przebiegał jego dzień. Na chwilę oddaję mu „pióro”:

 „Wyjście na Gokyo Ri zaczęło się od oczywiście od zbyt późnej pobudki spowodowanej raczej nie lenistwem lecz objawami przemęczenia spowodowanymi spaniem (a raczej nie spaniem) na wysokości niemalże 5000 m n.p.m. Szczyt nie należy do wybitnych pod względem trudności technicznych, raczej jest to wchodzenie niż wspinaczka, jedyną rzeczą która najbardziej doskwiera to ograniczony brak tlenu w powietrzu, który jest naprawdę uciążliwy. Wrażenia z wchodzenia wyglądały następująco, dwie minuty podchodzenia, minuta odpoczynku. Brak określonego szlaku, całe zbocze było poprzecinane niezliczoną liczbą ścieżek wydeptaną raczej przez wysokogórskie zwierzęta niż przez ludzi. Widok z samego szczytu był bardzo majestatyczny aczkolwiek „surowy”. Surowość krajobrazu potęgowało totalne osamotnienie spowodowane małym ruchem turystycznym o tej porze roku. Dojście do szczytu zajęło około 3,5 godziny, zejście 1,5 godziny. Temperatura według moich danych na szczycie wynosiła około -25 st. C. Zdjęcia jak i filmy nie oddają rzecz jasna rzeczywistych wrażeń. Zdecydowanie punkt obowiązkowy do zobaczenia w tej części Himalajów.

Dzień 10 21.03.19 Gokyo - Fanga (powrót)

Gokyo - Dragnag - Nha – Fanga – Dole - Namche Bazaar – Monjo – Lukla

W tym miejscu niby mógł bym po prostu streścić do kilku akapitów trasę od Gokyo do Lukli, jednak opiewała ona w różne ciekawostki, dla których warto poświęcić więcej miejsca. Lekturę niniejszej części wpisu zalecam tylko najwytrwalszym i ciekawym dalszego obrotu sprawy, bo raczej nie ze względu na objętość tekstu nie trafi to do wszystkich ;P Anyway, jak to się mówi – nie jest to zupa pomidorowa, żeby to każdy lubił. Mimo wszystko mam nadzieję, że nikogo nie zanudzę i będziecie się dobrze bawić… To co, zapinamy pasy i startujemy?

Z nowymi siłami i w lepszej kondycji wyruszyliśmy w stronę punktu wyjścia, czyli Lukli. Blisko to nie było, więc mimo wszystko czekało nas podczas powrotnego trekku jeszcze kilka noclegów. Paradoksalnie droga trwała krócej, gdyż nie musieliśmy tracić czasu na aklimatyzację organizmów i tym samym dzielić powrotnej trasy na krótkie odcinki marszu. Po prostu zatrzymywaliśmy się tam gdzie nam odpowiadało.

Totalnie biały krajobraz urozmaicił nam lodowiec. Nie to, że widoczny z daleka. Leżał na naszej trasie, a więc trzeba było z delikwentem przeżyć spotkanie trzeciego stopnia. Tym kolosem był najdłuższy lodowiec w Himalajach (długi jak z Gdyni do Kartuz) – Ngozummpa. Jednakowoż dane nam było zobaczyć skąd wybija nasza nieodłączna towarzyszka podróży – rzeka Dudh Koshi.

Lodowiec Ngozummpa.

Piękne widoki, pięknymi widokami, ale nie należy zapominać, że przyroda bywa zdradliwa. Podobnie jak pewnego dżentelmena ponad 2000 lat temu czekało mnie kilka „upadków” podczas powrotnego trekkingu. Szczęśliwie wszystko skończyło się dobrze. Może udział w tym miały ugłaskane bóstwa i odstraszone złe duchy. Sztuczka polega na dołożeniu jednego kamyka i okrążeniu, albo wyminięciu z prawej strony, któregoś z kamiennych kopczyków (tzw. „doubengi”) licznie przez nas spotykanych w okolicy.

Zadymiony szczyt po lewej to ósma najwyższa góra na świecie, znajdujący się na granicy z Chinami - Cho Oyu (8201 m n. p. m.) (tłum. "Turkusowa bogini"). W tej samej linii, po prawej, o kształcie trapezu jest najwyższy z siedmiotysięczników - Gyachung Kang (7952 m n. p. m.).

Wszędzie wkoło mleko, idziemy bez szczegółowo wytyczonej trasy, brak śladów cywilizacji i bądź tu mądry gdzie się kierować. Wcale nie pomagało to, że zmęczenie dawało sie we znaki po pokonywaniu głębokich zasp śnieżnych i moren lodowcowych. Sprawdzonym sposobem jednej z takich sytuacji sprostaliśmy poprzez chwilowe rozdzielenie się w celu znalezienia szlaku. Znaleźliśmy całkowicie pokrytą błotem wąską ścieżkę. Z lewej strony po pokonaniu stromego kilkumetrowego przewyższenia biegła dalsza trasa. Z prawej przepaść, a przed nami droga się urywała. Oczywiście odważniejszy, z lepszą kondycją Mateusz wgramolił się tam bez żadnego problemu. Ja z tytułu, że zawsze w moich myślach przeważają czarne scenariusze bałem się upadku i skręcenia karku – zostałem na dole. Kolega podał mi rękę, wciągnął mnie z plecakiem i ku uciesze ekipy w Niebie, która nade mną czuwa nie spadłem…

Wraz z kolejnymi dniami pogoda była już coraz lepsza, temperatura wyższa, śnieg powoli odchodził do lamusa, a mróz występował przede wszystkim nocami. Specjalnie nie goliłem się podczas pobytu w Nepalu, ale niestety... Moje polowanie na fotkę z wyhodowanymi soplami lodu zwisającymi z zarostu na twarzy (ala prawdziwy himalaista) spełzło na niczym ;P

Radość nie trwała zbyt długo. Pech chciał, że badając przez śnieg kijkami trekkingowymi podłoże źle oceniłem jego stan i stopa wpadła mi pod jakiś zamarznięty strumyk. Grunt, że miałem obuwie na zmianę (pamiętajcie o zabraniu jednej zapasowej pary!). Po około godzinnym marszu z Gokyo oczom naszym ukazała się „cywilizacja” w postaci osady Dragnag (4700 m n. p. m.). Oczywistą oczywistością jest, że wparowałem tam prędzej niż burza by się przebrać i wysuszyć rzeczy. Przy okazji ku pokrzepieniu sił zjedliśmy coś na ciepło i…. szczerze mówiąc było tak milusio, że chciałem już tam nocować ;P Mateusz upierał się, żeby zrobić jeszcze kilka kilometrów do najbliższej osady. Uratował mi wcześniej tyłek, więc czułem się zobowiązany. Wyruszyliśmy dalej.

Let’s come back to reality. Za tło mając jedynie to co stworzyła matka natura brnęliśmy przed siebie. Góry, strumienie i mijane pasące się jaki w akompaniamencie świergoczącego ptactwa przyglądały się naszym poczynaniom. Ledwo co zdążyłem przejść niecały kilometr i ponownie tą samą stopą wpadłem do lodowatego strumyka. Wprost cudownie. Nie miałem już nic na zmianę, a jeszcze kawałek drogi przed nami. Może jednak w złą stronę obchodziłem te doubengi?

 

Jak transportujący butle z gazem. Gotowy do wybuchu, aż przypomniało mi się Worms Armageddon 😉

Zakładaliśmy, że czekający nas odcinek będzie przebiegał w większości płasko, lub z górki. Tak było. Niestety ta górzysta MNIEJSZOŚĆ dała nam nieźle w kość. Tia, cuda. Nie tylko ja byłem wyczerpany, ale siły też opuszczały „nieśmiertelnego Mateusza z żelaza”. Ten tekst nie oddaję zapewne tego w jakim stanie byliśmy, ale uwierzcie mi, że nie było za kolorowo. Napotkany pastuszek powiedział nam, że w pobliżu jest mała wioska – Nha, w której to znajdziemy nocleg. Jest dobrze, pojawiło się światełko w tunelu. Zza gór zaczęły się wyłaniać uprawne pola (zapewne popularnych ziemniaków) i kilka zabudowań na krzyż. Było już późne popołudnie, więc musieliśmy znaleźć czym prędzej nocleg by zdążyć przed zmierzchem.Otoczenie nie sprawiało optymistycznego wrażenia, gdyż nigdzie nie widać było żywego ducha. Wypatrzyłem z góry dwie babulinki, także podbiegłem do nich i spytałem się o lodge. Nie załapały o co chodzi to przeszedłem na sprawdzone migi, uśmiechy i wypowiadanie kluczowych słów. Dowiedziałem się, że jest to tea house, ale niestety zamknięty. Nie poddając się w prosiłem je o nocleg oferując w akcie desperacji całe morze rupii. Nie przystały na to… K****! W takim razie,  cóż nam pozostało. Nie możemy usiąść i się załamywać, bo czas kurczy się niczym góralski sweterek po praniu tylko kontynuować marsz i mieć nadzieję, że natkniemy się na jakąś noclegownię.

Zacisnęliśmy zęby i po jakimś czasie wysoko w górze zobaczyliśmy jakąś dużą chałupę wyglądającą na lodgę. Fajnie. Mniej fajnie, że było to ładny kawałek od nas. Jakby tego było mało od chaty oddzielał nas duży kanion z szerokim korytem starej znajomej – Dudh Koshi. Jeszcze mało? Zaczynało się ściemniać, a w zasięgu wzroku nie było widać żadnego mostu w okolicy. No nic. W razie „W” mamy latarki, wody jest pod dostatkiem, zes**** się, a dojdziemy. Grunt, żeby nic głupiego nie robić i nie pogorszyć swojej sytuacji. 

Tar himalajski. Źródło: https://encrypted-tbn0.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcT5fedM1kbBIA_PmgG5b3gaswYg_oqW2NwmkwjNwErmuIQLmd-n

Wpierw trzeba było zejść ze stromego kanionu i dojść do rzeki. Prymitywna ścieżka prowadziła dookoła, a my nie mieliśmy czasu na nadkładanie drogi. Zeszliśmy w dół na przełaj. Mojemu kompanowi szybciej to zeszło, ja się strasznie ślimaczyłem uważając na każdy krok.Trochę się przestraszyłem chwili kiedy mijałem półkę skalną z grotą, w której schował się samiec tara himalajskiego (strasznie upraszczając jest to nepalska odmiana kozicy), ale on bał się chyba bardziej ode mnie ;P Zanim zdążyłem zejść na dół Mateusz dawno się oddalił i udał się w poszukiwaniu mostu. Potknąłem się o roztrzaskany telefon satelitarny. Znalazłem się w małej zatoczce, mając wokół skały i pieczary. Bałem się, żeby przypadkiem niedźwiedź czy jakiś inny potwór mnie nie zaatakował. Warunki do spokojnej i racjonalnej oceny sytuacji były raczej kiepskie. Najbliższą drogą przeprawy aby zaoszczędzić czasu wydawało się przejście potoku po wystających z niego głazach, ale na szczęście zrezygnowałem z tego samobójczego planu. Kolega znalazł jakąś kładkę, ale przyszła taka pora, że trzeba było wyposażyć się w latarki. Ja byłem tak zmęczony, że nie byłem w stanie dalej iść. Wziął mój plecak, zostawił bagaże w lodgy i wrócił się po mnie. Po raz kolejny uratował mi tyłek. Aby dolać oliwy do ognia wspomnę o fakcie, że znajdowaliśmy się w obszarze, w którym w 1995 roku lawina zabiła 26 osób. Milusio. Grunt, że żyjemy.

Zakotwiczyliśmy się w osadzie Fanga (Pangka) w „Viewpoint Hotel and Restaurant” 4548 m n. p. m. De facto było to chyba jedyne zabudowanie w pobliżu. Przenocowaliśmy, ogarnęliśmy się, porozmawialiśmy z właścicielem o Yeti oraz historii Nepalu i nazajutrz opuściliśmy włości koło godziny 10.

Dzień 11 22.03.19 Fanga - Dole (powrót)

Metę dzisiejszego etapu wyznaczyliśmy na wioskę Dolę. W sumie będą to ponowne odwiedziny. Wracamy podobnym szlakiem co zaczynaliśmy. Cytując moją babcię: „Kogo Pan Bóg kocha, temu krzyże zsyła”. Mnie chyba wyraźnie sobie upodobał (#męczennikboży). Coś mi się popsuło z plecami i każde kilkadziesiąt metrów pokonywałem wolniej od zataczającego się menela. Mateusz ciągle na mnie cierpliwie czekałem, ale po jakimś czasie i on stracił cierpliwość. Odetchnąłem z ulgą kiedy w zasięgu wzroku pojawiło się Dole, w którym to się spotkaliśmy. Ledwo żywy doszedłem na miejsce. Deja vu. Ponownie trafiliśmy do tej samej lodgy i pana Pemby. Oczywiście na miejscu owinąłem się bandażami, posmarowałem różnymi maściami i miałem nadzieję, że jakoś to będzie w jutrzejszym dniu.

Narodowy kwiat Nepalu i zmora osób z wadą wymowy - Rododendron. Znany wam zapewne jako pojedynczy krzak, tu w Himalajach tworzy osobne piętro roślinne. W okresie zakwitu (kwiecień/maj) cały kraj przybrany jest różową barwą. Bajeczny obraz.

Zawsze w razie tak zwanego emergency, gdy plecy dalej mi będą odmawiać posłuszeństwa istnieje możliwość wynajmu portera, który zabierze plecak w wyznaczone miejsce. Pośrednictwo w tego typu usługach oferuje dużo lodgy, a zwykle dowiecie się o tym z ich wizytówek rozdawanych na każdym kroku. Często spotkacie się z tym, że krewny właściciela jakieś guest housu będzie polecał nocleg u swojego brata/kuzyna/wujka, etc. Tam wszyscy siebie znają i są ze sobą spokrewnieni. Anyway, zdecydowałem się na transport mojego plecaka do kolejnego punktu na naszej trasie – Namche Bazaar. Bagaż ma na mnie czekać kolejnego dnia w jednym z guset housów, w którym to też na recepcji zostawię pieniądze za tragarza. Żeby móc się z nim skontaktować, wymieniliśmy się również numerami telefonów. Summa summarum zapłaciłem za to 4000 NPR. Mógłbym zbić tą cenę, ale nie miałem zbytniego pola manewru i siły do targowania się.

Dzień 12 23.03.19 Dole - Namche Bazaar (powrót)

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Często mijaliśmy bambusowe zagajniki.

Kolejnego dnia bez obciążenia na plecach szło już się dużo łatwiej i szybciej. Drogę do Namche Bazaar pokonaliśmy w ponad siedem godzin. Im niżej schodziliśmy tym ceny były niższe, rósł apetyt i siły. W Namche wynajęliśmy pokój za 200 rupii od głowy i zostawiłem gotówkę dla portera. Po załatwieniu podstawowych potrzeb od razu udaliśmy się zwiedzić miasto. Lawirowaliśmy pomiędzy uliczkami, przekąsiliśmy coś i odpoczęliśmy przy piwie (350 NPR małe, 500 NPR duże). Na włości powróciliśmy wieczorem. Chyba trafiliśmy na martwy sezon, bo z tego co widziałem byliśmy jedynymi osobami w „schronisku”. Przy recepcji czekał już na mnie plecak. Załapaliśmy się jeszcze na kolację (pamiętajcie, że nie żywiąc się w lodgy za nocleg zapłacicie więcej) i kilka buteleczek lokalnego rumu.

Dzień 13 24.03.19 Namche Bazaar - Monjo (powrót)

Cóż to za miłe uczucie obudzić się wraz z bladym świtem i nie doświadczyć bólu głowy i lodowatego zimna 😉 Wracamy do dawnych standardów. Prócz standardowego zestawu śniadaniowego menu urozmaiciłem o oferowany w tym przybytku ser z mleka naka. Plasterek kosztował 250 rupii, więc głupio by było oszczędzać pieniądze i nie spróbować tego specjału. Jak dla mnie to nic specjalnego moje kubki smakowe nie odczuły, no ale zawsze to jakieś novum w diecie ;P

Udaliśmy się wprost do bram wejścia do Parku Narodowego Sagarmatha, czyli do Monjo. Po drodze omijając dom Mingmy przeszliśmy ponownie Khumjung. Narzuciliśmy sobie zdrowe tempo, bo chcieliśmy dziś osiągnąć Luklę, więc zrezygnowaliśmy z niepotrzebnych przystanków. Jak się okazało w praniu, zdecydowaliśmy zatrzymać się na nocleg w odległym od niej o 12 km Monjo. Trochę przeceniliśmy nasze siły 😉

 

IMG_1960
(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Pod strzechą, gdzie się ulokowaliśmy za pokój z prysznicem zapłaciliśmy 600 wariatów. Tyle samo kosztowało 180 ml rumu. Raj 😉

Dzień 14 25.03.19 Monjo - Lukla (powrót)

Minęły równo dwa tygodnie. Sześć godzin zabrał nam powrót do miejsca, z którego zaczynaliśmy eksplorację Himalajów. W Lukli jak się okazało spędziliśmy jeszcze dwa dni. Dopowiem to w kolejnym wpisie. Czy wyszliśmy z tego wyjazdu na tarczy, czy też z tarczą? Powiedzmy, że tarcza była gdzieś po środku z przewagą góry 😉 Nie udało nam się zrealizować w pełni, ani nawet w połowie założonych planów na trekking, aczkolwiek to co zobaczyłem i przeżyłem podczas odbytej trasy warte było pieniędzy i czasu, które poświęciłem na wypad do Nepalu. Postarałem się wam zobrazować i szczegółowo opisać mijające dni tego tripa. Mogę mieć tylko nadzieję, że wynieśliście z tego co napisałem jakieś ciekawostki, bawiliście się tak co najmniej tak samo dobrze jak ja i czasami na waszej twarzy pojawiał się uśmiech 🙂 Jak się miało okazać w nadchodzących dniach trekking był jedynie miłym dodatkiem do pobytu w tym państwie…

PS Pozwolę sobie na jeden istotny dopisek. Dla wytrwałych i ciekawych moich dalszych poczynań opisałem trwającą pięć dni drogę powrotną do Lukli. Jeśli i ten test zdałeś i dalej cię nie zanudziłem polecam lekturę kilku kolejnych wpisów, w których to opiszę mój dalszy pobyt w Nepalu. Przedłużył się o około tydzień, więc mam nadzieję, że nadal będzie ciekawie. Zabiorę was z himalajskiego klimatu, jaków, yeti, śniegu, mrozu i minusowych temperatur wprost do przedsionku dżungli i tropików. Ze skrajności w skrajność. Jeśli chcecie mi towarzyszyć w dalszej podróży czeka nas wypad do jednego z największych nepalskich miast – Pokary i kilkudniowy pobyt w stolicy – Katmandu.

Etap nr 3: Namche Bazaar – Khumjung – Dole

Namche Bazaar (3440 m n. p. m.).

Plan „miasta”, które wbrew pozorom nie jest aż tak duże. Moim zdaniem bardziej pasuje do niego określenie duża wieś.

Osiągnęliśmy ostatni tak duży turystyczny bastion na naszej trasie. Ostatnie miejsce gdzie można czerpać pełnymi garściami ze zdobyczy cywilizacyjnych. Za przykład niech posłużą: kantor, bankomaty, apteka, kafejki internetowe, najwyższy irlandzki pub i zakład dentystyczny na świecie oraz stragany gdzie można kupić prawie wszystko czego dusza zapragnie. W dalszych stronach nie będzie już to tak proste i oczywiste. Za przykład niech posłuży kantor, który po raz ostatni uświadczymy w tym miejscu. Później MOŻE uda wam się zamienić pieniądze na lokalną walutę jedynie u jakiegoś nepalskiego cinkciarza i to w dodatku po stratnym kursie.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Namche Bazaar. Na drugim planie widokiem przypominający koronę jest masyw Kusum Kanguru, natomiast z lewej strony szczyt Thamserku (6623 m n. p. m.).

Coś co zdradza, że jednak nie jesteśmy w Zakopanem to brak samochodów, asfaltu i fakt, że brak tu dróg dojazdowych. Trafić do Namche Bazaar można jedynie śmigłowcem lub na piechotę.  Turyści dosłownie wylewają się tu z każdego miejsca. O dziwo wyjątkowo mało było Polaków (tylko raz słyszałem ojczysty język). Widziałem nawet jednego murzyna, o!

Na dole zdjęcia wprawne oko dostrzeże kobiety piorące ubrania tradycyjną metodą. W sumie innego wyjścia nie mają, bo pralek tam nie ma.

Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy po przekroczeniu bram miasta była przepiękna stupa. Nie każdy musi wiedzieć czym są te osobliwe budowle, także już spieszę z wyjaśnieniem. Określenie stupa pochodzi z sanskrytu (uogólniając pierwotny język używany m. in. na terenie dzisiejszego Nepalu), natomiast na swojej trasie natknę się również na jej tybetańskie odpowiedniki czyli czorteny. Jest to budowla (zwykle o kształcie przypominającym piramidę, lub charakterystycznych słupków/kopców) o charakterze religijnym. W ich wnętrzu są składowane relikwie Buddy, bądź też inne cenne artefakty dla buddyzmu. Aby towarzyszyła wam pozytywna karma powinno się ją okrążyć trzy razy, z lewej do prawej (absolutne minimum to minąć ją z lewej strony. Z szacunku). Czasami kopuła, lub inna część stupy przyozdobiona jest malunkiem tzw. „wszystkowidzących oczu Buddy”. Żeby spotęgować szczęście czasem u podstawy towarzyszą jej młynki modlitewne, których wprowadzenie w ruch w założeniu powinno mu dopomóc 😉

Przede mną stupa, a z prawej flanki natomiast młynki modlitewne. Poczułem się jak w małym buddyjskim Watykanie.
Przede mną stupa, a z prawej flanki natomiast młynki modlitewne. Poczułem się jak w małym buddyjskim Watykanie.

Minąwszy ją udaliśmy się do pierwszego lepszego miejsca z obrazkami jedzenia, żeby wrzucić coś na ruszt. Trafiliśmy do zwykłej chałupy, którą spośród innych wyróżniała jedynie wyeksponowana przed wejściem oferta gorących posiłków. Wszystko było w nepalskim języku, a niestety z szyldu nie szło nic upatrzyć co by nas satysfakcjonowało. Nie było menu, a gospodarze nie władali angielskim. Czy można trafić lepiej? 🙂 Jakoś się dogadaliśmy. Uśmiechy, domysły, łamany język i migi robią swoje. Zawsze to jakieś wyzwanie – bum, hej przygodo ;P Summa summarum zdaliśmy się na sprawdzoną zupę czosnkową i poprosiliśmy pozostałych obecnych o doradzenie nam co do drugiego dania (szczerze to nie jestem pewien czy zrozumieli). Zaufaliśmy ich gustowi i podali nam jedno z najpopularniejszych nepalskich dań – tzw. Dal Bhat. Z grubsza – nic skomplikowanego. Talerz z ryżem, smażonymi warzywami (tarkari) i małą miską zupy z soczewicy. Dobrze zaznaczyć, że dopóki kucharz posiada resztki ryżu i warzyw, dopóty przysługuję wam darmowa dokładka. Zdrowe, tanie i pożywne danie. W dodatku świetny zapychacz – polecam. Częsty element mojej kolacji na trekku.

Kolejny krok to wymiana gotówki w kantorze i małe zakupy. Garść batonów mających zapewnić zastrzyk glukozy, woda (cena wzrasta wraz z wysokością) oraz w końcu kijki trekkingowe. Jeśli nie chcecie być oszwabieni wręcz wypada negocjować cenę towaru ze sprzedawcą. Przykładowo za pierwszym razem usłyszałem, że koszt kijków to „handred tałzen”. Faktyczna cena to 1100 NPR i nie, nie była to wina słabej znajomości języka angielskiego tego handlarza. Po prostu był cwany. Identyczną sytuację miałem w Katmandu, ale o tym potem opowiem… Anyway, niemożliwym okazało się zejście poniżej wcześniej podanej kwoty, bo sklepikarz tłumaczył się tym, że taka cena obowiązuję na każdym stoisku. Jak prawdziwy Janusz nie omieszkałem sprawdzić jego słów. Mówił prawdę.

Nasza wizyta w Namche Bazaar długo nie potrwała. Nie mieliśmy zamiaru spędzić tam czasu przeznaczonego na aklimatyzację. W tym celu udaliśmy się w dalszą drogę (około godzina marszu) do pobliskiej wioski – Khumjung. Z Namche nasze drogi jeszcze się skrzyżują…

Opuszczając miasto, po drodze minęliśmy jeszcze lotnisko Syangboche (3720 m n. p. m.). De facto wyglądało jak zwykły, pusty, wyrównany plac. Nie zauważyłem tam żadnej infrastruktury typowej dla portów lotniczych. Zapewne był to po prostu podniebny parking dla gości eksluzywnego stojącego w okolicy hotelu „Everest View”.Ku przestrodze pamiętajcie, żeby patrzeć pod nogi i uważać na każdy krok. Najczęstszym typem nawierzchni przez, którą przeszło nam pokonywać było błoto. Nie byłbym sobą gdybym pomimo swojej nadmiernej ostrożności graniczącą z paranoją nie wywinął orła na takiej ścieżce. Miałem jedynie tyle szczęścia, że cały nie upaćkałem się w tym syfie. Pocieszał też fakt, że było to niedaleko naszego najbliższego celu i szybko wypiorę te ciuchy ;P

Khumjung (3790 m n. p. m.).

Podobnie jak w miejscu, w którym gościliśmy wcześniej tak i wejście do wioski Khumjung zwiastowała brama. Tym razem wg mnie większa, bardziej kolorowa, bogato zdobiona i upiększona młynkami modlitewnymi umieszczonymi pod jej strzechą. Mając przed sobą jedyną (póki co) drogę udaliśmy się wzdłuż niej zatrzymując się w losowej lodgy. Padło na „Buddha/Alpine lodge & restaurant”, gdzie mieściła się również piekarnia szwajcarskiego pieczywa. Czemu szwajcarskiego? Właściciel tego przybytku swego czasu często był członkiem wypraw górskich na terenie tego państwa. Widocznie tak mu zasmakowały tamtejsze wyroby piekarskie, że postanowił rozpocząć ich wypiek w swojej rodzinnej nepalskiej wiosce.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Trzej muszkieterowie.

Na miejsce dotarliśmy późnym popołudniem. Za godzinę lub dwie spodziewaliśmy się mroku, więc nie było sensu szukać przygód w pobliżu i eksplorować okolicy. Skierowaliśmy się do pokoju i zaczęliśmy wić gniazdko na nocleg. Z mojej strony wyglądało to jak typowy tzw. „pilot”, z którym miałem do czynienia na harcerskich obozach. Po prostu czym prędzej wyrzuciłem wszystko z plecaka, przywdziałem czyste ciuchy i udałem się uprać upaćkane błotem rzeczy. Córka gospodarza udostępniła mi mydło i dwie miski z ciepłą wodą, więc nie było aż tak spartańsko. No może z wyjątkiem faktu, że część prania robiłem już po ciemku, piździało jak w Kieleckiem, a ja miałem na sobie tylko klapki i coś na kształt pidżamy. Robotę wykonałem co prawda wzorowo, aczkolwiek rano wszystkie wywieszone na dworze ciuchy były skostniałe i pokryte lodem 🙂 Najważniejsze, że czyste. Zawsze poprawia to samopoczucie.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek)

Po praniu przyszedł czas na szybki, relaksujący prysznic. Tzn. był z nim tylko z nazwy. Szyjkę prysznica zastępowała miska, do której wlewało się ciepłą wodę z wcześniej przygotowanego kanistra. Za kabinę służyła jakaś drewniano-blaszana buda. Jeśli chcecie orzeźwić się gorącą bieżącą wodą zawsze wybierajcie lodge gazowym ogrzewaniem prysznica. Anyway, im szybciej przyzwyczaję się do takich warunków tym lepiej. W sumie to nie traktowałem tego jako dyskomfort, ale jako ciekawe doświadczenie.

Wieczorem zeszliśmy do jadalni i wrzuciliśmy coś na ząb. Jak już wspomniałem. Czas spędzony w Khumjung postanowiliśmy zaliczyć w poczet aklimatyzacji, więc czekały nas dwie noce w tym miejscu. Skoro ustaliliśmy już, że dysponujemy sporym zapasem czasu, mogliśmy pozwolić sobie na dłuższą chwilę relaksu. Zaprosiliśmy kierownika tego całego biznesu do wspólnej konsumpcji alkoholu, przy wieczerzy i ciepełku płynącym z kozy. Zapomniałem wspomnieć, że Mateusz przywiózł z sobą prosto z Polski pigwową Soplicę. Dużo tego nie było, bo raptem 0.7, ale cel był nie żeby się urżnąć w trupa, ale żeby otworzyć tę flaszkę w Himalajach 😀

Mogę się poszczycić tym, że to ja przejąłem inicjatywę w rozpalaniu pieca. W tym celu dorzucałem do niego placki z zaschniętego łajna jaka (wannabe strażnik ognia ;)).

Pan domu nazywał się Mingma Nuru Sherpa. Najłatwiej przyszło mi zapamiętać jego imię, które kojarzyło mi się z pigwą – składnikiem naszego napoju bogów z ojczyzny. Co do jego nazwiska (Sherpa) to wstyd się przyznać, ale miałem na jego temat totalnie mylne przekonania. Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć,  że zapewne większość osób też takie ma/miało… Otóż po pierwsze primo myślałem, że Sherpa to nie nazwisko tylko wykonywany zawód. Po drugie primo sądziłem, że Szerpa to synonim słowa tragarz. Jak bardzo się myliłem… Prostując i z grubsza tłumacząc. Jest to nazwa ludu zamieszkałego Himalaje (w większości po nepalskiej stronie). Szerpowie trudnią się: rolą, hodowlą bydła, handlem oraz są przewodnikami i tragarzami. Ich głównym źródłem chleba jest turystyka. Na pewno głównym motorem napędowym tego faktu był najsłynniejszy z Szerpów, zdobywca Mount Everest (29.05.53 r.) – Tenzing Norgay. Członkowie tego szczepu nieznacznie różnią się wyglądem od reszty mieszkańców Nepalu, a ich organizmy (przede wszystkim płuca i serca) są przystosowane do życia na wysokości i zwiększonego wysiłku fizycznego. Standardem jest, że w dowodzie osobistym jednym z członów nazwiska jest – Sherpa. Ciekawostką jest fakt, że klan ten posiada swój własny język. Zapamiętałem, że tashi delek znaczy namaste, a thuuche oznacza dziękuję.

Kocham erę konsumpcjonizmu i XXI wiek…

Mingma podobnie jak kilku innych właścicieli schronisk, których spotkaliśmy na szlaku zdobył Everest, z czego jest bardzo dumny, a jego ścianę zdobią liczne dyplomy i zdjęcia z górskich wypraw. Nie omieszkał uraczyć nas kilkoma opowieściami z wcześniej wspomnianych i opowiedzieć co nie co o Nepalu. Z tego co zanotowałem (uwaga, mogę się mylić co do ceny!) to mówił nam, że skorzystanie z usług przewodnika to wydatek (w przypadku grupy dwuosobowej) 30 dolarów na głowę. Trzeba pamiętać o tym, że nie można wynająć go tylko na kilka dni, ale na całość planowanej trasy. Dobrze również wiedzieć, że będzie on nocował i jadł we własnym zakresie. Za najpopularniejszą nepalską grę karcianą uważa „Puls” (w Internecie nic nie znalazłem na jej temat), natomiast sportem wg niego jest piłka nożna. W bezpośrednim sąsiedztwie jego włości mieści się szkoła średnia założona przez pierwszego zdobywcę Sagarmathy (znaczy to Czoło Nieba) – sir Edmunda Hillarego, której częścią jest boisko dla dzieciaków. Młodzi ostro trenują co niestety nie przekłada się na sukcesy reprezentacji Nepalu. Zero awansów do Pucharu Azji oraz do Mistrzostw Świata…

Alkohol i jedzenie się skończyło (Mingma obiecał rewanż ze swojej strony :D), w piecu już nie grzało, czas palić wrotki do spania. W łóżku mojego organizmu nie czekała łatwa przeprawa. Trudno mi było złapać powietrze, co było zapewne pokłosiem reakcji układu oddechowego na pierwszą noc spędzoną na wysokości. Skutkiem były problemy ze snem. Na szczęście mogłem sobie pozwolić na dłuższy pobyt w łóżku z tytułu na nadchodzący dzień aklimatyzacyjny

Dzień 5 (aklimatyzacja) – 16.03.19

Mięliśmy do dyspozycji cały wolny dzień, aby oswoić nasze organizmy z wysokością, na której się znajdujemy. Bez żadnych planów, pozwoliliśmy sobie na młodzieżową spontaniczność. Abym miał zdrowie i siłę, jak to wmawiano mi przez całe życie ranek rozpocząłem wzorowo. Nepalską wersją owsianki, czyli tsampą. Jej głównym składnikiem jest m. in. gruboziarnista jęczmienna mąką. Ciekawostką niech będzie fakt, że wraz z solą i masłem z mleka naka używa się jako składniki popularnej wśród Szerpów nepalskiej herbaty (su cha), którą rzecz jasna wielokrotnie raczyłem się na szlaku. Anyway, ciekawy naszych planów Mingma zaoferował swojego młodego synka (Fure) jako przewodnika po okolicy. Oczywiście darmowo (i tak młody dostał kilka słodkości 😉 ).Bardzo miło z jego strony. Fura przynajmniej miał okazję produktywnie spędzić wolny czas, podszlifować swój angielski i posłuchać kilku ciekawostek o świecie od dwóch białasów z Europy.

                Zaprowadził nas aż na drugi koniec wioski, na górę u podnóża najwyższego wzniesienia w okolicy – świętej góry Khumbili (5761 m n. p. m.). Odpuszczę wam szczegółowe pisanie po raz kolejny o drodze na szczyt. Zwykły spacer pod górkę po błotnistej i kamienistej ścieżce. Spocony jak prosiak, w końcu się tam wczłapałem (aż wstyd się przyznać, ale Młody kilkukrotnie musiał na mnie czekać), ale było warto. Bezustannie zaznaczały swoją obecność chmary skrzeczących wieszczków – nepalskiej odmiany krukowatych (czarne ubarwienie, żółty dziób). Na bezkresnym niebie zaobserwowałem również kilka szybujących majestatycznych sępów himalajskich. U kresu naszej drogi powitał nas punkt obserwacyjny, z którego to rozpościerały się przepiękny widok na himalajskie olbrzymy. Dla mnie największą atrakcją było znalezienie pośród nich tego najwyższego – Mount Everest. Naprawdę trudno opisać uczucie kiedy widzi się na własne oczy najwyższe miejsce na planecie.

Góra, Fura i komóra.
DSC_0043-2
Zapierający dech w piersiach widok. Od lewej strony Mount Everest (8848 m n. p. m.) i po środku Nuptse (7861 m n. p. m.). Ostatni z prawej to południowa ściana Lhotse (8516 m n. p. m.). Szczyt, którego nieudaną próbę zdobycia w 1989 roku, polski himalaista Jerzy Kukuczka przypłacił życiem.

Po chwili wytchnienia zeszliśmy ponownie w dół i odprowadziliśmy Fure do domu. My natomiast ruszyliśmy dalej eksplorować górską okolicę wioski. Prowizorycznymi schodkami weszliśmy na jedno ze wzgórz, gdzie otoczeni kamiennym murkiem mięliśmy idealne warunki do chilloutu pełną gębą wśród widoków rodem z National Geographic. Wkoło flagi modlitewne, cisza, spokój, słońce i świeże powietrze. Kogoś nawet na tyle poniosła magia tego miejsc, że rozpalił sobie tam ognisko. Niezbyt mądre, no ale cóż. Niestety nic mi niewiadomo o nazwie tej miejscówki. Pamiętam tylko tyle, że było to na prawo od wejścia do Khumjung.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Mateusz we wcześniej wspomnianym miejscu. W tle, w centralnej części zdjęcia, uważana za najbardziej charakterystyczną i zarazem najpiękniejszą gór Himalajów – Ama Dablam (6812 m n. p. m.).

Wpadła nam w oko jedno z wysokich wzgórz z czortenem lub stupą na szczycie. Nie wydało się, że znajduję się strasznie daleko i oceniliśmy, że w ciągu dnia zdążymy zaliczyć tam drogę w tę i nazad. Nie spoczywamy na laurach. W końcu trzeba się trochę rozruszać. Challenge accepted! Góra, którą obraliśmy sobie za cel znajdowała się poza bramą wejściową do lokacji, w której przebywaliśmy. Minęliśmy ją, aczkolwiek cywilizowanej drogi na szczyt ani widu, ani słychu. Skoro takowej brak próbowaliśmy znaleźć mniej uczęszczane podejście. Jak mam być szczery to tak intensywnie penetrowaliśmy okolicę aż w końcu kompletnie zgubiliśmy cel 😀 Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Błąkając się jak dzieci we mgle zaliczyliśmy przynajmniej spacer poza Khumjung i rozgrzaliśmy się przed kolejnym dniem. Minęliśmy: stupę, czorten, pasące się j(n)aki a w tle towarzyszył nam piękny górski krajobraz. Typowy himalajski obrazek. W spacerze towarzyszył nam pies przybłęda, któremu chyba spodobało się towarzystwo dwóch turystów z Polski (albo zasmakowały słodycze 😉 ).

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Nasz companero na tle Thamserku. Jak wszystkie spotkane przeze mnie psy w okolic i ten miał czerwone oczy. Może spowodowane to jest ciśnieniem? W każdym razie w połączeniu z czarną sierścią wyglądał jak diabeł 😉

W jednym z miejsc gdzie przycupnęliśmy odpocząć zwrócił moją uwagę podniszczony napis „save the musk deer”. Sprzedam wam ciekawostkę kim otóż jest ów delikwent.  Niby to nic nadzwyczajnego, bo rozchodzi się o zwykłego przypominającego jelenia ssaka, który występuję m. in. w Himalajach. Nie obawiajcie się, nie zamierzam was zanudzać nudnym bełkotem o królestwie zwierząt, zwyczajach żywieniowych i innych szczegółach z życia tego parzystokopytnego. Jest w nim jedna specyficzna anatomiczna ciekawostka. Ogromne kły jak w prehistorycznego tygrysa szablo zębnego. Jak łatwo się domyśleć był to główny powód (oraz piżmo produkowane przez tego piżmowca) częstych polowań na tego zwierza. Jest to gatunek objęty całkowitą ochroną.

Źródło: http://www.mrbrklyn.com/images/musk_a.jpg

Zmęczeni, aczkolwiek zadowoleni wróciliśmy do lodgy. Mateusz poszedł się przespać, mi natomiast szkoda było marnować dnia na sen. Fakt, trochę się zmęczyłem, więc połączyłem przyjemne z pożytecznym. Udałem się do jadalni, przez jakiś czas pisałem dziennik i raczyłem się regionalnym alkoholem. Sztandarowym nepalskim czarnym rumem. Nie ma to jak pić w Himalajach ulubiony trunek marynarzy.  Zataczać się nie zataczałem, ale ćwiartka pękła 😀 Mingma nie mógł się nadziwić, że nie rozcieńczam tego z wodą ani nie popijam colą.

Khukri XXX Rum – 42,8 %.

Dzień i słońce uciekają, więc nie dumałem zbyt długo nad notatkami i wyłoniłem się na zewnątrz w celu obchodu wioski. Mijając długi mur z tabliczek Mani natknąłem się na przejaw cywilizacji. O dziwo w okolicy był bankomat (ATM), jak się później okazało ostatni na trasie, więc postanowiłem wypłacić trochę gotówki. Polecam na raz pobierać większe kwoty, bo prowizja od każdej transakcji to 500 rupii.

Tak jak pisałem wcześniej, nie sprawdzałem w Internecie co warto zobaczyć w Khumjung tylko poszedłem na żywioł. Ominąłem kilka ciekawych miejsc (większość w pobliskiej wiosce Khunde), ale też udało mi się całkowicie przypadkowo zwiedzić prawie najstarszy (drugi) buddyjski klasztor w regionie Khumbu. Sakralne budowle podobne do Samten Choling (bo tak się oficjalnie)  nazywane są przez Nepalczyków Gompami. Prócz pełnienia funkcji świątyni, są to również główne centra obchodzonych w ciągu roku religijnych festiwali.

Dobrze wiedzieć czy w czasie waszego pobytu w Nepalu nie odbywa się jeden z nich. Może to być niezapomniane przeżycie dla turysty z Europy. Bilet wstępu to wydatek 300 NPR. Już słyszę te głosy. Szkoda pieniędzy! Nic specjalnego! No dobra… Dodam fakt, że jest tam trzymany skalp Yeti. Niniejsza Gompa jest jednym z niewielu miejsc na świecie gdzie można zobaczyć domniemane szczątki mitycznego Człowieka Śniegu. Wg wierzeń nepalskiej ludności są dwa rodzaje Yeti: Chuti i Meh teh (Mite). Ten pierwszy poluje tylko na zwierzęta i spotkanie z nim jest bezpieczne. Niestety ten drugi nie stroni od ataków na ludzi. Nosicielem zdobycznego skalpu jest Yeti, które w 1974 roku, na pastwiskach wsi Macherma zaatakowało mieszkankę Khumjung. Anyway, podczas niektórych z religijnych świąt jest on przyodziewany przez jednego z mnichów w celu odpędzenia złych duchów z klasztoru.

Legenda monstrualnego „Człowieka Małpy” obecna jest prawie na każdej szerokości geograficznej świata. Nawet na dalekiej Syberii tamtejsze plemiona (vide Mansowie, nie mylić z Mansonami) wierzą w istnienie tajemniczej istoty, która jest jego odpowiednikiem. Nazywają go Menk. W tym miejscu warto polecić wam lekturę na temat incydentu na przełęczy Diatłowa w ZSRR, oraz obejrzeć o tym film pod identycznym tytułem.
Jedno z wytłumaczeń pochodzenia Yeti widzianego w Himalajach pochodzi z obserwacji niedźwiedzia. Mam tu na myśli niezwykle rzadki, zagrożony wyginięciem gatunek niedźwiedzia himalajskiego, który nie stroni od ataków na wszystko co się porusza na dwóch i czterech nogach. Prawdopodobnie ktoś się natknął na ów delikwenta, który przybrał wyprostowaną pozę w pionie, plotka poszła dalej, głuchy telefon zadziałał i Yeti jak znalazł.

Jednym słowem nie żałowałem spaceru po wiosce, a Mateuszowi współczułem decyzji o zostaniu w łóżku. Nie dość, że wróciłem na tarczy to jeszcze do naszego gospodarza przyszło kilku gości, których poczęstował własnoręcznie przyrządzonym raksi. Miło, że pamiętał o danym słowie i przy okazji wspólnej kolacji nie omieszkał także poczęstować dwóch turystów z Polski 😀 Niestety musieliśmy się pilnować z alkoholem, bo jutro chcemy kontynuować trekking.

Dzień 6 - 17.03.19

Nazajutrz wstaliśmy wcześnie rano. Zjedliśmy pożywne śniadanie (tibetan bread z dżemorem. Popiliśmy to herbatą z imbiru – możliwe zamówienie jednej szklanki, albo całego dzbanka). Szybko zmobilizowaliśmy się do opuszczenia lodgy, uregulowaliśmy wszystkie rachunki i wyruszyliśmy około godziny 9 (co stawało się rutyną)…Udaliśmy się w kierunki wioski Dole, w której to zaplanowaliśmy najbliższy nocleg.

PS Relacja z tych trzech dni trochę się rozciągnęła, także na nich spauzuję w tym wpisie. W kolejnym będę kontynuował dalszy opis pokonywanego przez nas szlaku. Coraz bardziej idziemy w górę. Następny przystanek zrobimy na wysokości 4038 m n. p. m. Tym czasem do zobaczenia przy okazji kolejnego wpisu! 🙂

PPS Po raz enty. Dzięki, że jesteście i przeznaczacie swój czas na lekturę tego bloga.

Etap nr 2: Lukla-Phakding-Benkhar-Monjo-Jorsale-Namche Bazaar

Dzień 3 - 14.03.19

Lukla c. d.

Naprowadzeni drogowskazami i dodatkowo kierujący się jedną z niewielu (chyba jedyną) dróg, nie mieliśmy żadnego kłopotu z udaniem się we właściwym kierunku. Wyruszyliśmy po godzinie 9 z ambitnym planem dojścia tego samego dnia (najprawdopodobniej późną nocą) do Namche Bazaar. Tak, jestem tego świadomy, że to nie najlepszy pomysł chodzić po ciemku, ale ten odcinek naszej podróży miał pozostać wyjątkiem od reguły. Mrok zapadał około 19 i w późniejszych etapach zamierzaliśmy już pilnować, żeby trafić na jakikolwiek nocleg co najmniej godzinę przed zmierzchem.

Z początku nawet szło mi się całkiem klawo. W otoczeniu lasku rzucającego przyjemnie chłodny cień, schodziliśmy coraz niżej kamienistą ścieżką. Jednak jak to się mówi: „im dalej w las, tym więcej drzew”. Z biegiem czasu kropelki potu zaczęły zraszać moje czoło, a ciężar plecaka był coraz bardziej odczuwalny. Opuściwszy cień piekące słońce również dawało się we znaki. Ze względu na krótkie włosy nie zważając na upał musiałem ciągle pamiętać o nakryciu głowy. Raz to zlekceważyłem i na drugi dzień obudziłem się z zasklepionymi i łuszczącymi się ranami na całej głowie. A propos słońca. Pamiętajcie przede wszystkim o ochronnym filtrze do skóry (minimum +30) i zwilżającej pomadce do ust (spierzchnięte, pękające wargi będą wam ciągle dokuczały). Ważne aby pamiętać, że w trakcie trekku powyżej wysokości 3000 m n. p. m. zaleca się spożywanie od 2 do 3 litrów wody dziennie aby przeciwdziałać chorobie wysokościowej. Po drodze co jakiś czas mijaliśmy domki miejscowych, w których mieściły się guest housy i prowizoryczne sklepy.­­

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Dziecko jednych z mieszkańców owych chatek. Jeden balonik, a tyle radości 🙂

Kierowaliśmy się wzdłuż rzeki Dudh Koshi zwaną „Mleczną Rzeką”. Okazała się ona stałym elementem towarzyszącego nam krajobrazu. Czasem zanikała, czasem pojawiała się, ale ciągle nieświadomie kierowaliśmy się z jej biegiem. Jej źródło bije w jednym z jezior znajdujących się w obrębie Gokyo, w którym zaplanowaliśmy jeden z postoi. Swego czasu była tłem jednej z naszych przygód, która mogła się skończyć tragicznie, ale o tym opowiem później. Jako ciekawostkę warto wspomnieć, że jej ujście znajduję się w Gangesie.

„Mleczna rzeka”.

Pierwszą rzeczą, która dała nam do zrozumienia, że faktycznie jesteśmy w tych Himalajach, o które podziwiało się w kinie i telewizji były wiszące mosty. Widok jak z bajki. Może nie tyle co ich obecność, ale fakt, że aby iść dalej musieliśmy koniecznie przez nie przejść. Należy pamiętać o pierwszeństwie przejścia, które należy do tragarzy i karawan bydła. Najczęściej są to dzo (hybryda krowy i jaka) i osły.  Jako ciekawostkę wspomnę, że jaki ze względu na przyjazną im temperaturę występują jedynie od wysokości około 4 km n. p. m. wzwyż. Szczęśliwcy może natkną się na dziki okaz tego zwierzęcia.

Stałym elementem większości wiszących mostów w Nepalu są flagi modlitewne. Są to prostokątne kawałki materiału występujące w pięciu kolorach (niebieski, biały, czerwony, zielony i żółty). Są zapisane tekstami sutr, czyli nauk Buddy. Strasznie spłycając przynoszą one szczęście i niosą w świat (poprzez wiatr) tybetańskie modlitwy. Dla pragnących bardziej szczegółowo zgłębić ich temat polecam zapoznać się z artykułem widniejącym na oficjalnej stronie internetowej „Związku Buddyjskiego Bencien Karma Katsang Polska” – https://www.benchen.org.pl/pl/kalendarz-tybetanski/wieszanie-flag-modlitewnych

Phakding (2610 m n. p. m.).

Po ponad dwóch godzinach doszliśmy do wioski Phakding. Większość ludzi robi sobie tutaj aklimatyzacyjną (przynajmniej dwa dni) przerwę w trekku. Ale nie my! Kozaki znad polskiego morza dojdą do Namche Bazar, bo przecież nie jesteśmy mięczakami! G…. prawda… Dla mnie, żółtodzioba było ciężej i ciężej…

Zrobiliśmy sobie małą przerwę na ciepły posiłek. Byłem padnięty i głodny jak wilk. Kondycja zaczynała szwankować. Potrzebowałem regeneracji i odpoczynku. Padło na jedną z licznych knajpek, w której zamówiłem osławioną zupę czosnkową , pierożki Momo i herbatę z mlekiem. O pierożkach już wspomniałem w poprzednim wpisie, więc przyszedł czas na ulubioną zupę górskich piechurów. Istnieje teoria, że zupa czosnkowa pomaga przeciwdziałać skutkom choroby wysokościowej. Prawda to czy nie prawda, nie jest to naukowo udowodnione (każdy organizm funkcjonuje inaczej). Jednakowoż nie zaszkodzi profilaktycznie jej spożywać, szczególnie, że jest sycąca, tania i smakowita (przynajmniej dla mnie). Zawsze to jakieś exotico. Wcinałem ją z ochotą praktycznie codziennie podczas naszej wędrówki.  

Najedzeni i wypoczęci ruszyliśmy dalej. Szczerze to po Mateuszu w ogóle nie było widać zmęczenia i miałem wrażenie jakby ono tylko mi doskwierało. Po drodze mijaliśmy tzw. „kamienie Mani”, które często mijaliśmy wzdłuż dróg i strumieni. Są to głazy z m . in. wyrytą buddyjską mantrą: Om mani padme hum co znaczy tyle co „bądź pozdrowiony, klejnocie w kwiecie lotosu”. Są one swego rodzaju ofiarą dla bóstw sprawujących opiekę nad danymi miejscem. Kamienie należy okrążać zgodnie z wskazówkami zegara lub dla bardziej leniwych po prostu ominąć z lewej strony.

W tym momencie należy wspomnieć o tzw. „ścianach Mani”. Mianowicie czasami głazy Mani przybierają postać kamiennych tablic, które spoczywając poustawiane obok siebie tworząc coś na kształt długiego, poziomego murku. Częstym dodatkowym elementem są spoczywające na nich czaszki jaków.

„Ściany Mani”.
(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Kamień Mani.

W czasie kiedy przemierzaliśmy Himalaje natknęliśmy się jeszcze na całe mrowie różnych struktur o charakterze sakralnym. Chyba nie muszę wspominać o tym, że wspomnę o nich w dalszych wpisach? 😉

Kierowaliśmy się ciągle ku górze. Z jednej strony mieliśmy ścianę jakiejś góry, a z prawej przepaść z rzeką (zapewne lodowatą). Widoki cudowne, ale przypadkowy upadek w nie tę stronę co trzeba, mógł skończyć się śmiercią. Teraz wyobraźcie sobie, że tym szlakiem chodzili tragarze w wieku mojego dziadka i karawany bydła. Co by tu nie mówić, okolica, którą mijaliśmy z każdym kolejnym zakrętem stawała się jeszcze piękniejsza i intrygująca.

Ku mojej uciesze ciągle trwało nasze rendez-vous z wiszącymi mostami. Przechodząc przez nie za pierwszym razem miałem strasznego pietra. Trzymałem się kurczowo barierek i nie mogłem patrzeć w dół. Mimo wszystko z każdym kolejnym razem byłem bardziej odważny i czerpałem z tych przepraw coraz większą frajdę.

Hillary Suspension Bridge. Dwa wiszące mosty, które pojawiły się w filmie „Everest”.

Po drodze przeszliśmy jeszcze przez kolejną oazę cywilizacji, wioskę Benkhar. Zatrzymaliśmy się tam tylko by uzupełnić płyny i przy okazji zakupić mapę regionu Khumbu. Z Internetem i bateriami w telefonie nie staliśmy najlepiej, więc stare, dobre metody nawigacji po raz kolejny okazały się najlepsze i najbardziej niezawodne.

Monjo (2835 m n. p. m.).

W okolicach godziny 17 doczłapaliśmy się do Monjo. Pomimo tego, że od dłuższego czasu tylko ja narzekałem na zmęczenie obydwoje padaliśmy na pysk… Nie mieliśmy siły iść dalej. Uznaliśmy, że najbardziej racjonalną decyzją będzie zrobienie tu przystanku na nocleg, porządne najedzenie się i zebranie sił na dalszy marsz. W tym celu czym prędzej udaliśmy się do pierwszej lepszej lodgy. Tutaj sprzedam wam ciekawostkę, że lodga jest tym samym co tea house. Natomiast guest house różni się tym, że ma pokój, w którym mieszka gospodarz. Ot cała tajemnica. Dobra, koniec mądrzenia się.

Znaleźliśmy dach nad głową, gdzie miejsce od łebka w pokoju dwu osobowym kosztowało 200 rupii nepalskich. Wewnątrz pokoju brak elektrycznych gniazdek i ogrzewania (trzeba było się do tego przyzwyczaić. Im szybciej tym lepiej). Pomimo zapewnionej pościeli (z doświadczenia mogę powiedzieć, że to standard w pokojach dwuosobowych), bez puchowego śpiwora można porządnie z(a)marznąć w nocy.

Swego rodzaju alternatywę dla pewnych „luksusów” znaleźliśmy w stałym i najważniejszym punkcie każdego schroniska – jadalni. Mam tu na myśli piec znany wam z wizyt u dziadków na wsi. Starą, dobrą „kozę”. Rozpala się w niej podczas kolacji (18/19 godzina), lub kiedy włodarze uznają to za stosowne (czytaj kiedy popchnie ich do tego zimno 😉 ). Zwykle przy stanowisku „recepcji” znajduję się również listwa zasilająca, do której można się podpiąć w różnych cenach. W tea housie, gdzie się znajdowałem koszt użytkowania jednego kontaktu był równy cenie noclegu (hahaha! Witamy w Himalajach :D). Czasami jeśli wam się poszczęści jest to darmowa usługa. Najlepszy patent to po prostu ładować do pełna power banki (polecam minimum 30 000 mAp). Niestety nie w każdym miejscu na to zezwalają.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Nasz pokój i oczywiście papier toaletowy, który tachaliśmy przez całe Himalaje 😉

Drążąc dalej temat wydatków. Koszt prysznica to 400 wariatów (równowartość dwudniowej akomodacji). Wygląda on różnie (powrócę jeszcze do tego tematu w późniejszych wpisach). Czasami prysznicem jest tylko z nazwy. Często leci z niego tylko zimna woda jak w pierdlu. Nie bójcie się. Na szczęście tylko czasem 😉 Wi-Fi czasem jest płatne, a czasem udostępnione w ramach noclegu. Jedną z opcji na pozyskanie sygnału jest zakup w recepcji specjalnej karty zdrapki.

Zdrapka z kodem do Wi-Fi. Z tego co pamiętam problemy z zasięgiem mogły występować w wysokich partiach gór oraz w okolicach Everest Base Camp.

Dla chcących posmakować lokalnych specjałów polecam spróbować steku z j(n)aka (uwaga ja coś wiem! Jak to nazwa samca, a nak samicy) w cenie 750 NPR. Szczerze mówiąc smakowało to jak zwykłe mielone, aczkolwiek zawsze miło spróbować czegoś nowego. Przecież o poszerzanie swoich horyzontów chodzi w podróżowaniu, nieprawdaż? 😉 Z czasem okazało się, że menażka i palnik gazowy nie są mi potrzebne. Wolałem smakować się w lokalnej kuchni, niż oszczędzać na jedzeniu… Anyway, rybka lubi pływać (j(n)aki chyba też), więc szef kuchni do popicia na lepsze trawienie poleca kieliszek regionalnego ryżowego alkoholu – Raksi (250 NPR). Jest to normą, że wszystkie wydatki można pokryć przy wymeldowaniu się. Rachunek jest przypisywany do numeru pokoju.

Miłe urozmaicenie na ostatniej stronie menu. Dla chcących zgłębić meandry nepalskiego savoir-vivre zafundowano ściągę z najbardziej przydatnymi tamtejszymi zwrotami.

Z takim podkładem definitywnie lepiej się myślało. Stan ten wykorzystaliśmy na przyjrzenie się zakupionej na szlaku mapie, analizę opisanych tras w książce Janusza Kurczaba – „Himalaje Nepalu” i zaplanowanie dalszej drogi. Kompletnie nie pamiętam skąd się wzięła decyzja wykluczenia kilku elementów z wcześniej ustalonego planu. Mimo wszystko, żeby niniejsza relacja była kompletna uznałem, że należy wspomnieć o tym fakcie. Może decydujący głos miał ograniczony czas, lub to, że było nam to nie po drodze. Czort wie. Było minęło. W każdym razie zrezygnowaliśmy z: Renjo Pass (jedna ze szlaku „Trzech Przełęczy”), Everest Base Camp, Gorak Shep (punkt wypadowy do EBC), zdobycia Kala Patthar i podejścia pod Lhotse. Oczywiście szkoda tych miejscówek, ale może kiedyś tam wrócę. Nigdy nie mów nigdy… Z drugiej strony pokłosiem wspomnianej selekcji było wytypowanie najważniejszych punktów trekku: przejście pozostałych przełęczy (Kongma La Pass i Cho La Pass), oraz zdobycie dwóch szczytów (Chuckung Ri i Gokyo Ri).

Z pełnymi brzuchami, wróciliśmy do pokoju. Przed nami pierwsza noc na szlaku. Przeżyliśmy ;P

Dzień 4 - 15.03.19

Z samego rana byliśmy już w pełni zmobilizowani i gotowi do dalszego marszu. Zakupiliśmy jeszcze tylko gorącą wodę (1 litr – 100 rupii), zjedliśmy to co zwykle na śniadanie, uregulowaliśmy rachunki i w drogę.

Park Narodowy Sagarmatha (SNP)

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Brama wejściowa do Parku Sagarmatha.

W pobliżu naszego tea house znajdował się punkt kontrolny wejścia do „Parku Narodowego Sagarmatha”. Wstępu pilnowało kilka smutnych panów z karabinami, w tym jeden sprzedawał bilety zezwalające na pobyt w tym miejscu. Nie była to tania impreza, bo kosztowało to 3000 NPR, ale na pewno było warto, a do tego nie mogliśmy ominąć tego miejsca gdyż większość naszej trasy znajduję się na terenie tego parku. Wypada was uczulić na to abyście trzymali najlepiej na wierzchu dodatkowe dokumenty wielokrotnie przydające się na trekku. Mam tu na myśli paszport oraz pozwolenie na wstęp do regionu Khumbu, o które poproszą was m. in. w tym miejscu.

Mapa "Parku Narodowego Sagarmatha”. Znajdowaliśmy się na samym dole, a w założeniu mieliśmy udać się na północ by potem odbić na wschód i wrócić do punktu wyjścia.

Przytoczę tu kilka faktów o naszym gospodarzu. Niniejszy rezerwat przyrody został otwarty w 1976 roku, a trzy lata później został uznany za część światowego dziedzictwa UNESCO. Obejmuję teren o wielkości 1148 km kwadratowych, na których znajdują się trzy ośmiotysięczniki: Lhotse (8516 m n. p. m.)(miejsce śmierci Jerzego Kukuczki), Cho Oyu (8188 m n. p. m.) i najwyższa góra świata Mount Everest (8848 m n. p. m.). To właśnie „SNP” przejęło swoją nazwę od Everestu nazywanego przez Nepalczyków – Sagarmatha, natomiast Chińczyków i Tybetańczyków – Czomolungma. Podobnie jak Legion, tak i ten szczyt ma wiele imion 😉

Ssaki występujące w Parku Sagarmatha.

 Bramy parku przekroczone, czas kontynuować marsz. Na początku strome zejście z górki, a potem na spokojnie przed siebie. Podobnie jak podczas wcześniej pokonywanego odcinka nadal posuwaliśmy się wzdłuż „Mlecznej Rzeki”. Minęliśmy wioskę Jorsale, za którą przyszło nam ponownie mieć do czynienia z wiszącym mostem. W sumie podczas tego dnia zdążyłem już naliczyć ich co najmniej kilka.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Przeprawa przez przełęcz Kyashar Khola. 2885 m n.p.m. – najwyżej położony most nad rzeką Dudh Khosi (okolice wioski Jorsale).

Po jakimś czasie straciliśmy z pola widzenia rzekę i kierowaliśmy się coraz wyżej stromym podejściem. Droga była wyboista, wysypana kamieniami w losowych miejscach – o tyle dobrze, że w cieniu. Po drodze mijaliśmy karawany bydła oraz multum porterów.

Poświęćmy tym ostatnim kilka linijek tekstu. Jednym z ich zadań jest dostarczanie do sklepów towarów z niższych partii gór bądź też zaopatrywanie różnych osad w materiały budowlane. Służą oni również pomocą  turystom, którzy z różnych powodów nie mogą nosić swoich bagaży. Oferują swoje towarzystwo podczas trekku, albo gwarantują dostarczenie bagażu w konkretne miejsce o wcześnie ustalonej porze. Zaliczka nie jest konieczna, a zapłata jest możliwa przy odbiorze. Wiele lodgy oferuje pośrednictwo w ich usługach. Ich praca jest niezwykle ważna i nieoceniona. Tragarz to jedno z najbardziej opłacalnych źródeł zarobku w Nepalu. Im wyżej się poruszają, tym wzrasta zapłata.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Tak zwany chłop jak dąb 😉

Aby odciążyć plecy tragarze pomagają sobie mocując taśmy wokół czoła. Służą one również jako dodatkowy uchwyt umożliwiający zamocowanie ochrony (szmatka/daszek) przed prażącym słońcem. Ich nieodłącznymi atrybutami są wiklinowy kosz na przenoszony towar (z jego boków wystają sznurki ułatwiające zwrotność) oraz masywna drewniana laska do podpierania się. Trud, który pokonują rekompensuje zapłata, gdyż jest to bardzo opłacalny interes.

U krańca ścieżki, po lewej stronie znajdował się punkt kontrolny (budka), gdzie zostaliśmy poproszeni o udzielenie informacji o szacunkowym planie naszego trekkingu. Oczywiście prócz tego nakazano nam pokazać zezwolenia na przebywanie w „SNP”  oraz paszporty. Wszystko to dla naszego bezpieczeństwa. Na trasie co jakiś czas natykaliśmy się na podobne punkty, w których to sprawdzano czy żyjemy 😉

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Jeden z kontrolnych punktów.

Coraz bardziej zahartowani i obyci w marszu nie mieliśmy już kłopotu z pokonywaną trasą. W tej o to pięknej scenerii w końcu przyszło nam powitać nieoficjalną stolicę Szerpów – Namche Bazaar. Szczegółów o tym miejscu i opisu  dalszej wędrówki dowiecie się standardowo w kolejnym wpisie 😉 Do następnego!

Jeśli zaciekawił cię ten wpis, zapraszam również do poprzednich części niniejszej relacji:

  1. Jak zorganizować trekking w Himalajach?
  2. Etap nr 1: Londyn – Muskat – Katmandu – Lukla

Chętnych do zapoznania się z materiałem fotograficznym dokumentującym poruszany w tym wpisie etap trekkingu odsyłam do albumu na moim fanpage.

Serdecznie pozdrawiam,

Bartosz Kwiek, 31.05.19 r., Londyn.

Etap nr 1: Londyn-Muskat-Katmandu-Lukla

Teoretycznie powinien się tu znaleźć wstęp, ale praktycznie cały niniejszy wpis winien być traktowany jako wstęp przed właściwym tripem. Mimo wszystko pokusiłem się o kilka zdań wprowadzenia… Gwoli przypomnienia, w kilku słowach. W tym miejscu sprezentuję wam relację z trzy tygodniowego pobytu w Nepalu i trekkingu w Himalajach. Czasem będzie przydługo, czasami przykrótko, ale mam nadzieję, że niniejszy tekst nie będzie zionąć nudą.  Posiadam tak dużo ciekawych informacji do na temat tego wyjazdu, że streszczenie tego co mam do przekazania uznałbym za zbrodnię (a i tak na pewno niektóre kwestię pominę, bo chyba musiałbym książkę napisać). Aby ułatwić selekcję najprzydatniejszych wg mnie informacji (przynajmniej w tym wpisie) wyróżniłem je pogrubioną czcionką. Miło mi będzie jak ktoś będzie miał siłę przebrnąć przez to wszystko 🙂

W podróż wyruszyłem wraz ze starym kumplem ze studenckich czasów – Mateuszem. O wstępnym planie oraz zarysie całego wyjazdu wspomniałem w jednej z wcześniejszych publikacji (https://kwieqnahamaq.pl/jak-zorganizowac-trekking-w-himalajach-cz-i/). Niestety kilka czynników wpłynęło na duże ograniczenie wcześniej ustanowionego harmonogramu i co za tym idzie rezygnację z większości założonych punktów, ale o tym wspomnę w odpowiednim czasie. Teraz rozsiądźcie się wygodnie, przynieście kawę i zapraszam do lektury. Mam nadzieję, że spodoba wam się ta relacja oraz, że w pewnych kwestiach będzie pomocna. Wpisy postaram się ubarwić ciekawymi zdjęciami z pobytu w tym miejscu. Swoją drogą wrócić do pisania po dłuższej przerwie to bardzo miłe uczucie 🙂

Jeszcze tylko mała dygresja. Jeśli szukasz w niniejszej relacji suchych danych, encyklopedycznych definicji i równie sztywnego tekstu – omijaj ten wpis szerokim łukiem. Stracisz tylko swój cenny czas. Znajdują się tu moje spostrzeżenia, przyodziane w humorystyczną otoczkę, która nie każdemu trafi w jego gusta (swoją wiedzę zaczerpnąłem z: ulotek, biletów, wizytówek, opowieści miejscowych i własnych obserwacji). W innym wypadku mam nadzieję, że drogi czytelniku będziesz w pełni usatysfakcjonowany 🙂

Dzień 1 – 12.03.19

Londyn – lotnisko Heathrow

Cytując mędrca, a konkretniej to pisarkę Jennifer Weiner: „Nawet najdłuższa podróż zaczyna się od pierwszego kroku”. Jak przystało na XXI wiek krokiem tym był lot samolotem. Miejscem, które żegnało nas z europejską ziemią był największy angielski port lotniczy – londyńskie Heathrow. Biorąc pod uwagę to, że wyjazd do Nepalu porządnie naruszył mój budżet zależało mi na każdym groszu i co za tym idzie wybrałem najtańszą drogę transportu na powyższe lotnisko, czyli metro. Z drugiego końca Londynu, przejazd dwoma liniami (Piccadilly i Jubilee) podczas trwania godzin szczytu wyniósł mnie jedynie (cena za płatność kartą zbliżeniową – najtańsza opcja) 5.10 GBP. Podróż trwała 1.30 h.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Pewnego razu w Londynie...

Na miejscu  byliśmy kilka godzin za wcześnie co w sumie dało nam dużo czasu na błąkanie się bez celu po Heathrow 😉 Zaczęliśmy od odprawy bagażu. Podczas oficjalnego ważenia (#FameMMA) wszystko przebiegło bez najmniejszych zarzutów. Idealnie wpasowałem się w wymagania wagowe (miałem duży plecak i dodatkowo mały na m. in. elektronikę i „kruche” przedmioty). Obsługa pozwoliła mi na zważenie z ciekawości mojego bagażu podręcznego, który jak się okazało ważył tylko kilka śmiesznych kilo. Nie wiem po co marnować pieniądze na płatne wagi na terenie lotniska kiedy wszystko można załatwić szerokim uśmiechem i miłym głosem 😀 W tzw. międzyczasie wrzuciliśmy coś na ruszt w jednej z tamtejszych restauracji (Tu lifehack – wybierajcie miejsca przy ścianie. Najczęściej znajdują się tam gniazdka elektryczne). Zwykły hamburger kosztował niestety miliony monet, z czego definitywnie nie byłaby zadowolona Katarzyna Figura 😉 Czas wylotu w końcu co raz bardziej się zbliżał, a wiadomość o opóźnieniu lotu (Planowana 20.05) wcale nie krzepiła serc. Na szczęście było to tylko 20 minut.

Przed 21 weszliśmy do „ugulem spanialego” Boeinga 787 Dreamlinera obsługiwanego przez linie Oman Air. W środku odezwał się we mnie typowy Janusz i poczułem się „jakby luksusowo” 😀 DVD w zagłówkach i słuchawki , skarpetki, szczoteczka i pasta do zębów, zasłonki na oczy, poduszka i kocyk (tak wiem to standardowe wyposażenie w długich lotach). AMERYKA!  Słuchawki i kocyk trzeba było oddać przy lądowaniu 🙁 Dodatkowym bonusem było Wi-Fi. Niestety płatne za minimum $10 za 30 minut.

Wspomnieć należy również o serwowanych posiłkach. Wyprzedzając pytania. Tak, na życzenie obsługa donosi darmowy alkohol i napoje.

Lot trwał 6 godzin. Pierwszy i jedyny przystanek w drodze do Katmandu  mieliśmy w stolicy Omanu – Muskacie.

Dzień 2 – 13.03.19

Muskat – Muscat International Airport

Wylądowaliśmy jakoś nad ranem (nie ogarniam tych zmian czasowych) i o to po raz pierwszy w życiu byłem w Omanie 😀 Nie był to zbyt długi flirt z tym państwem, gdyż z tytułu spóźnionego samolotu w Londynie nie mieliśmy zbyt dużo czasu na przesiadkę. Zdążyłem tylko posłuchać kawałka „Omen” zespołu Prodigy, zrobić pseudo śmieszne zdjęcie i tyle po mnie było.

Prodigy – „Omen”. Polecam. Jak wszystko od tego zespołu – sztos.

Z rozbiegu otworzyłem nie te drzwi co trzeba i uruchomiłem w nich alarm. Na szczęście obyło się bez przykrych konsekwencji. Udało nam się trafić do podstawionego samolotu. Tym razem była to o niebo niższej klasy maszyna. Plus taki, że były zapewnione darmowe posiłki. Niestety minus taki, że trafiłem na przeterminowany jogurt, a spałaszowanie reszty skończyło się źle dla mojego układu pokarmowego. Nie będę wnikał w szczegóły. Grunt, że zabrałem odpowiednie tabletki i na miejscu wszystko wróciło do normy. Dolecieliśmy o 14.30 lokalnego czasu.

Katmandu - Tribhuvan International Airport

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Ja zapomniałem o tym wspomnieć, a sam Mateusz na to nie wpadł, żeby uchwycić napis „Welcome to Nepal”. Niestety wyszło jak wyszło. Mimo wszystko – zdjęcie jest z lotniska 😉

Pierwsze wrażenie, które odniosłem po wkroczeniu do hali przylotów – tłumy ludzi i totalny chaos. Pełno kolejek w różnych kierunkach, nie wiadomo po co i dokąd. Jednak jak wiadomo z Czech – pozory mylą 😉 Z początku nie wiedziałem o co w tym wszystkim chodzi, ale gdy kilkukrotnie stanąłem w błędnej kolejce dowiedziałem się w końcu co piszczy w trawie. Otóż w jednym miejscu znajduję się kantor, punkt zakupu wizy,  a inne drogi prowadzą do stanowisk kontroli paszportowej. Dzielą się one na kilka wariantów: obywateli Nepalu, posiadaczy wizy, osoby, które dopiero co kupiły ową pieczątkę i czort wie kogo jeszcze.  Jedno jest pewne. Obowiązkowym dokumentem w każdej opcji jest posiadanie wypełnionej karty przylotu do Nepalu, którą znajdziecie po lewej, przy oknach na parapetach. Wyprzedzając pytania. W pytaniu o adres, pod którym się zatrzymacie wpisujecie byle co…

Karta przylotu do Nepalu.

Jeśli chcecie zaoszczędzić czas na staniu w kolejce (a trwa to naprawdę długo) to załatwcie sobie wizę wcześniej, a nie na lotnisku… Kolejna rada to pamiętajcie, żeby wymienić pieniądze przed przejściem przez punkty sprawdzania paszportów. Cofnięcie się po udanej kontroli ze względu na pasażerów w kolejce i zajętych urzędników może być dość problematyczne. Po drugiej stronie „barykady” nie zauważyłem żadnego punkt wymiany gotówki. W nie mających końca kolejkach znów poczułem się jak gówniarz, którego matka zabrała do „lumpeksu”. Totalnie znudzony, szukający swego miejsca w czasie i przestrzeni. Nienawidziłem tych niekończących się wypraw do „szmateksów”.

Szczęśliwie po dłuższym czasie osiągnąłem cel i przebrnąłem przez te wszystkie zawiłe ścieżki. Szkoda jedynie, że Mateusz nie wyrobił sobie nepalskiej wizy przed przyjazdem. Mogę go po części zrozumieć, bo najbliższa Polsce ambasada Nepalu znajduję się w Berlinie. Napisałem „po części”, bo wniosek można również złożyć online… Wszystkie formalności oraz odstanie swego zajęło mu kolejną godzinę. Gdy w końcu się go doczekałem, kierując się w lewo i schodząc na niższe piętro odebraliśmy bagaż główny i udaliśmy się do wyjścia. W tzw. międzyczasie dzięki aplikacji Booking zlokalizowałem nam nocleg blisko lotniska. Nazajutrz rano mieliśmy zaplanowany wylot z tego samego miejsca do wioski w Himalajach – Lukli, więc nie chcieliśmy zbytnio się oddalać.  Przed budynkiem poszukaliśmy taryfy i tak jak się spodziewałem – nie było to trudne zadanie. Zaatakowały nas tabuny taksówkarzy, proponujących identyczne ceny za przejazd. Oczywiście wypada się z nimi targować, lecz po chwili namysłu doszliśmy do wniosku, że szkoda marnować na to czasu (którego i tak za wiele nie mamy). Skorzystaliśmy z taksówek „Pre-paid”. Są to samochody jeżdżące po stałych kursach, które gwarantują bezpieczeństwo i  ich parking znajduję się centralnie przed lotniskiem. Kwota była tak niska, w dodatku do podziału na dwie osoby, że nie było co sensu wybrzydzać. Najlepszy sposób podróżowania to jazda w kilka osób. Koszta transportu rozkładają się na wszystkich. Za przejazd około 2 km zapłaciliśmy 500 NPR (Rs), czyli w zaokrągleniu 5 USD. Nocleg w hotelu wyniósł nas już $11, ale patrząc na to, że spaliśmy w stolicy to cena wydaję się w zupełności normalna. Pamiętajcie, że w niektórych tego typu miejscach w stolicy płacąc na miejscu dodatkowo doliczane jest 10% tzw. „tourism tax”.

Mieliśmy niecały dzień do dyspozycji, tak więc nie będę ukrywał, że pomyśleliśmy po prostu o zaspokojeniu najważniejszych potrzeb, a zwiedzanie Katmandu odłożyliśmy na powrót. W skrócie nasz grafik na bieżący dzień wyglądał następująco: rozpakować się, wziąć prysznic (jak się okazało lodowaty, co stało się normą), zjeść jakiś ciepły lokalny posiłek (padło na pierożki Momo), spróbować tamtejszego piwa (Gorkha – bardzo dobre, polecam!) i pójść spać. Mało ambitnie, no ale cóż… Z każdym kolejnym dniem będzie ciekawiej 🙂

Ot tak w ramach ciekawostki. Chciałem pokazać wam jak wyglądają nepalskie zapałki, które znalazłem w swoim pokoju 😀 Moją uwagę przykuł ich rozmiar. Są połowę mniejsze niż zwykle.

PS Jeszcze kilka słów o pierożkach. Jak się okazało jest to jedna z najpopularniejszych nepalskich potraw. Chyba nie muszę wspominać, że nadzienie jest wegetariańskie lub mięsne 😉 Pierożki ułożone są wokół małego naczynka z pikantnym sosem (w razie zbyt ostrego sosu, polecam załagodzić smak równie popularną herbatą z mlekiem zwaną Masala). Można wybrać pomiędzy opcją gotowaną na parze i podsmażaną. Dla ciekawskich i znających język angielski, przepis – http://visitnepal.com/restaurants/how_to_make_momo.php

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Pierożki Momo

Dzień 3 - 14.03.19

Z rana taryfą podjechaliśmy na lotnisko. O rezerwację wczesnego kursu warto poprosić obsługę hotelu. Cenę z kierowcą ustaliliśmy przed odjazdem i standardowo były to jakieś grosze.

Jakimś cudem od razu trafiliśmy na skromne, malutkie stanowisko przewoźnika (Tara – Yeti Airlines), gdzie  po wcześniejszym zważeniu odprawiliśmy swoje bagaże. Naczytałem się dużo o restrykcyjnych przepisach dotyczących wagi przewożonych. Nie pamiętałem wagi swoich tobołków, wszystko oceniałem na oko i obawiałem się, że procedura trochę się przedłuży i skomplikuje ze względu na mój nadbagaż. Jak już wspomniałem w swoim wpisie odnośnie przygotowań do tego wyjazdu: „jest to 10 kg bagażu rejestrowanego oraz podręczny o wadze 5 kg. Każde kilo nadwagi to koszt $1.”. Standardowo, okazało się, że nie potrzebnie się stresowałem, bo obsługa przymykała oko na dodatkowe kilogramy. Zapewne z tego tytułu, że samolot nie był aż tak obciążony.

Następnie skierowaliśmy swe kroki do dość obszernej poczekalni. W środku darmowa woda i stacje ładowania telefonów. Czegoż więcej do szczęścia potrzeba! Dla burżui jest kilka punktów gdzie można kupić kawę/herbatę lub słodycze. Jeśli zamierzacie tachać ze sobą pamiątki podczas trekkingu w Himalajach w poczekalni znajdziecie również kilka sklepów z pamiątkami, a nawet książkami z Nepalu.

Co chwila zerkaliśmy na tablicę odlotów sprawdzając czy nasz górnolotnie mówiąc „gate” jest już otwarty i samolot przyleci na czas. Ponownie przez informacje jakie zawczasu wyczytałem w Internecie siedziałem jak na szpilkach. Chodzi mi dokładnie o ostrzeżenia o przekładanych ze względu na złe warunki pogodowe lotach. Dookoła miasteczka, do którego się udajemy znajdują się Himalaje , także nie ma w sumie czemu się dziwić, że pogoda płata figle na trasie do tego miejsca. Szczęśliwie wszystko przebiegło po naszej myśli i zdołaliśmy odlecieć co do minuty na czas.

Za transport posłużył nam mały samolocik lub jak kto woli awionetka. Loty do Lukli obsługiwane są jedynie przez tego typu maszyny albo śmigłowce. W każdym razie wewnątrz są tylko miejsca przy oknach (dwa rzędy – po prawej i lewej), więc nie trzeba się martwić o zaprzepaszczenie  szansy na podziwianie pięknych (a są naprawdę cudowne!) widoków.

Widok z samolotu na Himalaje.

Sufit na pokładzie jest tak nisko zawieszony, że jedyna obecna stewardesa musiała stać z ciągle schyloną głową. Na odwagę każdy został poczęstowany cukierkiem” made in Nepal”, a na tych którym nie starczyło kurażu w pełnej turbulencji podróży czekały torebki na wymioty. Taki lot wśród najwyższych gór na planecie Ziemia to strasznie ekscytujące przeżycie. Szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że kropką nad i jest lądowanie na najniebezpieczniejszym lotnisku świata (jego historię przybliżam w innym poście – https://kwieqnahamaq.pl/jak-zorganizowac-trekking-w-himalajach-cz-i/ ) – imienia Tenzinga-Hillary’ego (pierwszych zdobywców Mount Everest).

Lukla (2840 m n. p. m.).

Po wylądowaniu na jedynym pasie i opuszczeniu samolotu, przywitały nas twarze dziesiątków Nepalczyków obecnych wokół lotniska.  Mnożyły się pytania miejscowych o wynajem tragarza, lub przewodnika. Nie ma się co dziwić. Białe bankomaty właśnie przyleciały, więc głupio by było nie wykorzystać okazji do zarobku. Zresztą obserwowanie życia lotniska to chyba jedna z niewielu rozrywek autochtonów.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Lukla. Tenzing-Hillary Airport. Płyta lotniska. W centralnej części zdjęcia szczyt – Nupla (5855 m n. p. m.).
(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Lukla. Tenzing-Hillary Airport. Pas startowy.

Naładowani pozytywnymi emocjami wstąpiliśmy do pobliskiego losowo wybranego hostelu, aby coś wrzucić na ruszt i przepakować się do jednego plecaka. Od tego momentu został nieodłącznym elementem naszej garderoby na ponad dwa tygodnie. Cały mandżur ważył z 20 kg, więc chodząc z nim po górach zafundowałem sobie niezły trening siły i wytrzymałości… W końcu jak to mówią „każdy swój krzyż nosi”…

Jeżeli chodzi o posiłek to adekwatnie do pory dnia zdecydowałem się na typowe nepalskie śniadanie. Prawdziwie męska decyzja! Z czasem się okazało, że potrawy jakie zamówiłem stały się stałym elementem menu nadchodzących dni. Były to Tibetan bread, albo Chapati (uogólniając są to rodzaje okrągłego, białego chleba) do wyboru z dżemorem, lub miodem. Chapati – dmuchany, natomiast Tibetan brean – płaski i chrupki. Do tego zamówiłem płatki musli.

Chapati.

Do popicia soczek czy inna herbata. Lekko, pożywnie, zdrowo i tanio. Prócz jedzenia zaopatrzyliśmy się w kilka litrów gorącej wody (oczywiście płatna, jak wszędzie na wysokości), której używaliśmy do zaparzania Yerba Mate, która ma te same właściwości co kawa i przede wszystkim jest bardziej zdrowa dla organizmu. O posiłkach i Lukli szczegółowo wspomnę w późniejszych wpisach, bo nie chcę przedłużać tego i tak już nad wyraz długiego elaboratu. Nie wszystko na raz…

Bym zapomniał wspomnieć o małych zakupach przed opuszczeniem tej mieściny. Kilka butelek wody pitnej (miałem również bidon z filtrem, z którego ze względu na oszczędność pieniędzy coraz częściej korzystałem), batonów (żeby mieć jakiś zastrzyk energii) i rolek papieru toaletowego (warto go mieć, bo jest ciężko go kupić na górskich szlakach i przełajach, a niestety zwykle nie jest on na stanie w guest housach/lodgeach). Jak już wspomniałem im wyżej, tym drożej. No może wyjątkiem od tej zasady są jedynie koszta noclegów, które są tańsze od większości posiłków. Nie miałem tylko trekkingowych kijków, ale postanowiłem je nabyć w innym miejscu. Jak się później okazało od samego początku drogi strasznie ułatwiałyby mój marsz…

Przedsionek trasy w Lukli.

Na ścieżce wyjściowej z miasta w przydrożnej budce zakupiliśmy jeszcze bilet wstępu pozwalający na przebywanie na terenie regionu Khumbu (2000 NPR) i w końcu opuściliśmy ten „ciepły kurwidołek”. Tak oto oficjalnie rozpoczęliśmy nasz trekk przez Himalaje. Obraliśmy azymut na największe miasto w tej części Nepalu i ostatni duży przyczółek turystów, czyli Namche Bazaar. Ciąg dalszy w kolejnym wpisie…

PS Zdjęcia z opisywanego etapu znajdziecie na moim fanpage, a dokładniej przy informacji o opublikowanym wpisie.

Serdecznie pozdrawiam,

Bartosz Kwiek, 15.05.19 r., Londyn.