Tajlandia cz. IV – Pattaya i wyspa Koh La(r)n

Siema,

Zapraszam was do zapoznania się z niniejszą notatką, w której opiszę jak przebiegały moje ostatnie dni w Tajlandii, które spędziłem w mieście Pattaya i na wyspie Koh La(r)n.

Pattaya

Kilka zachodów Słońca zastało mnie w Bangkoku i stamtąd wyjechałem autokarem do nadmorskiej miejscowości Pattaya. W każdym razie z jakiegoś dworca, do którego po kilku godzinach dowiózł nas autokar, wzięliśmy coś, ala tuk-tuka z kilkoma turystami na spółkę i dojechaliśmy na wybrzeże nad przystań. Stamtąd popłyniemy do naszej nowej bazy, jednej z Tajskich wysepek, ale o tym za chwilę. W czasie swojego pobytu trochę czasu spędziliśmy także w tym resorcie, także wypada poświęcić mu kilka akapitów. Czasami po prostu z braku laku popłynęliśmy łajbą z Koh La(r)n na stały ląd zobaczyć co tam piszczy w trawie u miastowych.

15319358_10202247431343847_94055113_n
Mapka mało wyraźna, ale tyle o ile obrazuje wielkość miasta i jego położenie.

Pattaya jest to turystyczne miasteczko (coś ala Sopot), położone na wschodnim wybrzeżu nad zatoką tajlandzką będącą częścią południowego morza chińskiego, około 100 km od stolicy. Brzmi egzotycznie? Prawidłowo. W okolicy znajdują się rajskie wysepki, które właśnie są moim celem. W samej Pattayi słabo jest z ładnymi plażami, za to jest kilka atrakcji, o! Nie no żartuję, kolokwialnie mówiąc miasto d*** nie urywa…Tyle o ile jest to jeden z największych tajskich b*****i zaraz po Phuket. Miasto jest dosyć rozległe i powiedzmy, że dostaniemy tam to samo co w Phuket tylko w mniejszym natężeniu na metr kwadratowy. Mam na myśli: masaże, dziewczyny, alkohol, narkotyki, imprezy, etc.

walking-street
Źródło: http://www.flirt-pattaya.com/wp-content/uploads/2014/04/walking-street.jpg

Epicentrum tego całego tałałajstwa jest najsłynniejsza ulica w mieście (powiedzmy takie Monte Casino)-Walking street, które raczej powinno nazywać się capital of Seven Eleven, albo Lucifer street. Co będę dużo pisał. Jedno wielkie skupisko sklepów, restauracji, pubów i imprez, położone zaraz przy (kamienistej) plaży. Jeśli chcecie zjeść frutti di mare z pierwszego tłoczenia to znajdziecie tam knajpę na knajpie z tymi specyfikami (kraby są po około 400 bahtów, cena zależy od wagi). Nie znasz tajskiego, a ruski ci bratem? Wszędzie dogadasz się bez problemu po rosyjsku 😉 Nasi sąsiedzi ze wschodu są w tym miejscu uważani za chodzące bankomaty, także normą są napisy w cyrylicy. Anyway, miejsce, że tak powiem budzi się do życia wieczorem, także w dzień nie wyciśniecie z tamtą wszystkich soków. Trzeźwość bynajmniej też nie ułatwia sprawy 😀 Podsumowując – must see and be w mieście.

Jak mam być szczery to nic wielkiego tam nie zobaczyłem. Może nie tyle co z nieświadomości, albo lenistwa, ale najzwyczajniej w świecie za dużo tego nie ma. Jak was to pasjonuje to wpadnijcie do ogrodu botanicznego Nong Nooch (wygooglujcie sobie info na ten temat, ja tam nie byłem). Jak chcecie się poczuć jak w jakiejś Rabce czy innej turystycznej Mekce otworem stanie przed wami Aqua Park, park z miniaturami budowli europejskich, muzeum figur woskowych, Believe or Not pana Ripleya i inne McDonaldsy.

  • Z tej całej hałastry warto zobaczyć Sanktuarium Prawdy (ang. Sanctuary of Truth taj. Prasat Sut Ja-Tum). Świątynia (coś rzadkiego w Pattayi) gdzie na pewno odpoczniecie od miejskiego zgiełku i pstrykniecie świetne zdjęcia. Warto, wygooglujcie miejscówkę. Nie jest to żadna zabytkowa budowla, bo powstała w latach 80tych jako widzimisię jednego z Tajlandzkich biznesmenów. Dalej przy niej dłubie i planowane doszlifowanie wszystkich detali planowane jest na 2050 rok.

Źródło: http://filesfly.net/wp-content/uploads/2015/08/sanctuary-20of-20truth.jpg

  • Na pewno nie pożałujecie poświęcając kilka chwil na spacer w celu zobaczenie największej sylwetki Buddy na świecie (Khao Chi Chan). Wysoki jest na 109 metrów, a szeroki  na 70 Łatwo by nie było zbudować taki posąg, więc ktoś poszedł na łatwiznę i obrysował Go w skale 😉

Źródło: http://iancaseley.com/wp-content/uploads/2015/11/golden-buddha-khao-chi-chan.jpg

Pewnego razu, gdy o dziwo znudzenie brało górę zauważyłem wycieczkę kilkudziesięciu Azjatów. Od razu podbiegłem do nich się integrować. Niestety nic nie kumali po angielsku, ale sprawdzona komunikacja, czyli migi+rozbrajający uśmiech pozwoliły mi się zyskać względy grupy 😀 Mając przy sobie szalik Arki Gdynia nie mogłem odpuścić okazji, aby namówić ich do wspólnego zdjęcia. Azjaci aż tak się zaangażowali, że zaczęli mi bić brawo i śpiewać jakieś pieśni. Nie wiem o co im chodziło, ale całkiem spoko. W życiu piękne są tylko chwilę…

thumb_dscf0301_1024-copy

Koh La(r)n

Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że jako jedna z największych atrakcji tego miasta wymieniona jest koralowa wysepka oddalona od niego o kilka kilometrów – Koh La(r)n 😀

Dlaczego tak dziko zapisuję jej nazwę? Czasami nazywa się ją Koh Larn, innym razem Koh Lan, oraz występuje również pod nazwą Wyspa Koralowa. Do wyboru, do korolu. Anyway, z wybrzeża można się tam dostać m. in. łodzią, która zaopatruje sklepy wyspiarzy i przewozi turystów.  Rejs trwał ponad pół godziny, a bilet kosztował mnie bodajże 30 bahtów. Przed wypłynięciem warto zadbać o catering, gdyż na pokładzie nie ma sklepów. Jest za to toaleta, darmowe kapoki i cudowne widoki.

13499768_10209556269688646_1809240799_o

Wyspa nie bez kozery nosi miano koralowej. Morze, które ją otacza jest rajem dla płetwonurków i zwykłych fanów snorkelingu. Za śmieszne niskie pieniądze w krystalicznej wodzie, w końcu będziecie mięli okazję poznać świat rodem z filmów z Discovery Channel i nie słyszeć w tle głosu pani Krysi Czubówny 😉

Apropos sportów wodnych. Możliwości naprawdę macie sto tysięcy. Od wypożyczenia dmuchanego kółka i piłki, nurkowania, po jazdę na skuterze wodnym i parasailing (uwaga, bo wrażenie jest świetne, aczkolwiek trwa to chyba maks. 5 minut, koszt to ok. 600 bahtów). Proporcjonalna do liczby wodnych aktywności oczekujących na turystów, jest liczba plaży.

thumb_dscf0323_1024-copy

13453140_10206416751234374_1296312275_o

Oczywiście piękne, nie zasyfiałe, pełno sklepów, etc., ale z jednym minusem-zatłoczone. Osobiście myślę, że za cenę raju na ziemi można to ścierpieć. Jeśli chcecie bardziej kameralnie spędzić tam czas to polecam iść w moje kroki i wykąpać się w jakiejś dzikiej zatoczce z partyzanta, w świetle Księżyca 😀 Spontany zawsze wychodzą najlepiej i przynoszą niespodziewajki co i mnie nie ominęło. Kiedy wskoczyłem do wody wszystko w niej zaczęło migotać niczym stroboskopy (wypiłem tylko z 4 Breezery). Wyczytałem w internecie, że trafiłem na bioluminescencyjny plankton. Dla ciekawych co to oznacza zapraszam do zakupu mojej książki o pobycie w dżungli amazońskiej gdzie zaobserwowałem podobne zjawisko (z tym że na grzybach). W telegraficznym skrócie plankton świecił w ciemności.

13499930_10209556253328237_642682656_o

Tak po za grzaniem się na leżaku, piciu alkoholu, jedzeniu tajskiego żarcia (pad thai za 150 bahtów),pływaniu i jakiś sportach wodnych to zbyt dużo do roboty na tej wyspie nie ma. W celu poszukania ciekawych zakątków, polecam wypożyczyć skuterek i zjeździć wyspę dookoła. Nie namierzyłem żadnych imprezowni czy innych klubów. Sklepy zamykają o 21 i absolutnie nie istnieje tam nocne życie. Jedynym przejawem szaleństwa są festyny organizowane w piątki. Na jeden z nich się akurat załapałem:

thumb_dscf0253_1024-copy

Scena zbudowana przed Tajską świątynią, wizualizacje wyświetlane na jej ścianach, muzyka, głośniki stojące przed nią i o dziwo nikomu to nie przeszkadzało. Chyba cała parafia się też bawiła 😀 Fajne było to, że po jakimś czasie starsza (około 80tki) pani weszła na scenę i zaczęła tańczyć z profesjonalnymi tancerkami, śpiewać i dobrze się bawić. Naprawdę ludzie tam mają inną (in plus) mentalność niż Europejczycy.

Z Koh Larn to by było na tyle. Wypada jeszcze wspomnieć po raz setny, żebyście uważali na naciągaczy i zawyżane dla turystów ceny. Często alkohol, który chciałem kupić przy wejściu na plażę był o kilkadziesiąt bahtów tańszy kilkanaście metrów dalej. Mimo wszystko uważam, że przypłynięcie chociaż na kilka godzin na Koh Lan z Pattayi, aby powygrzewać się na Słonku jest warte zachodu. Przykładowo wypływacie do południa i wracacie wieczorem. Wraz z moim znajomymi spędziliśmy tam 3 dni, by potem wrócić do miasta i kolejnego dnia pojechać do Bangkoku na samolot.

Jak już wspomniałem. Na stałym lądzie spędziliśmy jeszcze jeden dzień dłużej. Nic takiego. Plaża, morze, alkohol i na zmianę, a to leżenie w blasku Słońca, a to w świetle Księżyca. W około pełno ruskich. Do takich granic absurdu doszło, że trafiłem nawet na rosyjski (sic!) market. Niczym się nie różnił od zwykłych, no może muzyka była bardziej wschodnioeuropejska. Z głośników płynęło m. in. polskie reggae. Jeden ze sklepikarzy sprzedawał nawet nazistowskie flagi ze swastyką oO Zanim dostał w mordę zdążył już ją schować z witryny sklepowej.

13460935_10209556272168708_1074711982_o

Często poruszaliśmy się tuk-tukami. Nie mam na myśli tu mini wersji tylko taką z powiedzmy przestrzenią dla 6 turystów. Podróżując w ten sposób trzeba znać niuanse i zasady jak to się obsługuję i jak nie zostać wykiwanym przez kierowcę. Konkretny odcinek drogi obowiązuje stała cena, powyżej której nie ma sensu płacić (cen dowiecie się w recepcji ho(s)telu). Kiedy chcecie wysiąść musicie przycisną guzik, który daje sygnał do zatrzymania kierowcy. Wychodzicie z transportu i dopiero wtedy płacicie kierowcy ustaloną kwotę.

13445993_10206421960084592_2008573986_o

W razie jakiś pytań czy wskazówek walcie śmiało. Czas wracać do Londynu i zacząć odkładać pieniądze, bo póki co przez moje wyjazdy jem tynk ze ściany, pomieszany z powietrzem. A odkładać na co? Na tripa Mustangiem po Route 66 na moje 30te urodziny, oraz inwestowanie w siebie i nową pracę. Pomimo zaciskania pasa na pewno gdzieś mnie jeszcze w 2017 wywieje także stay tuned. Bez odbioru.

Dzięki, że jesteście,

Pozdrawiam nieboraki,

Bartosz Kwiek 09.12.2016 r., Londyn

PS

Jak wam się nudzi to przejrzyjcie czasem te pierdoły socialmediowe gdzie mnie złapiecie:

 

 

Tajlandia cz. III – One (few) nights in Bangkok! Temples/Buddhas day… cz. II

Siema,

…ciąg dalszy poprzedniego postu…

Analizując już po fakcie mapkę doszedłem do wniosku, że przy okazji ostatniego wpisu zapomniałem wspomnieć o jednej „atrakcji”, na którą się natknęliśmy. Tia, użyłem dobrego słowa. Nie planowaliśmy wizyty w tym miejscu, a skoro już znalazło się w zasięgu wzroku to nie omieszkałem podejść, uwiecznić tego na zdjęciu i sprawdzić co to jest ;P Otóż po drodze do „Giant Swing” minęliśmy ważne miejsce dla Bangkoku, upamiętniające obalenie absolutyzmu i zastąpienie go demokracją.

4. „Democracy Monument” czyli „Pomnik Demokracji”.

dsc_0684

Podejście do pomnika graniczy z cudem, bo ktoś mądry zbudował go w centrum jednego z najbardziej ruchliwych skrzyżowań miasta – dlatego polecam po prost zrobić zdjęcie z daleka, lub tuk-tuka czy autobusu go mijającego. To właśnie ten punkt był miejscem zbornym dla mieszkańców Bangkoku, którzy sprzeciwiali się łamaniu demokracji i praw człowieka. Jednoczył ludzi, a póki co czeka chyba na gorsze czasy. Zapomniałem również dodać, że koło pomnika znajduję się kilka miejsc wartych wdepnięcia. Mi niestety na to nie pozwolił ten skurkowaniec Czas.

  • Zatem tuż obok znajduję się Khao San Road – najbardziej znana uliczka wśród backpackersów. Lokalne jedzonko, stragany, muzyka, artyści uliczni, etc. Wspomniałem już zawczasu o tym miejscu TUTAJ,
  • W niedalekiej okolicy są również Muzeum Narodowe Jest to jedne z największych azjatyckich muzeów, gdzie poznacie historię Tajlandii od A do Z. Odkrywcze nie? Mimo wszystko jeśli towarzyszy wam spora dawka wolnego czasu – polecam tam wizytę. Muzeum jest czynne od środy do czwartku, od 9-16 Bilet wstępu to koszt 200 bathów. Pamiętajcie, że wykonywanie zdjęć jest surowo wzbronione,

dsc_0661

  • W drodzę nad rzekę Phraya, polecam zajrzeć do niegdysiejszej rezydencji króla czyli jego pałacu. Zbudowany w 1782 roku przez Króla Rame I był oficjalną rezydencją tajskich króli do roku 1925 Aktualnie jest jedynie miejscem ważnych ceremonii. To właśnie tam znajduję się świątynia Szmaragdowego Buddy wraz z kilkoma innymi świątyniami, muzeum, królewskimi insygniami i salą koronacyjną. Wstęp kosztuje 500 bahtów, otwarte codziennie prócz użytkowania pałacu w królewskich ceremoniach od 8.30 do 15.30;

dsc_0686
Wszędzie pełno tego typu kapliczek, których często mieszkańcami są przyciągane wystawianym jedzeniem i słodkimi napojami – szczury.

Uważam, że podawanie konkretnych adresów jest zbędne. Wrzucam wam mapkę gdzie macie wszystko czarno na białym. Podobne mapki są spokojnie dostępne w każdym miejscu, a do tego każdy autochton z przyjemnością pomoże zagubionemu turyście.

5. Wróćmy do miejsca gdzie skończyłem ostatni wpis. Przy pomocy wodnej taksówki dopłynęliśmy pod świątynię Wat Arun (Temple of Dawn). Tutaj ciekawostka. W przydrożnym sklepiku chciałem kupić zwykły sok. Nie chcieli mnie puścić z butelką, na miejsce przelali zawartość do jednorazowego woreczka. Chyba kwestia bezpieczeństwa. Anyway, kilka słów o świątyni…Została zbudowana na cześć króla Ramy II i królewskiej dynastii Chakkri. Składa się na nią pięć nazwijmy to pagód, z których najwyższa centralna liczy sobie 81 metrów (Phra Pang) i chyba nie muszę dodawać, że jest jednym z symboli Bangkoku 😉 Najbardziej polecam odwiedzić Temple of Dawn, późnym wieczorem, gdyż widok jej i z jej najwyższej części jest po prostu magiczny.

dsc_0732

dsc_0756 dsc_0758

dsc_0775

buddaJeśli chodzi o standardowe dane to bramy świątyni otworzą się przed wami o 8.30 a zamkną o 18 Bilet wstępu to niespełna 50 bahtów. Dla ułatwienia mieści się ona przy nabrzeżu o nazwie Tha Wat Arun, przy brzegu rzeki nazywającym się Thon Buri.

6. Kolejny nasz krok to powrót na drugi brzeg rzeki i ostatnia świątynia (bo już wizyty w kolejnych bym chyba nie wytrzymał psychicznie) – tzw. świątynia Leżącego Buddy czyli popularna Wat Phra Chetuphon Vimolmangklaram (w skrócie Wat Pho).

dsc_0650dsc_0656

dsc_0652

Tym razem jest to świątynia Ramy I, która została zbudowana jako coś na kształt szkoły dla mnichów.

13410922_10206389336589025_681652666_o
Mnisi, przewodnicy oraz Tajowie wchodzą za darmo. Innych czeka opłata w wysokości 100 bahtów. Za to w cenie biletu otrzymacie gwarantowaną butelkę wody 😀 Śmiech, śmiechem, ale uwierzcie mi…must have.

Niewątpliwie największą jej atrakcją jest ponad 40 metrowa, wysoka na 15 metrów, postać leżącego złotego Buddy.

dsc_0668 dsc_0673

dsc_0675

Zaraz obok stoją nazwijmy to garnuszki, do których wrzucane po kolei drobniaki mają przynieść szczęście. Jeśli ich nie macie, spokojna wasza rozczochrana. Potrzebujący mogą sobie kupić worek groszówek i dopomóc swojemu szczęściu.

Oprócz tego, na terenie świątyni znajdują się setki różnych innych wizerunków Buddy, oraz architektoniczne popisy tajskich budowli sakralnych.

 

 

dsc_0658

dsc_0664

dsc_0678

7. Na ostudzenie emocji postanowiliśmy zrobić sobie spacer po marketach. W pierwszej kolejności Pak Khlong Talat (czyli popularny Flower Market). Ponownie wylądowaliśmy nad rzeką, tym razem nad Chaopraya. W każdym razie znajdziecie tam: warzywa, owoce i jak się domyślacie kwiaty we wszystkich kolorach świata. Dziesiątki, setki, tysiące, gwarantuję, że będziecie rzygać tęczą 😉 Jak to angole mówią, największe busy jest w godzinach dostaw towaru dla sprzedawców, czyli pomiędzy 3, a 4 rano, także odradzam pakowanie się w to miejsce w tym czasie. Otwarte jest całą dobę, więc w godzinach możecie dowolnie przebierać.

8. Po nim czas na to co tygrysy, a raczej tygrysice lubią najbardziej, czyli zakupy pełną gębą! Znaczy to tyle, że idziemy na tzw. Train Night Market. Nazywa się tak z tego tytułu, że znajduję się w miejscu, które do 2003 roku było dzierżawione i użytkowane przez narodowe koleje Tajlandii.

13410787_10206389332908933_1281677214_o
Byliśmy trochę za wcześnie, więc czas nam minął na konsumpcji magicznych napoi #panoramix

Kupicie tam wszelkie pierdółki świata, wliczając w to też całą gamę różnego jedzenia, roślinek, antyków i ubrań z lumpeksu. Oprócz zakupów, posłuchacie muzyki na żywo, najecie się i przy odrobinie szczęścia czekają was niesamowite widoki. Ryneczek znajduję się bezpośrednio przy rzece, która wraz z połączeniem z zachodem słońca daje obraz, którego sam Van Gogh by się nie powstydził.

13388929_10206331516223552_199762036_o

Miejscówka jest czynna od 17 do 1 w nocy od czwartku do niedzieli i niestety dojazd do niej jest deko utrudniony. W pobliżu nie znajduję się żadna stacja metra, ani BTS, ale warto poświęcić deko zachodu na dojście tam. W innym wypadku czeka was tuk-tuk, taksówka, lub łódka.

bangkok_map
Mapka gdzie namalowałem tyle o ile gdzie znajdują się rzeczy, które opisałem. Źródło: http://es.globcom.net/asia/thailand/dnlds/bangkok_map.jpg

Kolejnego dnia wymeldowaliśmy się z hostelu i udaliśmy się na dworzec autobusowy Ekamai i udaliśmy się autokarem do nadmorskiego miasta – Pattaya. Bilet w cenie 108 bahtów, polecam zarezerwować minimum dzień wcześniej aby mieć pewność, że nie zabraknie miejsc w busie. 150 kilometrowa podróż trwała około 2 godziny. W kolejnej notatce opowiem co tam w trawie piszczy i jak spędziłem tam czas 🙂

Pozdrawiam czule wszystkich Polaków,

Z panem Bogiem,

Dzięki, że jesteście –

pis, joł! Bartosz Kwiek,  Londyn, 27.11.2016 r.

PS Przygotowując te opracowanie korzystałem z kilku map, które pokazywały sprzeczne informacje w różnych skalach z różnym umiejscowieniem obiektów. Jak mam być szczery to trochę namieszałem w kolejności ich odwiedzania, ale dla chcącego nic trudnego i sami spokojnie to ogarniecie. Przepraszam.

 

Tajlandia cz. II – One (few) nights in Bangkok! Temples/Buddhas day… cz. I

Siema, na czym to ja ostatnio? A tia, wraz z moimi kompanami wybraliśmy się na przejażdżkę podniebnym pociągiem – Sky Train i zwiedzanie miasta. Pierwszy punkt okazał się (IMHO) niewypałem (wizyta w Naukowym Centrum Edukacji), więc szukaliśmy dalej czegoś interesującego. Szukając na mapie intrygujących nazw i wyróżniających się obrazków moją uwagę przykuła czerwona chińsko-podobna budowla. Więc jedziem tam!

Btw. Nawet idąc w miasto na totalnym spontanie, bez żadnego planu ciężko nie natknąć się na „topowe” atrakcje Bangkoku. Ja właśnie byłem jednym z takich zbłąkanych wędrowców, szwendających się po stolicy Królestwa Tajlandii jak smród po gaciach 😉

  1. Kilka stacji i kilometrów za nami. Po chwili spaceru, pomiędzy kilkoma ruchliwymi ulicami ukazał nam się pomnik, do którego zmierzaliśmy. Ogromne, wysokie…yyy, coś?

dsc_0682

OK, widzę oczami wyobraźni, że się domagacie wyjaśnień, więc służę pomocą. Ogólnie te tyczki nazywają się Sao Ching Cha, a inaczej „Wielka Huśtawka”. To dziwadło liczy sobie około 300 lat i jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli Bangkoku, starającym się o obecność w gremium obiektów światowego dziedzictwa UNESCO. Obiekt ten wiąże się z ciekawą historią. Wg legendy jedno z bramińskich (rodzaj religii) bóstw raz do roku na kilka dni schodzi z nieba by odbyć wizytę na ziemi. W ciągu tego czasu trzeba dbać o jego samopoczucie i czterech ochotników zwykło zabawiać je czyniąc nie lada wyczyny na tych tej konstrukcji . Bez żadnej asekuracji wspinali się oni ku górze próbując strącić worek z pieniędzmi przymocowany do bambusowego kija. Imprezę z czasem zakończono z tytułu dosyć dużej ilości wypadków śmiertelnych. Bożek został smutny. No cóż. Psy szczekają, karawana jedzie dalej jak to mówią.

  • Nic specjalnego, ale zdjęcie zrobić wypada ;P Jak wam się nie spieszy to polecam jeszcze zobaczyć w pobliżu świątynię Wat Suthat. Ja tam nie wpadłem, aczkolwiek internety ją zachwalają także coś musi w tym być. Anyway, huśtawka znajduję się tuż przed nią.
  • Niestety mnie i moich towarzyszy czas deko naglił, więc ruszyliśmy dalej. Pomimo, że budowla, którą odwiedziliśmy do chińskich nie należała coś za nami jednak chodziło związanego z tym państwem. W związku z tym kierunek na chińską dzielnicę, czyli China Town! Wejścia do niej strzeże niniejsza brama.

dsc_0729

Zobaczycie tam sto tysięcy marketów, gdzie kupicie dosłownie wszystko, a także posmakujecie cudownej chińskiej kuchni, tonąc w ostro-słodkich zapachach. W tej części miasta czeka na was również największa buddyjska chińska świątynia Wat Mangkon Kamalawat (obejrzałem, ale nie miałem czasu wejść ;P ), oraz tym razem jej tajska siostra Wat Traimit, inaczej zwana Świątynią Złotego Buddy.

2. Dane mi było zobaczyć w jej wnętrzu największy na świecie jego posąg, pokryty 24 karatowym złotem. Aby nieco zobrazować wam jego ogrom przytoczę kilka statystyk: szerokość 12 stóp, wysokość 15 stóp, waga 5, 5 tony, wartość około 28,5 miliona funtów. Wystarczająco przyciągnąłem waszą uwagę? 😉

dsc_0707 dsc_0701

Prócz złotego posążku, można wykupywać bilety na różne poziomy świątyni. Każdy jest piękny i oryginalny na swój sposób. Im wyżej, tym lepszy widok na panoramę Bangkoku.

dsc_0726
Bonusowo zdjęcie rodziny Kowalskich na tle Wat Traimit i portretu króla Bhumibola.

dsc_0717

Sprzedam wam ciekawostkę. Spragnieni mocnych wrażeń mogą za drobną opłatą zakupić od okolicznych sprzedawców ptaszka w klatce, którego w geście dobrej woli powinno się wypuścić 🙂

dsc_0716
Jaja, jajami, ale tym razem coś naprawdę ważnego. Pamiętajcie, że odwiedzając buddyjskie świątynię trzeba darzyć te miejsca i religię odpowiednim szacunkiem. Luźno tłumacząc to co jest na plakacie: 1. Odpowiednio się ubierać (vide długie spodnie i zakryte ramiona) 2. Nie zachowywać się jak pajac 3. Nie kupować pamiątek z wizerunkiem Buddy 4. Jego symbol musi znajdować się wyżej niż twoja sylwetka, oraz nie może być używany do dekoracji. + NIESTOSOWNYM JEST TATUOWANIE SOBIE BUDDY

Jeśli wystarczająco was zachęciłem do wstąpienia w skromne progi tego miejsca, to bilety kosztują 140 bahtów i otwarte jest od 8 do 17

3. Idziemy, albo jedziemy tuk-tukiem, szczerze to już nie pamiętam do kolejnego świętego miejsca. Jest to tzw. „Temple of Emerald Buddha” – Wat Phra Kaew. Lojalnie powiem, że tu dałem ciała ;P Podniecałem się robiąc zdjęcia jakimś posążkom, a olałem najważniejsze. Nie zobaczyłem szmaragdowego Buddy…wiem, wiem, loser. Tak to jest jak się lata wszędzie bez przewodnika i czas nagli. Wy jednak macie mojego bloga i będziecie mądrzejsi, o! 😉 Faktycznie Budda nie jest ze szmaragdu, tylko przypomina go kolorem i ma z pół metra, nic specjalnego! Nie no żartuję, odwiedźcie to miejsce koniecznie. Jest to najświętsza buddysjka tajska świątynia i tym samym jedno z must see.

dsc_0744

Dla chętnych bilety za 500 bathów, a wejście od 8.30 do 15.30

Na mapce, którą miałem pełno ochów i achów opływało świątynię Wat Arun (Temple of Dawn). Tak zgadliście, kolejny znak rozpoznawczy Bangkoku. Znajdowała się kawałek od nas, w dodatku za drugim brzegiem rzeki Phraya (główna rzeka przepływająca przez to miasto), a czas naglił…No nic, więc bierzemy wodną taksówkę. Nie pamiętam dokładnie ile za to zapłaciliśmy, ale naprawdę śmiesznie mało. Świetna opcja, żeby szybko przemieszczać się wzdłuż rzeki po mieście i do tego zobaczyć je od innej strony niż zwykle. Przed zakupem biletu polecam zorientować się, w którą stronę płyniecie, żeby przypadkiem nie wylądować w zupełnie innym miejscu niż zamierzacie 😉 W każdym razie bilet na łódkę, kupuje się w kasie przy platformie gdzie cumuje nasza limuzyna. Pośród pracowników udzielających porad dotyczących korzystania z taksówki zawsze znajduję się ktoś kto biegle włada językiem angielskim, także nie ma opcji, żeby pozostać w nieświadomości.

13460949_10206421965564729_467836870_o

dsc_0740

W kolejnym wpisie będę nadawał już z kolejnego brzegu rzeki. Chciałem relację z tego dnia pełnego zwiedzania zawrzeć w jednym poście, ale z tego co widzę po ilości zdjęć i tekstu było by to zbyt obszerne. Do zobaczenia zatem w kolejnej notatce. Mały spoiler co będzie kolejnym przystankiem macie na ostatnim zdjęciu 🙂

CDN

Pozdrawiam,

Bartek Kwiek,

21.11.16, Londyn

 

Tajlandia cz. I – One (few) nights in Bangkok!

Siema,

Nie wiem co mi najlepszego strzeliło do głowy, ale w ciągu niespełna dwóch miesięcy dwa razy odwiedziłem Królestwo Tajlandii. W cale nie zmusiło mnie do tego dziecko w tym państwie z czekającą matką, ale zwykła zachcianka 😉 W końcu w życiu chodzi o to, żeby być trochę niemożliwym…a pieniądze są po to by je wydawać.

Za pierwszym razem odwiedziłem Phuket na około dwa tygodnie, ale był to pobyt typowo Januszowy. Mam na myśli: plaża, alkohol, puby, dziewczyny, relaks, blablabla. Tym razem moja wizyta w tym kraju była bardziej intensywna i ambitniejsza jeśli można tak to nazwać. Niestety krótsza, bo czas mnie gonił. Pijąc do meritum, spędziłem kilka dni w stolicy Tajlandii – Bangkoku, a następnie podobny czas przeznaczyłem na grzanie się na wyspie Pattaya.

13446369_10206389335869007_592238241_o

Jak się tam dostałem? Cholernie prosto i tanio (około 20 USD). Z Siem Reap wpakowałem się do autokaru, który zawiózł mnie prosto pod granicę z dawanym Syjamem (stara nazwa Tajlandii). Spokojnie załatwicie to w hotelowej recepcji. Wylądowałem pod granicą, ale zaistniał problem banalnej natury. Gdzie do cholery jest ta granica? 😀 Kierowca wysadził nas z km przed nią, ale udało nam się dojść do celu. Jeszcze tylko mała biurokracja na przejściu (typu wypełnienie druczka odnośnie pobytu w Tajlandii), brak wizy (Polacy jej nie potrzebują na pobyt do 30 dni) i witaj wielki świecie! Oczywiście zaczęły mi przypominać o tym gdzie jestem wszechobecne portrety króla – Bhumbibola Adulyadeja. De facto jednego z najdłużej panujących monarchów na Ziemi, który niestety zmarł w zeszłym miesiącu pozostawiając swój naród w wielkiej i płynącej prosto z serc szczerej żałobie.

dsc_0731

Stamtąd do hostelu zabrał nas prosto minibusik. Długa podróż, mało wygodnie, mało miejsca, ale przeżyliśmy. Na postojach szło płacić kambodżańskimi rielami, dolcami, oraz przede wszystkim tajskimi bahtami. Tutaj wtrącę jedną dygresję. Nie zamierzam ponownie się rozwodzić na temat: waluty, potraw, kultury, blablabla, bo to już wszystko zdążyłem już napisać w poprzednich notatkach z pobytu w tym państwie (http://kwieqnahamaq.pl/category/azja/tajlandia/). Zafunduje wam w zamian tonę zdjęć, trochę blurbania i postaram się zadbać o wasze miłe spędzenie czasu podczas czytania moich wypocin.

14971434_10202128312445949_1302155690_n
Słowniczek z kilkoma najpotrzebniejszymi frazami po tajsku.

Zagrzaliśmy miejsce w dosyć posh hostelu „Bangkok Bed and Bike” (droższy niż standardowe miejscówki), ale plus był taki, że wszędzie było blisko i darmowe śniadania! 😀 Nawet dostaliśmy kapcie i pamiątkowe torebki, o! Polecam ten hostelik gdyż oferuje też wypożyczanie rowerów i zorganizowane wycieczki tymi jednośladowcami po Bangkoku. Oczywiście recepcji mają również całą gamę pieszych wycieczek, wystarczy popytać i zapoznać się z ofertami. Fakt, faktem droższe to, to niż ogarnąć to samemu,ale skoro goni was czas opcja jak znalazł.

W mieście nie mięliśmy żadnych kłopotów z komunikacją w języku angielskim, a naszym spacerom towarzyszyło mrowie napisów (wreszcie!) w alfabecie łacińskim. Ceny deko wyższe niż w innych tajlandzkich miastach, bo to w końcu stolica ale i tak była taniocha. Tutaj wujek dobra rada sprzeda wam ciekawostkę, a mianowicie czas umili wam nieśmiertelne combo Spy (59 baht)+Smirnoff Ice (59 bath). Zawsze możecie dodać nutkę egzotyki, czyli piwa Chang za 45 bahtów. Na dokładkę, po rozgrzewce tajska whisky za 260 bahtów i hulaj dusza, piekła nie ma.

13493761_10206416752594408_1379975946_o

Skoro tematycznie jestem przy alkoholu czyli de facto nie muszę być całkowicie trzeźwy (żeby np. zwiedzać muzea i świątynie), wraz z Aśką i Krzyśkiem udaliśmy się na ulice pełną: sklepów, restauracji i sprzedawców okolicznych pierdółek, ciągle tętniącą życiem – Khao San Road.

dsc_0687

13446120_10206389334388970_470474814_o

13461213_10206389334588975_1859341257_o

W sumie co poniektórzy sprzedawcy nawet nie musieli do mnie podchodzić i zachęcać do zakupów, bo byłem szybszy od nich ;P Od jednego pana np. kupiłem lody na patyku…yyy…pomyłka skorpiona na patyku. Diabelstwo nieźle przypieczone, spoko w smaku, fajne przeżycie. Przepłaciłem z 50 bahtów, ale nie chciało mi się targować. Apropos zakupów w tym miejscu (tyczy się to też w sumie wszystkich ulicznych stanowisk sprzedaży), miejcie świadomość, że cena wam proponowana jest kilkukrotnie zawyżana. To o ile ją spuścicie zależne jest w dużej mierze od tego jak długo spędzicie czasu na negocjowaniu sprzedawcą i jak mocny urok na niego rzucicie. Jeśli macie przy sobie jakąś wiedźmę (if you know what I mean 😉 ), dajcie jej się wykazać!

Jeśli zaskoczy was deszcz polecam schronić się pod wiatą jednego z pubów i umilić sobie czas „herbatą” w otoczeniu miłego towarzystwa. Piękne tajki są wszędzie, przyciągając białą klientelę i podnosząc standardy wizualne i atrakcyjność lokalu. Notabene, jeden z nich ugościł nas podczas meczu Polska – Niemcy późno w nocy 😀 Były to najbardziej dziwne okoliczności w jakich przyszło mi oglądać mecz piłkarski.

13467713_10209556272288711_336701117_o

Z tyułu, że nie mięliśmy żadnego planu na spędzenie czasu w tym mieście i wszystko robiliśmy spontanicznie, kolejnego dnia posłuchaliśmy Maryli Rodowicz, która zachęcała „…wsiądź do pociągu byle jakiego…”. W praktyce wyglądało to tak, że podjechaliśmy autobusem do stacji Sky Trainu. Co to? W ogromnym skrócie naziemna linia pociągów, której tory są przeprowadzone na betonowych słupach wznoszących się ponad miastem. Przydatnym rozwiązaniem jest całodobowy bilet na BTS SkyTrain, który ułatwi poruszanie się po całym mieście. Bangkok to cholernie duża metropolia, w związku z czym uznaliśmy tą stację jako dobry punkt wypadowy do dalszych podróży po okolicy.

bangkok_skytrain

14971239_10202128151921936_1280022188_n

Po wstępnych oględzinach przystanków i mapy, doszliśmy do wniosku, że chcemy zwiedzić Naukowe Centrum Edukacji znajdujące się w centrum biznesowej dzielnicy Bangkoku. Brzmi poważnie, więc ciekawi byliśmy co się tam kryję. Przejechaliśmy kilka stacji, przekonaliśmy się jak działa skytrain (wyposażcie się w bilon jeśli chcecie kupić bilety w automatach!) – bilety są w formie żetonów, które wrzucacie do bramek, aby przejść na peron. Na miejscu za 30 bahtów, kupicie bilet wstępu do chyba dwóch budynków. Jest ich aż sześć, z czego jeden to obserwatorium astronomiczne, a kolejny to oceanarium. Wstęp do kolejnych, równa się wydatkowi kolejnych wariatów. W innych galeriach mieszczą się interaktywne wystawy prezentujące różne dziedziny nauki. Chemia, fizyka, matematyka, biologia, etc., dla dzieciaków fajna sprawa – ja już jestem zbyt starym koniem na to. Jakoś nie urzekłamnie magia tego miejsca. Na dłużej zdążyła przyciągnąć moją uwagę ekspozycja poświęcona tematyce narkotków. Za szybą (musiała być pancerna 😀 ) zaprezentowano „okazy” co poniektórych z tych środków. Do tego ciekawym rozwiązaniem było odwiedzenie tunelu, w którym obecność przyprawiała o zawrót głowy i dawała odczuć efekt wirujących: ścian, podłogi i sufitu.

650

Po za tym co widzieliśmy, słabizna…Nie poczułem magii tego miejsca. Może komuś z was się spodoba, także nie odradzam tam wizyty, ale dla mnie to była strata czasu. Zapewne nikogo z czytających też jakoś mega nie zachęciło to miejsce 😉 Pojechaliśmy dalej, tym razem obcując z prawdziwym pięknem Bangkoku…ale tym w kolejnym wpisie…CDN

Pozdrawiam,

Bartek,

Londyn, 06.11.16

 

 

 

 

Kambodży ciąg dalszy – O Boże, jestem w ANGKORZE!

 

Ahoj załogo!

Byłem już w stolicy Kambodży, to trzymając poziom na kolejny cel wyznaczyłem sobie stołeczne miasto Imperium Kmerów – Angkor (słowo oznacza tyle co „stolica”). Angkor aktualnie znany jest jako największy na świeci kompleks świątynny w latach świetności liczący sobie ponad milion obywateli. To powiedzmy sobie szczerze jak połowa aktualnej ludności Warszawy. Jakby to powiedział Siara: „mają rozmach…” 😉 Obecne położenie Angkoru to okolice miasta i zarazem kambodżańskiej prowincji (odpowiednik województwa) Siem Reap. To właśnie tam skierowaliśmy swoje kroki (a raczej podwiózł nas autokar ;P ).

Siem to małe, turystyczne miasteczko, które służy przede wszystkim za bazę wypadową do świątyń Angkoru. Mieścina bez szału. W sumie byłem tam na ryneczku (Psar Chaa) gdzie można kupić wszystko i nic, odwiedziłem kilka lokalnych piwiarni, odpowiedników barów mlecznych i to tyle. Jak już wcześniej pisałem. Mój pobyt przypadał na początek pory deszczowej, więc zwiedzając samemu miasto, jak już zaczynało padać robiłem sobie małe pit-stopy w okolicznych mordowniach. Jedno piwo=10 minut. Ulewa trwała krótko, więc herbaty trochę wypiłem. Akurat przestawało podać i szedłem przed siebie. W sumie nic ciekawego nie oferuje ta mieścina. Mniejsza o to, d… nie urywało…

thumb_dscf0231_1024-copy

Jedyna rzecz warta świeczki to osławione ruiny znajdujące się w dżungli, o których świat i historia zapomniały przez wieki, a człowiek upomniał się w XIX w. kiedy to francuski podróżnik Henri Mouhot natknął się na setki ruin w kambodżańskiej dżungli. Do końca nie wiadomo co było głównym bodźcem masowego opuszczenia stolicy. Miasto pozostaje zagadką podobnie jak azteckie Machu Piccu. Angkor pustoszejąc stopniowo całkowicie się wyludnił w XV wieku. Przyczyniło się do tego wiele czynników, tj. ataki Tajów, lub przeniesienie stolicy Khmerów w inne miejsce (Phnom Penh).

dsc_0609

W podróż do Angkoru spod hotelu (kilka km) podwiózł tuk-tuk wyposażony w lodówkę z chłodzącymi wyskokowymi napojami (#bogatyjankesmode), także nudno nie było 😉 Przed wstępem do całego kompleksu świątynnego, trzeba doń zakupić bilety sprzedawane w kasach nieopodal. Można wybrać opcję wielokrotnego wejścia  w cenie od 20 dolców wzwyż, adekwatnie do długości pobytu (maksymalnie do 6 dni). Robią wam zdjęcie, drukują je na bilecie, także podrobienie go jest mało możliwe. Świstek ten sprawdzają przed wejściem do każdej świątyni, więc warto go mieć ciągle przy sobie i o wejściu „na Jasia” można zapomnieć.

14798767_10202068213423511_1502148862_n

Wstęp liczy się z przestrzeganiem kilku zasad, m. in. są to: stosowanie się do ostrzegawczych znaków, odnoszenie się z szacunkiem do mnichów (których jest jak mrówków), zakrycie kolan, oraz ramion (stosowny ubiór), nie dotykanie murów, zakaz palenia i dawania słodyczy i pieniędzy dzieciom.  Zwiedzanie jest możliwe od około godziny 5 do 19 Zwykle ludzie przeznaczają na to do kilku dni,bo naprawdę obiektów do zobaczenia jest cała wuchta. Nas niestety gonił czas i mięliśmy na to raptem kilka godzin. Chociażby z tego względu przeważyła opcja wynajęcia tuk-tuka i zwiedzenia części Angkoru za jego pośrednictwem. Mało to ambitne, ale na zwiedzanie na piechtę nie było czasu, a rowery były złym pomysłem ze względu na częste deszcze.

Co w programie? Podjechanie i wysiadka na: Angkor Watt (najsłynniejsza świątynia), Ta Prohm (Tomb Raider temple – kręcono tam film z Larą Croft w roli głównej. Kilka lat temu odkryto tam kilku metrowe posągi Buddy), Angkor Thom (miasto w mieście, jeśli można to tak określić), Baphuon (jedna z „kamieniczek” w wymienionym mieście), oraz kilka innych świątyń, których nazw nie pamiętam ;P Ten „cholernie dużo bardziej” rozległy Watykan w uproszczeniu z widoku ptaka wygląda w ten sposób:

hi-res-temple-map

Jednym słowem tłumacząc dość łopatologicznie – są to ogromne połacie terenu, przeplatane rzekami i jeziorami. W około pełno świątyń i twarzy Buddy 😉

dsc_0559

Na zwieńczeniu wpadliśmy do jakiejś restauracyjki z witającym nas gadającym ptakiem, wrzucić na coś na ząb.

13410611_10206374816546033_500532080_o  13446123_10209513897869377_760263816_o

13442000_10206374814465981_1404371843_o 13453482_10206374816186024_97805512_odsc_0553

dsc_0582dsc_0557dsc_0558

dsc_0563

Przemieszczając się po terenie Angkoru odradzam wam skuszenie się na przejażdżkę na grzbiecie słonia. Raz, że to straszne skurwysyństwo (myślę, że użyłem wystarczająco mocnego słowa) względem tego zwierzaka, a dwa że kosztuje to strasznie dużo. Liczcie się z tym, że w miejscu gdzie się zmaleliście ceny są co najmniej kilkakrotnie wyższe niż gdziekolwiek indziej.

dsc_0579dsc_0518

dsc_0561
Stali bywalcy świątyń. Nasi starsi bracia – małpy.

dsc_0588

dsc_0598
Czas odcisnął piętno na niektórych murach. Natura po raz kolejny pokazała, że człowiek jest tylko gościem na jej łonie. Dżungla upomina się o swoje.

dsc_0599

13467740_10209513897829376_156708308_o
Wannabe sekwoja.

W ruinach kompleksu Angkor spędziliśmy zdecydowanie za mało czasu, ale cóż…lepsze to niż nic…Co by tu nie mówić – wspomnienie do końca życia.

Kolejnego ranka czekała nas podróż autokarem do ostatniego przystanku – Tajlandii. Ściślej mówiąc do miasta, które nie śpi – Bangkoku.

Pzdr,

Bartek!

Londyn, 23.10.16 r.