Ho Chi Minh, Wietnam cz. I

Siema,

Jak już wcześniej wspomniałem. Gonił nas czas i chcąc nie chcąc, byliśmy ZMUSZENI iść na łatwiznę i skorzystać z wyjazdu oferowanego przez kompanię współpracującą z naszym hotelem. Nie nawidzę tak robić, no ale cóż. Czasem trzeba zagryzć zęby i iść z wiatrem…Z całej gamy ciekawych miejsc w Wietnamie, wybraliśmy jedno, a mianowicie tunele Dia Dao w dzielnicy Củ Chi. Koszta przedstawiały się tak, że za zorganizowany transport busem zapłaciliśmy 150.000 i dodatkowo 110.000 za wstęp na teren gdzie znajdują się tunele. Daleko nie jechaliśmy. Nie opuściliśmy granic miasta, a odległościowo powiedzmy była to 2 krotna droga z Gdyni do Gdańska. Naszymi współtowarzyszami podrózy byli w więkoszości Jankesi, których znakiem firmowym było o to, że wszędzie było ich pełno, byli strasznie głośni i charakterystyczne wstawki co dziesięć sekund, typu „oh my God”, „what the f***?”, etc., połączone z dość specyficznym akcentowaniem i wypowiadane wręcz z pasją 😉

Tunele Củ Chi

Jak nazwa wskazuje jest to cały system podziemnych przejść. Wykorzystywane były przez partyzanckie oddziały tzw. „Wietkongu” w celu przeprowadzenia ataku z zaskoczenia na mieszkańców Sajgonu, który „wspierali” Jankesi.  Wszystko miało miejsce podczas „wojny wietnamskiej” w 1968 r. Atak się udał, a tunele pozostały i stały się jedną z głównych atrakcji turystycznych Ho Chi Minh City.

DSC_0054

Pierwotnie cały teren tych „bunkrów” znajdował się w dżungli, z której aktualnie pozostały tylko gęste bambusy i ogłuszające dzwięki owadów. Koleś, który nas oprowadzał po tym miejscu nawet wspomniał, że jedyne tygrysy jakie tam możemy aktualnie spotkać to puszki po znanym wietnamskim piwie Tiger 😉

Na miejscu można przejść się jednym tunelem (specjalnie poszerzany dla rozmiarów turystów), który ocalał z mrowia korytarzy.

DSC_0074

Z kilkuset kilometrów korytarzy, do dzisiejszych czasów ostała się niespełna setka. W pierwotnych rozmiarach przejścia były tak niskie, że Wietnamczycy do perfekcji opanowali swoją wersję słowiańskiego przykucu i w taki sposób spędzali cały czas. Spróbujcie tylko wykonać przysiad na jednej nodze, z drugą wyprostowaną – dla nich to bletka. Nie mieści się w pale jak mają rozwinięte mięśnie nóg. Nie polecam wejścia tam, osobom z klaustrofobią. Na własne życzenie można poczuć się jak „ryba w wodzie”, a raczej żołnierz „Wietkongu” w swoim „domu” pod koniec lat 60tych. No prawie.

DSC_0043DSC_0045

Nie przypadkowo użyłem tego określenia. Jeden z partyzantów najdłużej spędził w nim około 2 lata. Jak mógł funkcjonować w takich warunkach? Jakimś cudem pośród tej ciasnoty budowano kuchnie, miejsca do leżenia i zapewniano podstawowe warunki egzystencji. Przykładowe pożywienie brało się stąd, że Hamerykanie chcąc ich wykurzyć wpuszczali do środka różne: skorpiony, węże, itp. Azjaci to jedli i śmiali się w oczy swoim darczyńcom. Kolejnym sposobem na wyciągnięcie „Wietkongu” z podziemia było zalewanie tuneli wodą. Wietnamczycy się wycwanili i wykopali kilku poziomowe schrony, których niektóre części były połączone z płynącą obok rzeką Sajgon. Nadmiar wody spływał do niej. Inne sposoby? Chociażby wykurzanie dymem. Wszędzie na powierzchni widoczne są dziury w ziemi. Oczywiście służyły za wentylację, przez którą również oddychało się za pomocą bambusowych rurek.

DSC_0055

Z racji małej dostępności środków ułatwiających życie. Partyzancie musięli radzić sobie sami. Buty, a raczej klapki robili z fragmentów opon. Do budowy min, wykorzystywali niewypały, oraz części pozostawione przez wojska sprzymierzeńców USA.

Na szlaku zwiedzania były też sprezentowane pułapki, które znajdowały się w okolicy tuneli. Zwykły widok i zapoznanie się z działaniem tych mechanizmów to nie był nic przyjemnego, także z całego serca współczuję armii Północnego Wietnamu. Doły z zapadniami i kolcami na dnie to tylko jeden z dziesiątków chorych pomysłów…Wisienką na torcie były ostrza na drzwiach raniące nieproszonych gości wkraczających do ciżby azjatów.

DSC_0031

Dla czujących klimat wojny, w pobliżu była strzelnica i możliwość strzału z AK-47, bazooki i nie pamiętam czego jeszcze, ale arsenał był całkiem potężny 😉 Jedynie ceny nawet jak na Wietnam nieco wygórowane, więc odpuściłem.

DSC_0057

Powrót umilił busem umilił nam film dokumentalny o tunelach Cu Chi, który notorycznie się zacinał. Dosyć szybko się ściemniło. Trzeba przywyknąć do tego, że na tej szerokości goeograficznej dzień i noc mają równe 12 godzin, więc wschód jest wcześnie, ale zachód niestety też. Po wysiadce skoczyliśmy jeszcze wrzucić coś na ząb na „night market”. Oczywiście zatrzęsienie owoców morza i różnych wariacji na temat „sajgonek”. Mam się czym poszczycić, bo jadłem „sajgonki” w Sajgonie 😀 Do tego sam je robiłem, o! Oprócz tego jeden z najsłynniejszych wietnamskich przysmaków czyli specyficzne naleśniki (nie mam ich zdjęć, sprawdzcie na necie). Do jedzenia jeszcze wrócę przy okazji kolejnych wpisów…

Pozdrawiam czule wszystkich Polaków,

Pis, joł !

Bartek, 08.09.16, Londyn

Ho Chi Minh City, Wietnam – początek lipca 2016

Siema,

Geneza nazwy miasta i historia.

Kontynuując poprzedni wątek, wylądowaliśmy w Ho Chi Minh City w Wietnamie. Dlaczego podaję jakąś nazwę „ę, ą”, a nie piszę jak prosty człowiek Sajgon? Spieszę z wyjaśnieniami. Nazwę miasta zmieniono po połączeniu jego południowej (sprzymierzeńcy USA) i północnej (komuniści) części w jeden twór znany jako Socjalistyczna Republika Wietnamu, a działo się to w 1976 roku…Kilka lat wcześniej tzw. odziały „Wietkongu” rozgromiły siły USA co umożliwiło podjęcie kroków ku ujednoliceniu terytoriów tego państwa i ich scaleniu. Oczywiście jak to w życiu, źródło każdego sporu tkwi w kobietach, albo pieniądzach. W tym przypadku może i były one tłem, aczkolwiek był tu spór natury czysto politycznej. Mówiąc naprawdę krótko Jankesi nie chcieli pozwolić na rozszerzenie się komunizmu na coraz szersze połaci terytorialne i dlatego zaatakowali jego północną część. Mało w historii było momentów, że sromotnie przegrali jakąś wojnę. Ten właśnie taki był. Demokratyczną Republiką Wietnamu (część północna) proklamował Ho Chi Minh, którego ogromny wkład przyczynił się do zjednoczenia tego państwa w drugiej połowie lat siedemdziesiątych. Dzięki swoim zasługom, nazwę miasta zmieniono z Sajgon na jego imię i nazwisko. Pozostałością po dawnej nazwie miasta jest jedna z jego dzielnic, która nazywa się…uuuu…niespodzianka! Sajgon. Napomknę jeszcze, że zwykły szary Wietnamczyk nie używa nazwy Ho Chi Minh City, która najzwyczajniej w świecie jest trochę przydługa i górę bierze przyzwyczajenie.

13389019_10206337279807638_813698607_o

Na każdym kroku widoczne są czerwone gwiazdy, kolor czerwony, podobizny tego dziadka oraz jego pomniki. Nawet przystanki były obklejone propagandowymi plakatami. Komuch i lewak ze mnie żaden, ale nie powiem żebym czuł się źle w tym państwie, lub też osaczony przez wrogie siły ;P

Skutery

Mam nadzieję, że nikt się nie pogubił i to co napisałem było wystarczająco klarowne. Lecimy dalej. Spod lotnika do hotelu zabrał nas autobus, który żeby było weselej nie wiedzieliśmy gdzie dokładnie jedzie, ale dzięki Bogu dojechaliśmy na miejsce. Patrząc przez szybę ukazał mi się podobny obraz jak po wetknięcie kijka w mrowisko (tak robiłem to za młodu i wiem co piszę ;P). Chaos. Istny Sajgon 😉 Cała chmara małych skośnookich ludzików, wylewających się w każdym kierunku z jezdni. Większość na skuterach, które są najpopularniejszym, najszybszym i najtańszym środkiem transportu w Azji. Patrząc na nich wydawało mi się, że znalazłem się w innym świecie. Zupełne przeciwieństwo europejskiej polityka opiekuńczego państwa. Wystarczy wspomnieć, że jeździli w klapach, a niektóre kobiety w sukienkach i szpilkach. Jeśli komuś się nie chcę wracać do domu na kolację, albo sen (#dzieciństwo1995) to ucina sobie sjestę na skuterze. To norma widzieć kogoś śpiącego na swoim demonie prędkości. One advice – jeśli chcecie przejść przez ulicę, nie zatrzymujcie się nigdzie. Idzcie przed siebie i wciskajcie w luki między samochodami. Kierowcy często-gęsto olewają światła, ale przechodnia traktują jak świętą krowę. Każdy wypadek z jego udziałem będzie rozstrzygany na nie korzyść kierowców. Jak nie będziecie się czuć wystarczająco pewnie przechodząc przez drogę, po prostu przyłączcie się do jakiegoś wietnamczyka idącego w tą samą stronę.

13396925_10206331516063548_1818583882_o

Waluta

W Wietnamie każdy jest milionerem, a nawet miliarderem. Mam na myśli to, że panuje tam podobna sytuacja jak w Polsce przed denominacją z 1995 roku. Walutą są tzw. dongi, a realne ceny produktów zaczynają się od kilkudziesięciu tysięcy. Nominały zaczynają się od 100 dongów, a największy to pół miliona. Większość zdobi twarz Ho Chi Minha i godło państwa. Korzysta się praktycznie tylko z bankotów. Monety występują mega rzadko, a reszta zwykle jest zaokrąglana. W obrocie również są dolary, które są popularnym środkiem płatniczym w całej Azji. Problemem może być posługiwanie się nimi jedynie na wsiach, o których Bóg zapomniał.

14281587_10201882424858913_998244226_n

Podam wam przykłady cen, które zapamiętałem. Dużo tego nie ma, ale zawsze coś i mam nadzieję, że pomoże to wam przybliżyć ceny reszty produktów.

  • Woda w autobusie, który zabrał nas do hotelu – 10.000 dongów,
  • Coca-cola – 20.000 dongów,
  • Piwo BA Saigon (polecam, mój ulubiony browar wietnamski!) w sklepie – 21.000 dongów,
  • Piwo w kanjpce – 50.000 dongów,
  • Drink w turystycznej knajpie – 90.000 dongów,
  • Jedzenie noodlo-podobne – 70.000 dongów,
  • Pamiątkowy kieliszek (must have dla mnie) – 180.000 dongów,
  • Pamiątkowy t-shirt – 53.000 dongów;

Co do dwóch ostatnich punktów….Ostatecznie za kieliszek zapłaciłem 80.000 ale to i tak nie targowałem się na zabój. Na bazary wezcie z soba mniejsze nominaly. Jak bedziecie placic zielonymi cena jest często zawyżana, a reszta zaokrąglana na waszą niekorzyść. Najzywczajenij w świecie nie koniecznie zawsze jakaś babulinka sprzedająca słodyczę, czy jakieś inne pierdoły ma jak wam wydać…Jak pisałem to wcześniej odnośnie Chin i Tajlandii – TARGOWAĆ SIĘ !

Attenzione!

Uważajcie, bo łatwo pomylić dongi, które są w tym samym kolorze. Wtedy miliony będą wam przeciekały przez palcę.

Hotel

W Wietnamie planowaliśmy spędzić 4 dni. Pierwszy hotel wynajęliśmy na 2 noce za zatrważającąm kwotę 8 dolarów. Nie rządano depozytu, ale poproszono nas o zostawienie paszportów. Nie ma mowy. Nigdy nie rozstajcie się z tym najważniejszym dokumentem. My wymyśleliśmy jakąś bajkę, że nie możemy go zostawić. Wobec czego zgodzono się na pozostawienie przez nas finansowego depozytu w wysokości 30 dolarów. Uważajcie na często naliczane dodatkowe opłaty za skorzystanie z ręczników, szczoteczek do zębów, mydełek i innych pierdółek. Za wszystko kasują dodatkowe hajsy. W sumie kasa jest i tak strasznie mała, więc hulaj dusza, piekła nie ma 😉 Z językiem angielskim generalnie problemów nie było. Uważajcie tylko na naciągane hotelowe oferty wycieczek gdziekolwiek. Z tytułu, że gonił nas czas skorzystaliśmy z jednej, aczkolwiek w innym przypadku polecam ogarnąc temat na własną rękę. Jedno co w tym dobre to jeżeli nie macie żadnych konkretnych planów i nie wiecie jakie są największe atrakcje miejsca, w którym się znajdujecie przejżyjcie broszury, które są w recepcjach. Na pewno poszerzy to waszą znajomość lokalnych must see i rozwieje wątpliwości co robić z wolnym czasem.

13389087_10206328279062625_934333803_o

Dalsza część wpisów dotyczących Wietnamu na dniach…Stay tuned…Opiszę kilka miejsc, które odwiedziliśmy, trochę ciekawostek, coś o szamie, religii, kobietach, itp., itd.

Aloha dzieciaki,

Pozdrawiam i dzięki, że jesteście,

Bartek, Londyn, 07.09.2016 r.

 

 

Ponownie Azja ;) Dubaj

Siema,

Najwyższy czas wrócić do „pióra” i szrajbnąć jakiś ciekawszy wpis, a nie tylko same zdjęcia okraszone kilkoma akapitami tekstu ;P Do czego piję? Do opisania kolejnej dłuższej, dalszej i bardziej egzotycznej wyprawy niż eksploracja Wysp Brytyjskich. Około trzy tygodnie po moim powrocie z Chin i Tajlandii, wyleciałem z przyjacielem i jego dziewczyną ponownie do Azji. Była to 15 dniowa podróż po Wietnamie, z którego odwiedziliśmy Kambodżę, by na samym końcu wpaść ponownie do Tajlandii. Po co ponownie Tajlandia? OK są dwa powody:

  • zwiedzanie, a nie tylko leżenie plackiem na plaży w Phuket jak poprzednio 😉
  • chciałem odwiedzić żonę i dziecko,
  • dobra żartowałem z tą rodziną, chodziło o to, że jak ktoś chce mieć czyste sumienie, to często przy tym go boli portfel. Długa historia. Anyway, raczej tego nie żałuję;

13382080_10201553013463834_1046777950_n

Tyle słowem wstępu. Zaczynamy jazdę. Do Wietnamu polecieliśmy z Londynu, przesiadając się w Dubaju. Skorzystaliśmy z usług chyba najekskluzywniejszych linii lotniczych – „Air Emirates”, które bezpiecznie i mega komfortowo dostarczyły nas do celu jakim był Wietnam. Na pokładzie cała gama najnowszych filmów, oraz klasyki (vide „Casablanca”). W zagłówek fotela wmontowane coś ala Playstation Portable, pozwalające na grę w mniej skomplikowane tytuły. W tzw. międzyczasie można podładować telefon i skorzystać z darmowego wi-fi. W sumie skorzystać to pojęcie względne, bo mi ta sztuka się nie udała. Posiłki podczas lotu zadowalające nawet największego Janusza i Bożenę, a nawet gdyby byli nie wystarczająco w humorze stewardessy zadbają o to, żeby ich posiłek był zakrapiany satysfakcjonującą dawką alkoholu. Apropos nich. Mają dosyć oryginalny strój, a w szczególności nakrycia głowy. Częstym widokiem był pasażer robiący sobie zdjęcie z tym paniami.

Emirates

Dubaj

Mięliśmy tylko jedną przesiadkę w jednym z arabskich emiratów – Dubaju, a nim niespełna dwie godziny na transfer. Niespełna?! Tia lotnisko jest dosyć duże i ciężko zrobić coś bardziej konstruktywnego niż wypicie kawy, pójście do toalety, etc., a o zwiedzaniu czegokolwiek poza lotniskiem nie ma nawet co mówić. Muszę się pochwalić, że przynajmniej przez szyby udało mi się zobaczyć najwyższy wieżowiec świata – Burj Chalifa 😉 W miejscu gdzie wylądowaliśmy obowiązywały dolary i ichniejsza waluta – dirhamy (AED). Jedna z monet miała rysunek lampy Alladyna, tak więc mennica wyranie się przyłożyła do oddania 100 % panującego klimatu 😀 Nie miałem czasu wymieniać pieniędzy, a z tytułu, że chciałem ocalić każdego dolca, byłem skazany na ten środek płatności. Dobre słowo wujka dobra rada – kompletnie się to nie opłaca. Głupia kawa kosztowała tyle co kilka kaw…Na terminalu lotniczym o dziwo nie widziałem bankomatów wydających sztabki złota czy pozłacanych toalet, widziałem za to duże zegary marki Rolex i pełno szejków.

13393546_10201553013943846_1998466033_n

Do kolejnego samolotu zabrał nas shuttle bus. Wydawać by się mogło, że powinno odbyć się to szybko i płynnie, Otóż nie. Na płycie dubajskiego lotniska panuje tak duży ruch, że staliśmy w korkach, które popychała do przodu jedynie sygnalizacja świetlna ustawiona specjalnie na miejscu oO

Jeszcze tylko wysłuchaliśmy po raz n-ty wskazówek dotyczących naszego lotu udzielonych przez stękającą stewardessę, które brzmiały jakby szczytowała (niesty nie nagralem filmiku, ale naprawde tak to bylo komiczne) i jazda do Wietnamu. Podczas około 4 godzinnego (w sumie 8h) lotu wypełniliśmy deklarację zdrowia i oczekiwaliśmy na nową przygodę…Dolecieliśmy na lotnisko w Ho Chi Minh City (dawny Sajgon), na którym wykupiliśmy wizę za 20 zielonych (polecam wyposażyć się w tą walutę w celu natychmiastowego nabycia wizy, bo tylko dolce są tam akceptowane) i udaliśmy się na busa, którym powinniśmy trafić do hotelu, ale to opowieść na kolejny wpis..

Lecę spać nieboraki,

Karaluchy pod poduchy, dobranoc!

Bartek, Londyn 05.09.16 r.

Wyjazd do Wietnamu, Kambodży i Tajlandii (04.06-21.06)

Krótko, treściwie i bez zbędnego fizolofania. Lecę do Wietnamu, Kambodży i Tajlandii na 15 dni. Po powrocie jak przerobię poprzedni wyjazd, wjeżdżam z relacją z tej podróży. Mam nadzieję, że przeżyję i nie padnie mi wątroba 😉 Czołem dzieciaki!

Pzdr,

Bartek, 04.06.16