Kambodża za dodgea – papierowy tygrys

Siema,

Jak już wcześniej pisałem na Facebooku. Przepraszam, za zwłokę z dodawaniem notatek na bloga, ale cholernie dużą dawkę czasu ukradło mi życie… 😉 Kursy, praca, nauka, sprzątanie, zakupy, prasowanie, pranie, blablabla, zabawa w dorosłe życie jednym słowem. W związku z tym, że chcę opisać kilka ciekawostek, a nie tylko wrzucać kolejne zdjęcia z wyjazdów trochę mi zajęło sklecenie odpowiedniego tekstu. Nie lubię czegoś zaczynać i potem porzucać bez końca.  W efekcie czego uważam za konieczne dokończenie opisu mojego krótkiego pobytu w Azji i jego zwieńczenia, czyli wizyty w Królestwie Tajlandii 😉

Co tam było na tapecie ostatnio? Jakby to powiedział mój randomowy nauczyciel w szkole – widzę las rąk 😀 Kambodża. OK, jedziemy z tematem. Ostatni może i był ciekawy (imho), ale dosyć przygnębiający i mało przyjemny. Postaram się zachować kontrast i zmienić temat z mordów, oraz krwawej historii na coś innego.

DSC_0248

Zatytułowałem ten wpis tak, a nie inaczej dlatego, że miasto, w którym się zatrzymaliśmy – Phnom Penh, czyli stolica państwa to tak na prawdę, jedna wielka ściema. To tylko pozór, a jak dobrze wiedzą Czesi – pozory mylą. Przykłady? W mieście znajdziecie pełno szkół. Nie ma to tamto, same renomowane, znane nazwy, pod patronatem znanych osobistości (był nawet polski akcent w postaci uczelni im. Marii Skłodowskiej-Curie). Słowo klucz – są to szkoły PRYWATNE. Na naukę w stolicy stać tylko niektórych, bogatszych, których akurat w Phnom Penh nie brakuję. No dobra, ale co z resztą ludzi? Policja ściśle przestrzega tego, aby bieda skutecznie została ukrywana przed turystami. Bezdomni, którzy rzucają się w oczy i „ośmieli” pojawić się w centrum miasta, automatycznie są z niego wywożeni i pozostawiani na obrzeżach. Jedną z ich niewielu enklaw w tym stołecznym mieście jest skwer przy rzece Mekong. Miejsce to przyciąga rzesze turystów paradoksalnie to jest siłą przedstawicieli niższej klasy społecznej. Służby porządkowe nie chcą ryzykować wielkim larmo i swoim wizerunkiem, więc nie dopuszczają się do fizycznej interwencji w stosunku do tych osób. Istna potiomkinowska wioska.

DSC_0252

By the way, skorzystanie z przywileju darmowej edukacji (obowiązkowej do końca liceum) w rzeczywistości tyczy się mało kogo.

Jak łatwo się domyśleć nie wygląda to tak kolorowo. Rodzice przed pójściem dzieciaków do szkoły muszą uregulować coś na kształt wpisowego, które już co dla niektórych jest barierą nie do przeskoczenia. Nie są to duże kwoty, ale pamiętajcie o tym, że mówimy o mieszkańcach najbiedniejszego z azjatyckich państw…Przyszli uczniowie podstawówki niestety często, gęsto nie mają odpowiedniej motywacji, żeby uczęszczać do szkoły i kontynuować swoją naukę. „Z pomocą” przychodzą turyści, którzy chętnie dają im pieniądze, kupują pocztówki, breloczki, czy inne podobne bibeloty. Bąbel zarobi na tym pieniądze i już na horyzoncie pojawia się pomysł – „po cholerę mi ta szkoła?”. Jest to stały element świątynnego krajobrazu ruin kompleksu Angkor. Byłem, widziałem, wiem co mówię. Także naprawdę nie kupując nic od biednych dzieci, paradoksalnie im pomagacie…Kolejnym czynnikiem przyczyniającym się do odpuszczenia sobie dalszej edukacji jest brak czasu. Dzieci są zobligowane do pomocy swoim rodzicom w utrzymaniu domostwa i pomocy im podczas prac w polu. Gdzie tu czas na naukę? Błędne koło.

DSC_0278

Przebywając w stolicy, styczność z biedą miałem tylko na przedmieściach. Dzieci proszące o wodę przy polach śmierci, czy też mijane tuk-tukiem osoby sprawiały, że czułem się deko dziwnie i nie fair w stosunku do tego wszystkiego co mnie otacza. Okulary przeciwsłoneczne, hawajka koszula, adasie na nogach, drogi aparat na szyi, piwo w ręku, portfel z dolarami i lokalną walutą – sami rozumiecie. Po prostu miałem na tyle szczęścia, że urodziłem się w odpowiedniej części świata, w odpowiednim momencie. Jak człowiek się głębiej zastanowi to zaczyna rozumieć te naciąganie turystów na każdym kroku (vide zawyżane ceny) i często płaci te i tak absurdalnie niskie kwoty dla lepszego samopoczucia. Gwoli ścisłości, po drodze do pól śmierci, jest strzelnica gdzie często zawożeni są turyści. Ciekawa sprawa, bo można sobie strzelić z bazooki, rzucić granatem, etc. Po prostu bądźcie na to wyczuleni, że kierowca tu-tuka poda wam inne ceny, a na miejscu ceny okażą się o niebo wyższe.

DSC_0513

Podobnie było w innym przypadku kiedy szukałem miejsca gdzie można kupić głupie pająki do jedzenia. Spytałem się kierowcy w/w pojazdu o to, a ten że może mnie tam zawiezc za ekstra oplata…Machnałem na to ręką, poszedłem na najwiekszy bazar w mieście – nazywany rosyjskim i tam już było dosłownie wszystko.

13397052_10206350292452946_1556306761_o

Znalazłem upragnionego pająka, a żeby szczęścia stało się za dość kupiłem jeszcze siateczkę ze świerszczami, a co! Z braku kolejnych planów, wraz z resztą ekipy udaliśmy się do stojącego w pobliżu królewskiego pałacu. Jakoś nie byliśmy na to mega napaleni, a co zabawniejsze okazało się to być jednym z obowiązkowych miejsc do zobaczenia w Phnom Penh! 😀 W sumie dobrze, że tam trafiliśmy, nie żałuję pobytu, a widoki cudowne. Musicie uważać, żeby nie być tam za wcześnie, lub za późno, gdyż wejścia są w godzinach 8-11 i 14-17 My byliśmy za wcześnie, ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Przyszedł czas na posiłek 😉

13405356_10206362270272384_411597404_o DSC_0450DSC_0453

Przeżyłem 🙂 Jakbym się zajadał chipsami. Polecam. Popite zimnym piwem – malina! Aha, temperatura jest mega wysoka, więc jeśli chciecie się schłodzić jakimś zimnym napojem wypijcie go natychmiast…za 5 minut będzie już ciepły, a za 10 gorący.

Wejście do pałacu tanie nie jest, aczkolwiek odmówienie sobie wizyty w tym miejscu byłoby totalnym idiotyzmem. Przebywać na jego terenie można tylko i wyłącznie wtedy, kiedy król nie przebywa w swojej posiadłości. Koszt biletu to 25.000 rieli czyli równowartość około 7 dolców. Dla porównania koszt małej coca-coli to około 1500 kambodżańskich pieniążków.

14658219_10202015361102236_962784531_n

Tzw. riel khmerski to nazwa kambodżańskiej waluty (jak już zapewne zdążyliście się domyśleć). W obiegu znajdują się jedynie banknoty o nominałach od kilkuset do maksymalnie 100.000 rieli. Podobnie jak w Wietnamie, monety to rzadkość, która już praktycznie odeszła do lamusa. Kolejną cechą wspólną jest pełnoprawne używanie dolara jako środka płatniczego. Przede wszystkim z uwagi na stosunkowo niedługą przeszłość, krajowa waluta jest dosyć niestabilna i najzwyczajniej w świecie „słaba”.  Mam na myśli to, że Czerwoni Kmerzy, pozbyli się lokalnej waluty niszcząc ją, paląc, puszczając z dymem banki, etc. Etap jej „drugiej młodości” nastąpił dopiero w roku 1978

Tam, tadam! Czas na główny punkt programu czyli siedzibę króla Kambodży – Narodoma Sihamoniego! Warunkiem wejścia na teren pałacu jest równoznaczne z zakryciem nóg. Jeśli nie macie akurat długich spodni, nie ma co płakać – nabędziecie je przy kasach biletowych. Materiał podobny do papieru, ale ma to starczyć tylko na raz 😉 Na przyszłość polecam wam się wyposażyć w długie przewiewne spodnie z odpinanymi nogawkami. Chodzicie w krótkich, a jak sytuacja tego wymaga dopinacie dół. Wejścia do wszystkich świątyń wymagają zasłoniętych nóg, więc na pewno będzie to przydatne rozwiązanie, które pozwoli wam na zaoszczędzenie miejsca w plecaku. Do tego dla ciekawych świata i  odwiedzających buddyjskie świątynie – buty należy też zdjąć, oraz nie w każdym miejscu można robić zdjęcia… 😉

14686075_10202015360982233_246532335_n

Wraz z biletem dostajecie mapkę, żeby się nie zgubić i hulaj dusza, piekła nie ma. Między prawdą, a Bogiem jest to cały kompleks z ogrodami i dziesiątkami budynków o różnych funkcjach, a nie tylko sama siedziba króla. Nie będę się tutaj rozdrabniał w szczegóły na temat każdej budowli i mozaiki w moim zasięgu wzroku – po prostu pokażę wam kilka zdjęć 😉

DSC_0476
Świątynia, o której przeczytacie w każdej broszurce na temat Kambodży. Silver pagoda czyli srebrna pagoda jest najsłynniejszą azjatycką świątynią. Jej podłoga wyłożona jest płytami z czystego srebra. Musicie to zobaczyć!

13441703_10206362270232383_2068961399_o DSC_0413 DSC_0424 DSC_0459 DSC_0464 DSC_0472 DSC_0479 DSC_0492

DSC_0488
Ludzie wypisują swoje życzenia na liściach roślin rosnących w królewskich ogrodach.

Spędziliśmy tam dużo, za krótko. Tyle o ile była to godzina, a i tak nie widzieliśmy wszystkiego. Moim błędem było sprawdzenie na internecie co mnie ominęło…Trochę żałuję, że przeleciałem przez królewskie włości jak burza, ale naprawdę…Miałem dosyć pagód, ich bożków, demonów, stup, etc. Po prostu przesyt. Znam to uczucie z poprzedniej podróży po Chinach…

Jeśli dysponujecie kilkoma wolnymi godzinami polecam również zobaczyć pokaz tradycyjnych kmerskich tańców w Narodowym Muzeum w Phnom Penh (www.cambodianlivingarts.org), oraz posłuchać muzyki, którą bije serce Kambodży.

Cena to 15 zielonych, ale nie pożałujecie. Trip Advisor nie może się mylić 😉 Mnie ominęła ta przyjemność, aczkolwiek porwałem ulotki na pamiątkę ;P

taprum_231427853

Chyba deko mnie poniosło i za bardzo się rozpisałem. Jakieś sugestie, albo uwagi mile widziane. Dobrze by wiedzieć czy ktoś w ogóle czyta moje wypicny…Dla równowagi w kolejnym wpisie bardziej skupie się na fotkach. Trochę dodam tekstu, ale postaram się streścić. Kolejny przystanek Siem Reap i ruiny Angkoru.

PS Jeśli spodobał wam się ten tekst, to podajcie dalej!

Pzdr,

Bartek, 12.10.16, Londyn

Kambodża – róża na ciernistym krzewie. (18+)

Siema,

Asia tripu ciąg dalszy. Tym razem po gościnę zapukam do bram Królestwa Kambodży.

Ostatnim przystankiem w Wietnamie, była granica z tym jednym z najbiedniejszych państw Azji. Podjechaliśmy do betonowego budynku, gdzie oddaliśmy się kontroli paszportowej, bez wypełniania żadnych zbędnych deklaracji i dodatkowych opłat. Najzabawniejsze było stanie w kolejce po odbiór paszportu i próba wychwycenia swojego nazwiska wyczytywanego przez jednego z Kambodżan (chyba tak to się odmienia?). Z uwagi, że nie było im po drodze z językiem angielskim oraz, że polskie nazwiska są dość trudne w wymowie, do łatwych zadań to nie należało ;P Oczekiwanie na dokumenty umilały skwar i muchy ciągnące do lepiącego się od potu ciała. Całe chmary much.

Biurokracja za sobą. Przeżyliśmy. Czas na kolejny etap naszej podróży. Zdjęć co prawda na granicy robić nie można, ale mam za to jedno z pieczątką w paszporcie z autokaru ;P

13383735_10206349422631201_1871737236_o

Napiszę wam kilka słów o państwie, w którym spędzimy najbliższych kilka dni, żeby chociaż podnieść edukacyjną wartość tego bloga. Uwaga temat tej notatki nie należy do najprzyjemniejszych i wrażliwym odradzam dalaszego czytania. Postaram się uchylić wam rąbka  historii tego państwa, która została zbrukana krwią. Morzem krwi.

Dzieje Kambodży są strasznie zawiłe, więc próbując opisać historię tego państwa mógłbym na to poświęcić kilka(dziesiąt) stron. Prócz tego epatują w tragizm, pasmo wzlotów, totalne upadki, zbrodnie, krew i romantyzm, także wypada się na tym chwilę skupić, chociażby w stopniu minimalnym.  W związku z tym zaserwuję wam ekspresową wersję, skupiając się tylko na kilku faktach.

Kraj ten na etapie wieków przybierał różne nazwy.  Aż do XIV wieku terytorium obecnego Królestwa Kambodży stanowiło część potężnego imperium Khmerów, do którego to schyłku przyczynili się obywatele tamtejszej Tajlandii. Od 1986 r. Kambodża przechodzi w stopniowe łaski Francji, by ostatecznie stać się całkiem zależnym od niej tworem. Flirt z Francją skończył się w połowie XX wieku, oficjalnie ogłaszając swoją niepodległość i zaczynając kolejny etap historii, w którym na arenie pojawiają się Czerwoni Khmerzy. Dzięki proamerykańskiemu premierowi Lon Nol, który wprowadził stan wojenny, kraj został podzielony poprzez obozy zwolenników sojuszu ze Stanami Zjednacoznymi Ameryki, oraz Wietnamem. Uogólniając wykorzystując zamieszanie w kraju ex partyzantka początkowo sympatyzująca z USA – Czerwoni Khmerzy w 1975 roku proklamowała Demokratyczną Republikę Kambodży ze stolicą w mieście, w którym zamieszkaliśmy – Phnom Penh. Stworzyli oni totalnie odizolowane państwo, oparte na mordzie, terrorze i niezliczonych zbrodniach, którym to przewodził Saloth Sar zwany Pol Potem, lub Bratem Numer Jeden.

_44854395_780a37f8-0395-426b-bb55-66911a20366c aydinlikyoldergis_135920287776

Skracając temat do minimum wprowadzili oni tzw. politykę roku zero. Czytaj wszystko co było przed nimi „skreślono”, spalono banknoty, przemysł oparto na „chłopskiej gospodarce” i pozbawiono życia miliony wyimaginowanych wrogów państwowych. Mieszkańcy stolicy zostali wygnani ze swoich domów, które zniszczono i obrabowano. Ambasady ewakuowano. Pozbyto się zagranicznych reporterów. Phnom Penh zostało całkowicie wyludnione.

DSC_0388

DSC_0410

Jednym z kilkuset więzień, a raczej miejsc kazni khmerów była mieszcząca się w stolicy szkoła licealna, której przyporządkowano kryptonim S-21 (nazwa od security prison). Aktualnie na jej terenie znajduje się muzeum ludobójstwa  Tuol Sleng ukazujące potworne tortury i warunki w jakich przebywali przetrzymywanie przez Czerwonych Khmerów. Z tego co wiadomo w ciagu czterech lat ich rządów w murach więzienia znalazło się około 20 000 osób, z czego w jednym momencie przebywało w nim ich ponad 1000 Każda osoba przebywała tam kilka miesięcy. W tym czasie była poddawana torturom mającym na celu wymuszenie przyznania się do nawet najbardziej absurdalnych i oczywiście wyimaginowanych zbrodni.

DSC_0408

DSC_0401

Dowódcą całego kompleksu więziennego był Khang Khek Iew, zwany Bratem Duchem. Sadysta, nad sadystów aktualnie odbywający karę dożywotniego więzienia.

Pomimo okropnych wspomnień S-21 nadal przyciąga niczym magnes byłych więzniów. Można ich spotkać, sprzedających swoje pamiętniki i opowiadających o wydarzeniach, które ich spotkały w tym miejscu.

DSC_0387

Kolejną czerwoną plamą na mapie Kambodży, są tzw. Pola Śmierci. Zobaczyłem tylko jedno z ponad setki istniejących. Miejscowi z Phom Penh nazywają je tu zwane – Choeung Ek. Było to miejsce masowych egzekucji „wrogów” chorej ideologi żołnierzy Pol Pota. Teoretycznie zwykły obóz pracy, praktycznie obóz zagłady. Wstęp na teren Pól Śmierci kosztuje tylko 3 dolary. Biorąc pod uwagę to, że mieszkańcy Kambodży żyją za około 1 zielonego, człowiek aż z chęcią płaci za bilet wiedząc, że to ogromne pieniądze dla tych ludzi. Jednym z powodów biedy tego państwa jest słabe wykształcenie ludności i absolutny brak inteligencji…Praktycznie cała część tej warstwy społecznej została wybita przez Czerwonych Khmerów.

14454725_10201955114476108_872557900_n

DSC_0309

DSC_0291
Buddyjska „stupa pamięci” gdzie przetrzymywane są odnalezione czaszki ofiar.

DSC_0295 DSC_0296

Ze względu na biedę, a co za tym idzie oszczędność pocisków. Ludzie byli uśmiercani w najróżniejsze sposoby, np. uderzeniem łopaty/młotka w tył głowy, duszeni workiem foliowym, nadziewani na ostre bambusy, zasztyletowywani, lub pokrojeni siekrą. Śmierć była tylko wybawieniem od szeregu tortur, które ofiara przechodziła, np. odcinanie uszu maczetą lub rażenie prądem poprzez elektrody przystawiane do głowy. Po torturach zwykle przychodziła pora na wykopanie swojego grobu…Przywilej szybkiej śmierci „spełzł” na noworodki, którym czaszki rozłupywano na drzewach.

DSC_0311

W bezpośrednim sąsiedztwie, tuż „za płotem” nadal w totalnym ubóstwie żyją ludzie, których dzieci proszą turystów o wodę…

(Dla chcących zgłębić temat Pól Śmierci polecam film brytyjskiej produkcji pod tym samym tytułem. Trwa ponad dwie godziny, ale naprawdę warto poświęcić ten czas na uzupełnienie i poszerzenie swojej wiedzy o tych czasach. Do filmu ścieżkę dzwiękową skomponował Mike Oldfield, a w jedną z ról wciela się John Malkovich.)

Te przepełnione bólem miejsca, rok do roku przyciągają setki tysięcy, jak nie miliony turystów, którzy wieść o tym co działo się w Kambodży niosą w świat. Tylko dzięki znajomości historii możemy wystrzec się błedów przeszłości. Nie bądzmy ignorantami. Jak to mówił Józef Piłsudski: Kto nie szanuje i nie ceni swej przeszłości, nie jest godzien szacunku teraźniejszości ani prawa do przyszłości.

Reżim Czerwonych Khmerów skończył się po czterech latach, w roku 1979  Kambodże wyzwoliła wietnamska armia. Demokratyczna Republika Kambodży przestała oficjalnie istnieć. Sen ludobójców nie sprawdził się. Pol Pot i jego popleczicy schronili się w Tajlandii, którym na szczęście już nigdy nie było dane przywrócić danych porządków. Brat Numer Jeden jak gdyby nigdy nic reszty swoich dni dożył bez poczucia winy i prawomocnego sądu. Kostucha zastała go w Kambodży, w której to od 1997 roku został na niego nałożony areszt domowy. Saloth Sar zmarł śmiercią naturalną w 1998 roku.

Zgliszcza, pozostawione przez Khmerskich morderców do 1989 roku były znane jako Kampucza. Równolegle z Polską, w pewnym sensie ściągając z siebie jażmo przeszłości, wraz z nowym porządkiem i polityką – państwo to zyskało nazwę Kambodża.

W kolejnym wpisie skupie się na kilku rzeczach, które zwiedziliśmy i postaram się wyłuskać jakieś ciekawostki. Następna notka na pewno będzie bardziej pogodna, także zapraszam w niedalekiej przyszłości do zapoznania się z moim dalszym pobytem w stolicy Królestwa Kambodży – Phnom Penh 🙂

Pozdrawiam,

Bartek, 27.09.16, Londyn

Ho Chi Minh City, Wietnam cz. II

Siema,

Tak na boku wspominając zapomniałem podzielić się z wami czymś co mnie intryguje 😀 Poprawnie nazwę tego państwa pisze się Viet-Nam. Nie pojmuję czemu w Anglii i Polsce to Vietnam, lub Wietnam…No mniejsza, już się wyżaliłem. Czas przejść do konkretów…

Jak to rapował nijaki Małpa z Torunia: „wyjeżdżam by wrócić”, co w moim wypadku znaczy powrót do Sajgonu 😉 W telegraficznym skrócie, kolejny przystanek to Kambodża i z Can Tho nie było interesujących nas połączeń, oraz nie chcieliśmy zaprzepaścić naszej rezerwacji hotelu i zmieniać planów. Padł taki pomysł, ale nie na tyle blisko, żeby go rozważyć.

Hotel

13324207_10206349431711428_912967759_o

Także tego, orego – nowy hotel, nowe życie. Przyjechaliśmy z samego rana i mięliśmy do dyspozycji cały dzień. W recepcji ogarnęliśmy autokar, który zabierze nas do Kambodży kolejnego dnia, koło godziny 8

Przypominając sobie jeden wątek z ostatniego wpisu, trochę bardziej go rozszerzę, bo w sumie idealnie pasuję do wszystkich hoteli w jakich spałem w Wietnamie i Kambodży (ostatnio o tym nie pisałem, bo nie chciałem wrzucać zbyt dużo fot do jednego wpisu ;P ). Znaczy nie ma co tu się jakoś rozpisywać. Bardziej jako ciekawostkę wspomnę, że powinniście się pogodzić z nieproszonymi lokatorami. Nie uprzykrzają oni życia, mi tam się podobało takie egzotico – normą są gekono podobne jaszczurki. Te małe spidermany popylające po ścianach, wydają z siebie odgłosy na kształt gwizdów:

DSC_0069

Ben Than Market

Żeby jakoś sobie pożytecznie zapełnić dzień zaraz po zameldowaniu udaliśmy się na największy bazar w mieście „Ben Thanh Market”. Niestety, albo i stety moim zdaniem było to miejsce nastawione na zarobek na turystach i nie było tam czuć tego ducha czegoś innego, egzotycznego, magicznego, etc. Pogódzcie się z wszechobecnym zgiełkiem, tłumem i hałasem. Nie polecam dla osób z klaustrofobią. W końcu Sajgon 😉 Można tam błyo kupić wszystko. No prawie. Koszulki, magnesy, inne duperele, masa rękodzieła, pseudo firmowe ciuchy (przeogromna masa to podróbki), jedzenie i picie. Standardowo: uważajcie na swoje kieszenie, zaopatrzcie się w drobniaki i targujcie sie. Poczatkowa cena jest kilkukrotnie zawyzana. Jesli bedziecie wytrwale negocjować, a do tego będziecie cierpliwi zaoowocuje to kupnem za bezcen upragnionej pamiątki czy czegokolwiek innego.

Ve vao cong

Kolejne ciekawe miejsce warte odwiedzenia, do którego nie omieszkaliśmy wstąpić. Muzeum wojny wietnamskiej. Jakto w życiu bywa. Żeby wynieść wyważoną subiektywną opinię na jakiś temat, należy poznać pogląd na daną sprawę wszystkich stron konfliktu. W tym miejscu będziecie mieli okazję zapoznać się z wersją wydarzeń Wietnamu Północnego. Historię piszą zwycięzcy, ale czy została ona napisana poprawnie? Sami sobie na to odpowiedzcie. Nie będę wyjaśniał genezy tej wojny, zrobiłem to w swoim pierwszym poście z tej wyprawy, jak ktoś jest ciekawy to go odszuka. Bilet wstępu to koszt 15.000 dongów, w cenie, którego dostajemy także naklejkę, którą można przylepić dumnie na piersi. Swojej, lub jakiejś koleżanki. Wnętrze budynku liczy sobie z pięć pięter, a na każdym ekspozycja stała, sale kinowe i stoiska z pamiątkami. Może słowo pamiątkami zabrzmiało zbyt trywialnie…OK, przede wszystkim z książkami, zakładkami i plakatami propagandowymi z czasów wojny. Na jednym z pięter jest wystawa zdjęć, łącznie z oryginalnym negatywem słynnego zdjęcia Nicka Ut, który uchwycił nagą dziewczynkę uciekającą przed napalmem:

DSC_0016

Gdzie indziej możecie przyjżeć się broni, której używały obydwie strony konfliktu. Bazooki, miny, rakietnice, modzierze, karabiny, etc. Naprawdę jest tego całe zatrzęsienie.

DSC_0022

W innej galerii odwiedzający moga się zapoznać z jakimi skutkami spotkało się użycie broni chemicznej. Nie jeste to przyjemne. Oglądanie zdjęć zdeformowanych małych dzieci…Wrażliwym osobom nie polecam wstępu na to piętro.

DSC_0019 DSC_0020

Przed gmachem muzeum znajduje się plenerowa ekspozycja: jeepów, czołgów, myśliwców i innego sprzętu.

DSC_0001 DSC_0009

Wiecie naprawdę ciężko taką wizytę podumować w kilku słowach. Napiszę po prostu, że było warto, nie był to stracony czas i na pewno wzbogaciłem swoją wiedzę dzięki odwiedzeniu tego miejsca.

Wieczorem wyskoczyliśmy jeszcze na kilka drinków. Nic ciekawego do komentowania tu nie ma, więc przemilczę fakt. Alkohol smakował, towarzystwo doborowe, czegoż chcieć więcej od życia? Wznieśliśmy toast za udany pobyt w Wietnamie, joł! Kolejny przystanek – Kabodża. Wyruszamy nad ranem.

Do następnego i dziękuję za uwagę,

Pozdrawiam serdecznie i lecę obrabiać kolejną porcję zdjęć, żeby jakoś ubarwić posty z Kambo ;P

Bartek 12.09.16, Londyn

 

Can Tho, Wietnam cz. II

Siema,

Nazajutrz z samego rana ruszyliśmy nad rzekę Mekong (brzmi to strasznie poważnie, a tak naprawdę mieliśmy do niej kilkadziesiąt metrów ;P ). Wykupiliśmy po niej kilkugodzinny rejs, połączony z zakupami na pływającym markecie i kilkoma innymi atrakcjami. Przy nabrzeżu czekała już na nas mała łajba z o dziwo nie małym Azjatą nie rozmawiającym po angielsku.

13383768_10206344241341672_139551519_o

Obalając pewne mity…pływając po tej rzece odniosłem podobne wrażenie co po przeprawie przez Nil. Syf, kiła i mogiła, lub też smród, brud i ubóstwo jak kto woli. Nie widać już tej magii co kiedyś, wszędzie dookoła beton, cywilizacja i ślady ludzkiej obecności. Z Mekongiem, który wieje romantyzmem i znacie z filmów oraz folderów podróżniczych nie ma to nic wspólnego. Chociaż może po prostu byłem w bardziej zanieczyszczonej części tej rzeki? Chciałbym w to wierzyć…Gwoli ścisłości zdjęcia podkręciłem w LightRoomie i starałem się unikać w kadrze tego całego syfu.

DSC_0103

W każdym razie początkowy odcinek rejsu do przyjemnych doznań nie należał. Żeby nie było, że jestem strasznym malkontentem…po może pół godzinie dopłynęliśmy do „floating marketu”. Dziesiątki łódek dryfujących na wodzie służyły za halę targową. Spodziewałem się handlu rzemiosłem i pamiątkami dla turystów, a okazało się, że to takie pływające zieleniaki. Czytaj kwitła tam sprzedaż owoców, oraz warzyw. Chcący zrobić zakupy podpływali do sklepikarza z towarem, który ich interesował. Do tych bardziej nieśmiałych niczym piraci podczas abordażu łódeczki napędzane motorowymi silnikami podpływały same i dodatkowo proponowano zakup napoi chłodzących (na chcących zasmakować egzotyki czekała możliwość spijania soku kokosowego prosto z łupiny, uuuu!). Alkoholu nie zauważyłem wyprzedzając pytania ;P

DSC_0129

Opuszczając to targowisko udaliśmy się w boczną odnogę rzeki, która była nieco bardziej dzika. Może i użyłem tego słowa nad wyraz. Mniej skażona cywilizacją, tak brzmi lepiej 😉 Po chwili zacumowaliśmy tam i udaliśmy się do kilku chatek stojących przy brzegu. Nie wiedziałem gdzie idziemy, bo nasz „kapitan” nie rozmawiał w znanym mi języku, ale domyśliłem się tego z pomocą zmysłu wzroku 😀 Było to miejsce gdzie w chałupniczych warunkach produkowało się papier ryżowy (coś ala „Andruty Piotrusia” – ktoś to jeszcze pamięta?), w który zawija się sajgonki.

DSC_0152

No to się nazwiedzałem, że hoho! Nie napiszę nic ciekawego jak wygląda ta produkcja, bo niestety nikt nie jarzę wietnamskiego języka. Wróciliśmy do naszej limuzyny. Na pocieszenie dostaliśmy skromny poczęstunek i stożkowate kapelusze do klimatycznej sesji zdjęciowej i popłynęliśmy dalej, w głąb rzeki. Mijaliśmy m. in.: wypalarnię cegieł, dzikie owoce duriana i kolejne skromne osady.

DSC_0185
Koguty są trzymane w drucianych klatkach. Dla spostrzegawczych na załączonym obrazku również zawarty jest książkowy przykław słowiańskiego, tfu wietnamskiego przykucu 😉

DSC_0121 DSC_0219

Jak już wypłynęliśmy w bardziej cywilizowane rejony częstym elementem krajobrazu jawiła się swastyka. Nie będę teraz wypisywał historii tego symbolu, bo to temat na kilka lekcji historii, a nie na podróżniczego bloga. Streszczając temat jest to symbol oznaczający szczęście, występujący na całym świecie, który to przed II Wojną Światową przywłaszczyli Niemcy i naziści. Znak ten różnił się od wietnamskiego odpowiednika jedynie układem ramion.

DSC_0228

Wszystko co piękne, kiedyś się kończy. Po 3 godzinach intensywnych eksploracji delty mekongu (chyba załapaliście ironię?) udaliśmy się szybko wrzucić coś na ząb. Dodatkowe atrakcje gwarantowane. Po wcześniejszym pobycie w Azji nauczyłem się już nie zwracać uwagi na szkodniki biegające mi pod nogami. Na potrzeby bloga jednak o tym wspomnę. Liczcie się z tym, że podczas posiłku w knajpce pod gołym niebem szczur może wam przebiec po stopach. Podczas nocnego spaceru karaluchy będą stałym elementem chodnika, a jaszczurki wchodzące do kanałów tymbardziej nie powinny was dziwić 😉 Jednym słowem witam w Azji i naprawdę rozważcie szczepionkę na wściekliznę przed pobytem w tym miejscu. OK, żołądki pełne, zawijamy po plecaki, idziemy się wymeldować się i wracamy busem do innego hotelu Ho Chi Minh City. Na pierwszy rzut oka to dosyć dziwne posunięcie z naszej strony, ale wszystko jest pod kontrolą 😉

Pzdr. dzieciaki,

Bartek, 11.09.16, Londyn

 

Can Tho, Wietnam cz. I

Siema,

Kolejny dzień  postanowiliśmy spędzić w Can Tho (czyt. kan to). Do wizyty w tym jednym z największych miast delty Mekongu (miejscowi wymawiają mehong) przede wszystkim skusiła nas możliwość odwiedzenia jedynych z must see Wietnamu – pływającego bazaru (floating market) i fabryki papieru ryżowego.

Dojazd

Miasto znajduję się grubo ponad 100 km za Ho Chi Minh City, więc trochę musieliśmy pokombinować z dojazdem. Z hotelu podjechaliśmy busem na dworzec autobusowy (5 dolców) i stamtąd Krzysiek ogarnął bus do miejsca docelowego (koszt 100.000 dongów). Przed wejściem do busa trzeba zdjąć buty, a podczas postoju można wypożyczyć „japonki” z koszyka postawionego przed drzwiami wejściowymi. Jechaliśmy w „opcji sypialnej”. Przyjemną niespodzianką było to, że standardowy przejazd (z miejscami tylko siedzącymi) kosztuje takie same pieniądze. W środku 3 rzędy, 2 poziomy piętrowych łóżek. Wszystko spoko, ale rozłożyć to się tam nie dało (#podkurczonenogimodeon). Rozmiary są przystosowane to typowego małego azjatyckiego człowieczka. Zawsze trzeba szukać pozytywów. Przynajmniej miałem czas na pisanie notatek z podróży i czytanie książki ;P Każdy Janusz powinien być zadowolony z darmowej wody i chusteczek higienicznych 😀

13388843_10209447359645963_1297472487_o

Can Tho

13383393_10206337351009418_639261728_o

W hotelu na miejscu widok na Mekong, ceny przystępne, w pokoju lodówka z piwami – jest dobrze.  Wyskoczyliśmy coś zjeść na miasto i deko byliśmy w szoku jak robiono nas w konia w Sajgonie. Ceny kilkukrotnie niższe. Aż miło człowiekowi się wydawało pieniądze. Przy okazji gorących temperatur polecam spróbować mrożonej kawy, z której słynie to państwo. W recepcji zapoznajemy się z ofertami wyjazdów i znajdujemy to czego szukamy.  Skoczymy tam kolejnego dnia z rana, teraz wieczorem już jest za pózno…Zapoznalismy sie z chlopaczkiem mlodszym od nas o kilka lat, ktory oprowadzil nas po miejskim kulinarnym szlaku.

Wietnamska kuchnia

O tyle dobrze, że wyszliśmy wieczorem, więc wszystkie knajpy tętniły życiem. Jedną z dziesiątek ciekawych rzeczy, które robiłem było przyrządzanie sobie samemu „sajgonek”. W jednym z lokali dostaliśmy cały talerz składników i mięliśmy do siebie dopasować elementy układanki 😉 Kolega na szczęście pokazał nam co do czego i już mogłem się poszczycić zdobyczą kolejnych umiejętności 😀 Sztuka polegała na odpowiednim włożeniu w płatek ryżowy („sajgonki” nie są z ciasta): wołowiny, plasterków banana, jakiejś zieleniny i chyba kiełków. Całość zawijamy i maczamy w sosie sojowym. Niebo w gębie.

13396874_10206344303703231_250215827_o 13405299_10206344303503226_1187141455_o

W innym miejscu postanowiłem spróbować larwy jakiegoś tałałajstwa. Czort wie co to dokładnie było. Miałem pietra jak nie wiem, bo to ciągle żyło i wierciło się jak piskorz. Jednak moja natura jest taka, że wypada spróbować wszystkich lokalnych specjałów, więc nie mogłem odpuścić. Byłem blady jak ściana i od razu rozgryzłem robala i połknąłem. Smakował jak kurczak. Po fakcie dowiedziałem się, że powinienem wypluć jego głowę pokrytą chitynowym pancerzem ;P

13405163_10206337278527606_233275492_o

Aha. Pijąc do zdjęcia. Na stoliku mam pokal piwa z bryłą lodu. Dostałem piwo w butelce i pokal z lodem. Nie wiedziałem o co chodzi i wlałem piwo do tego pokala. Jak się okazuje intuicja mi dobrze podpowiedziała, właśnie w ten sposób się tam spożywa złocisty trunek. Jak to mówią lokalsi JOŁ ! czyli na zdrowie 😉 Są dwie wersje toastu, ale tej drugiej dłuższej nie pamiętam ;P Browar był chyba marki Tiger i a propos tego przypomniała mi się ciekawostka, że tygrysami są pieszczotliwie nazywane Wietnamki. Jak już przy nich jestem to zaskoczę was kolejnymi ciekawymi faktami, a mianowicie urodzenie dziecka przed ślubem jest nieakceptowalne i karygodne. Młodzi muszą się pilnować, ponieważ wspólne mieszkanie bez ślubu jest normalną praktyką 😉

Minęliśmy jakieś kumoszki co sprzedawały zupę z czarnych kurczaków. Doszedłem do wniosku, że to nic nowego. Zwykły czarny rosół i poszliśmy dalej.

Spytałem się naszego nowego kumpla gdzie mogę zjeść psa, albo kota. Dowiedziałem się, że jest z tym trochę zachodu. Mięso tych ssaków podawane jest tylko w coponiektórych restauracjach i jest dosyć drogie. Nie jest możliwe zamówienie tylko np. nóżki, od razu trzeba brać całość. Z daleka, po intensywnym zapachu wiadomo już, że ktoś gotuje te zwierzęta. Niestety w pobliżu nie było miejsc gdzie mógłbym to zjeść, więc odpuściliśmy.

Zatrzymaliśmy się na tzw. smoothies, czyli coś ala zblendowane owoce z lodem. Wszystko było przyżądzane na naszych oczach. Z egzotycznych owoców można było wybrać m. in. dragon fruit, liczi oraz longany. Grzechem by było przejść obok tego obojętnie, a szczególnie ze względu na ostatni wymieniony, o którym nigdy nie słyszałem oO  Ciężko to opisać, bo nie jest to do niczego podobne. Powiedzmy, że było słodkie i smaczne.

Obok „budy” z napojami nieomieszkaliśmy wstąpić do jednej z wielu buddyjskich świątyń. W centrum stało drzewo, z którego zwisały wstążki przeznaczone do wypisywania swoich życzeń. Aby postawić kropkę nad „i” trzeba zapalić kadzidełko i pomodlić się do jednego z bożków. Nie ważne czy ma to sens. Ważne, że człowiek się z tym czuje lepiej. W pewnym sensie chyba o to chodzi w religii…W Wietnamie wiara spływa na każdego jednocześnie. Mam na myśli, że mnichami mają prawo być również kobiety.

Idealnym zwieńczeniem naszego spaceru byłby zimny napój wyskokowy. Najpopularniejsze w tym zakątku są wina ryżowe, które kosztuję około 2 dolarów. Niestety sklepy są tu czynne od 8 do 20 i nigdzie nie mogliśmy już tego dostać. No nic pozostało, więc opróżnić hotelową lodówkę i przyszykować się do kolejnego wyjazdu  😉

13405475_10206344278462600_1777023733_o

PS

Kolejny dzień nadal spędzimy w tym mieście, tak więc pomęczę was jeszcze historiami i ciekawostkami z Can Tho. Ciao bailadno!

Pzdr.

Bartek, 10.09.16, Londyn