Powrót: Pokara – Katmandu (3 dni) – Londyn

Dzień 19 - 29.03.19
Pokara - Katmandu

Droga Pokara – Katmandu

Koło godziny 7 opuściliśmy hotel i bez problemu znaleźliśmy wolną taksówkę, którą przy pomocy wskazówek kierowcy udaliśmy się na dworzec mikrobusów. Za przejazd zapłaciliśmy 500 rupii. Mogliśmy oczywiście wynegocjować dużo niższą cenę, ale z samego rana nie mieliśmy ochoty na słowne przepychanki.

Pojedynczy bilet na transport wcześniej wspomnianym wehikułem do Katmandu kosztował 1050 NPR. Wyjechaliśmy w okolicach 8 rano, a podróż przy dobrych wiatrach miała trwać pięć godzin. W praktyce trwało to dużo dłużej (stan dróg, pogoda, etc.) 😉 Koło 15 dojechaliśmy do Katmandu.

Oczywiście nie byłbym sobą nie zapoznając się z pasażerami 🙂

Katmandu

Na miejsce dowiozła nas taksówka, której znalezienie nie było problemem. Zaraz po otwarciu drzwi mikrobusa taryfiarze dosłownie otoczyli nas z każdej możliwej strony. Jeden z nich, do którego szczęście się uśmiechnęło dowiózł nas do wcześniej wybranego hostelu.

Podczas jazdy dysponując mrowiem wolnego czasu zlokalizowałem jeden z tańszych hosteli w dzielnicy Thamel (kupicie tam wszystko i nic. najbardziej turystyczny obszar miasta). Wybrałem „Fireflies Hostel”, który szczerze polecam. W śmiesznie niskiej cenie zarezerwowałem miejsce w kilkuosobowym dormie. 

Pod dachem była świetlica, stołówka i odkryty taras na najwyższym piętrze. W dodatku na stanowisku czuwał kaowiec, który organizował wspólne integracyjne aktywności dla podróżnych. Podsumowując mekka hippisów utrzymana w oparach marihuany i chmielu gdzie wypoczywałem na hamaku, dziewczyna obok trenowała jogę, a obok siedziała grupka dzieciaków śpiewając i grając na gitarze.

Nocleg w dormie to najlepsza okazja by poznać ciekawych ludzi z całego świata. Na zdjęciu Thom z Holandii.

Thamel

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Uliczki Thamel.

Rozwijając wcześniejszą myśl. Nie przepadam za iście turystycznymi, gwarnymi miejscami i tłumami białasów z aparatami. Właśnie zakotwiczyliśmy się w epicentrum tego środowiska… Ups coś tu nie gra, ale paradoksalnie na tym etapie podróży tego szukałem 😉 Świadomie wybrałem Thamel, gdyż najbliższe dni zamierzaliśmy poświęcić tylko na relaks, odpoczynek, zaopatrzenie się w pamiątki i rozbieranie na czynniki pierwsze słowa hedonizm. Summa summarum nie trudno tu o realizację wyznaczonych przeze mnie celów. Dodatkowo za tym miejscem przeważały liczne sklepy, restauracje, puby, stragany i bliska odległość do wielu największych atrakcji, które chcieliśmy zwiedzić. Wisienką na torcie były tłumy podróżników z całego świata. Nie kryli się nawet z paleniem jointów robiąc to prosto na ulicy. Raj. Teoretycznie z mojego opisu wynika, że miejsce to wygląda niczym Krupówki w Zakopanem. Brakuje tam tylko obwarzanków i kapiszonów. Otóż nie. Thamel usiany jest wąskimi, gęstymi, klimatycznymi uliczkami gdzie obok sklepów na modłę zachodu funkcjonują małe kramiki i siedzą babuleńki handlujące warzywami, owocami czy innymi lokalnymi specjałami. Wszystko to doprawione jest feerią barw i przeważającym starym budownictwem (jest to jeden ze starszych obszarów miasta).

Tradycyjne tzw. "nepalskie okna".
(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Totalny miszmasz architektoniczny nadaję wyjątkowego wydźwięku temu miejscu. Na zdjęciu widzicie sklep z pamiątkami urządzony w jakiejś starej budowli. Powtarzam nade wszystko - targujcie się, bo szybko zostaniecie naciągnięci!

Dzień 20 - 30.03.19
Zwiedzanie Katmandu

Cały dzień przeznaczyliśmy na swobodną eksplorację miasta. Na mapie zaznaczyliśmy kilka miejsc w granicach Katmandu, które chcieliśmy zobaczyć. Wszędzie docieraliśmy spacerem, także bez zbędnego pośpiechu mieliśmy dużo czasu na chłonięcie klimatu nepalskiego miasta i obserwację jego mieszkańców.

Poprzedniego dnia pobieżnie zwiedziliśmy Thamel, aczkolwiek z tego tytułu, że i tak nasz pierwszy cel znajdował się rzut kamieniem od aktualnej lokalizacji ponownie zanurzyliśmy się w zakamarkach tego miejsca. Podziwiając okoliczne sakralne budowle i błądząc po podwórkach kamieniczek (polecam deko odbić od głównej ulicy!) odwiedziliśmy pracownię, gdzie powstają tanki. Są to małych rozmiarów płótna przyozdobione ręcznie wykonanymi malunkami przedstawiającymi religijne motywy, lub wariacje na temat mandali. Oryginalne nepalskie małe dzieło sztuki. Polecam zakup 🙂

Hanuman-Dhoka Durbar Square (czynne 9-16, wstęp 1000 NPR (plac + muzeum) / ważny cały dzień)

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Brama wejściowa, nad którą dumnie czuwa Śiwa.

Minąwszy arterie Thamelu w około kwadrans doszliśmy na Durbar Square. Plac ten jest uważany za najbardziej ważne centrum kultury w okolicach doliny Katmandu. Składają się na niego wybudowane pomiędzy XII, a XVIII wiekiem hinduskie i buddyjskie świątynie. Do XX wieku mieściła się tam również rezydencja króla Nepalu, która aktualnie została przekształcona w muzeum. W sumie na kilkukilometrowym terenie znajdują się 43 obiekty, więc ciężko się nudzić, ale też łatwo coś ominąć. W lokalizacji wszystkich interesujących miejsc pomogą wam informacje z ulotki wręczanej przy zakupie biletu. Obiekt ten od 1997 roku uważany jest za część Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jednym słowem nie wypadało ominąć tego miejsca.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Co rusz widać destrukcyjne skutki trzęsienia ziemi, które nawiedziło Nepal w 2015 roku.
Złota maska demona zwanego Seto Bhairab.
Rzeźba Kal Bhairav reprezentującej destruktywną manifestację Śiwy. Swego czasu w tym punkcie odbywały się przysięgi na prawdomówność.

Poczta

Bezdomne psy wylegujące się przed budynkiem poczty. Omijane i nie zaczepiane nie wykazywały żadnych przejawów agresji.

Durbar Square schodziliśmy wzdłuż i wszerz. Ruszyliśmy dalej. Tym razem udaliśmy się w poszukiwania poczty. W Lukli i Pokarze nie wyszło wysłanie widokówek, to aż głupio by było tego nie zrobić w stolicy Nepalu ;P Standardowo nie wiedzieliśmy gdzie mieści się jej gmach, więc kierowaliśmy się wskazówkami miejscowych i Google Maps. Radzili oni, aby pytać się o Sundarę (nazwa tamtejszej poczty). Daleko nie musieliśmy szukać. Warto wiedzieć, że cena znaczków na zwykłą kartkę do Europy to 35 rupii.

Skrzynki pocztowe.

Potem trochę pokluczyliśmy po okolicy bez większego planu. Wspomnę tu jako ciekawostkę o proszku , który zaobserwowałem w większości sklepów prawie na każdym kroku. Było to tzw. surti, czyli nepalski tytoń do żucia. Strasznie popularna używka w tamtych stronach. Saszetka kosztowała 10 NPR. Pobudza on ślinianki i barwi ślinę na różne kolory. Smakowało to jak proszek do prania połączony z mydłem…Nie poczułem tego magii.

Źródło: https://thehimalayantimes.com/nepal/licence-must-tobacco-products-mid-march/

                                             Cmentarz Karbir Masan

Po drodze zajrzeliśmy do jednej z knajpek na ciepłą strawę i pomyśleć co by tu kolejnego zobaczyć. W internecie wyczytaliśmy o pobliskim cmentarzu, więc z ciekawości tam się udaliśmy. Droga nań prowadziła wzdłuż rzeki, od której piękna aż trudno było oderwać wzrok… U jej prawego brzegu znajdował się cmentarz Karbir Masan.

Święta rzeka wyznawców hinduizmu i buddyzmu - Bishnumati.
Widok na teren cmentarza.
Miejsce palenia zwłok.

Świątynia Swayambhunath 

 Kolejnym celem była jedno z najbardziej znanych miejsc buddyjskich pielgrzymek w Katmandu. Najwyższy czas udowodnić, że biali chrześcijanie z Polski nie są gorsi 😀 Ruszyliśmy jej śladem. Miejscem, którego nie mogliśmy pominąć była najbardziej okazała i zarazem najwyżej położona stupa w mieście. Jest ona częścią kompleksu świątynnego zwanego ze względu na jej licznych mieszkańców – Świątynią Małp. Wyjątkowo nie dzieliła nas od niej bliska odległość, a co rusz mijające nas taryfy (najpopularniejsza marka to Suzuki Marutti) kusiły. Górę wzięła jednak potężna siła woli i zwyciężył spacerek w tym ukropie (a było gorąco jak na patelni).

Po drodze odwiedziliśmy kilka sklepów co by tu się odpowiednio nawodnić i najeść. Miałem okazję zaobserwować kilka rzeczy, których nie widziałem w sklepach Starego Kontynentu. Jako ciekawostka wspomnę o hinduskiej paście do zębów "Red". Od reszty odróżnia ją czarny kolor i smak cynamonu. Produkt całkowicie niedostępny w Europie.

Jak już wspomniałem,  Świątynia Swayambhunath mieści się dosyć wysoko, więc czekało nas do pokonania całe 365 schodów! Co najmniej w połowie drogi pobierano 200 NPR za wstęp na jej teren.Pamiętajcie, że stupa jest tylko częścią tego świętego miejsca… Prócz licznych sakralnych budowli czeka na was również wspaniały punkt widokowy.

PS Jak już jestem przy buddyjskich świątyniach, nie mogę pominąć jednej z teorii odnośnie życiorysu Jezusa Chrystusa. Opierając się na oficjalnych źródłach przekazu uznawanych przez religię katolicką istnieją jedynie lakoniczne wspomnienia odnośnie kilku momentów z życia tego młodego cieśli z Betlejem, który był (jest) bezsprzecznie jedną z najbardziej wpływowych postaci w dziejach ludzkości. Otóż wg nijakiego Nikołaja Notowicza (rosyjski podróżnik, odbywający wizytę w Himalajach) znalazł on wzmianki o jego podróży po Himalajach i pobycie w tybetańskim klasztorze. Odkrył on w starożytnych zwojach wzmianki o proroku Issie, którym to prawdopodobnie był Chrystus. To tak w skrócie, ale jeśli chcecie się zagłębić w tę arcyciekawą historię zapraszam W TO MIEJSCE.

.

Całe zoo. Małpy, wróble, pies i ludzie.
(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek)

Dzień 21-22 - 31.03.19-01.04.19
Powrót do Londynu

Mogło by się wydawać, że powinienem pominąć opis czasu przeznaczonego na drogę powrotną. Co prawda większość nie jest warta uwagi, aczkolwiek wg mnie dobrze wspomnieć co nieco o kilku faktach.

Transport powrotny zapewniały nam te same linie lotnicze co podróż z Londynu do Katmandu, czyli Oman Air. Odprawa była łatwa i przebiegła bez komplikacji w kwestii posiadania wydrukowanego świstku papieru. Wystarczyło stosowne potwierdzenie z telefonu.
Prosto na lotnisko spod hostelu dostaliśmy się taksówką. Przy wejściu na terminal policjanci nie skanują was żadnym sprzętem (jedynie bagaże) tylko przeszukują rękoma. Pod strzechą tego budynku uświadczycie: punkt pocztowy, toalety, bankomat, punkt wymiany rupii na inne waluty, kilka sklepów z pamiątkami (magnesy – 300 NPR, najtańsza herbata – 250 NPR) oraz sklepy z przekąskami (Snickers – 150 NPR). Jest też kilka gniazdek elektrycznych, aby to podłączyć się do Matrixa. Niestety nie kupicie tam gorącego jedzenia. Dostępne jest jedynie w strefie bezcłowej. Kupicie ten również alkohol, z tymże uwaga – SKLEPY Z NIM SĄ CZYNNE TYLKO DO GODZINY 18!
 
Lotnisko jest dosyć małe. ROzmairowo porównałbym je do lotniska im. Lecha Walesa (brak znaków diaktrycznych celowy) w Gdańsku.

Po odprawie i przejściu do wyżej wymienionej strefy stało się coś czego raczej w XXI wieku bym się nie spodziewał. Na lotnisku na kilka minut totalnie zabrakło prądu. Przez chwilę cytując Kazika miałem „serce w przełyku” i bałem się, że to jakiś zamach. Na szczęście się myliłem 🙂 Jak przyjdzie was czas na tzw. security check i przejście do hali odlotów (ostatni etap przed wejściem do samolotu) pamiętajcie o tym aby nie ominąć stempla z pieczątką na bilecie!

Później czekała mnie tylko przesiadka w Muskacie i lot powrotny do Londynu. Tam powrót do rzeczywistości i jak się okazało praca na londyńskim zmywaku. Przed wyjazdem rzuciłem robotę, wróciłem bez żadnych oszczędności, a dodatkowo trochę popłynąłem w Nepalu przywożąc debet około pół tysiąca funtów. Jak najszybciej potrzebowałem roboty i kasy. Przyszedł czas, żeby schować ambicję w kieszeń. W sumie było warto. Carpe diem!

 

Powrót: Lukla (3 dni) – Katmandu – Pokara (3 dni)

Dzień 14 - 25.03.19
Pierwszy dzień w Lukli.

„Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło” – słowa idealnie pasujące, aby rozpocząć niniejszy wpis 🙂 Niestety nie udało mi się w pełni zrealizować planu trekkingu po Himalajach i w skutek decyzji o jego przerwaniu pozostało mi do dyspozycji około tygodnia czasu. Nie brałem nawet pod uwagę przebukowania na wcześniejszy termin biletu powrotnego do Anglii. Pozostały czas chciałem produktywnie spędzić w Nepalu i wycisnąć z niego co się da. Dobra, kończmy ten wstęp…

Trasę Lukla – Monjo miałem już okazję opisywać, a z tytułu, że jest identyczna jak Monjo – Lukla nie zamierzam się powtarzać 😀 Wspomnę jedynie o novum jakim były niezbyt przychylne nam warunki pogodowe, czyli deszcz, mgła i wszędzie panująca szarość. Anyway. Przekroczyliśmy symboliczną kamienną bramę otwierającą himalajski trekking dla większości turystów. Późnym popołudniem wkroczyliśmy do Lukli. Cytując pana Wodeckiego – „Lubię wracać tam, gdzie byłem już”. Wróciliśmy do punktu wyjścia. Hostelu z widokiem na płytę lotniska, w którym to 12 dni temu szykowaliśmy się do trekkingu – „Buddha Lodge”. Cena za noc zwalała z nóg – 500 NPR, ale już machnąłem na to ręką… Luksusami było m. in. darmowe ładowanie, ciepła woda i łazienka w pokoju. Jednym słowem Hilton wymięka 😉

Tak jak wcześniej wspomniałem. Pogoda była nietęga, więc mój kompan podróży postanowił zostać na miejscu i poleżeć w ciepłym łóżku. Zmianie uległo jedynie położenie słońca – zapadał zmrok. Dla mnie nie stanowiło to żadnej przeszkody. Wyjątkowo pełen energii wyszedłem na „miasto”. Biorąc pod uwagę to, że cała aglomeracja może była wielkości Monciaka w Sopocie,  to mimo ograniczonych źródeł światła trudno było się zgubić (wieczorami lepiej profilaktycznie zabierać ze sobą latarkę!).

Szwendając się  w te i we w tę, na jednym z domków rzucił mi się w oczy obrazek lokalnego alkoholu. Chyba nie muszę wspominać co było dalej 😉 Jak mam być szczery to biznes był już chyba zamknięty, a ja wpadłem tam po godzinach. Wewnątrz przy jedynym stole siedziało kilku ludzi o śniadej karnacji skóry. Jako osoba będąca jak to nazywają angole „people person” nie byłbym sobą gdybym się do nich nie przysiadł i nie zagadał. Miło, bo trafiłem na ekipę Nepalczyków, z których trzech mieszkało w Londynie i przyleciało odwiedzić stare kąty. Tematów do rozmowy nie brakowało, a czas umilały kolejne rundy spożywanej Tongby.

Czym jest ów napój bogów? Mianowicie pierwsze co przychodzi na myśl to zestaw do jej konsumpcji przypomina oręż używany do picia yerba-mate. Uogólniając. Metalowa słomka z otworkiem z boku i blaszany kubeczek, w którym znajduje się sfermentowane proso, które zalewa się wrzątkiem. Gdy zabraknie wody do picia powtarzamy czynność. Udzielono mi nauki, że na tym samym wkładzie prosa można to robić pięć razy. Kosztowało mnie to 300 rupii. Chyba tamtejsi beje mnie polubili, bo postawili mi jeszcze dodatkowo kolejkę jakiegoś białego lokalnego alkoholu.

Złapałem wiatr w żagle, ale nie chciałem przedobrzyć. Zrobiło się totalnie ciemno. Wróciłem na włości. Wpadłem jeszcze do jadalni na kolację połączoną z degustacją rumu i tamtejszego piwa. Przy okazji załapałem się na skromną imprezę jakiejś grupki turystów świętującej udany trekking, więc nie powiem – wieczór uważam za udany 🙂

Dzień 15 - 26.03.19
Drugi dzień w Lukli.

Nowy dzień, nowe wyzwania. Przy meldunku zapomnieliśmy zaznaczyć na ile dni potrzebujemy noclegu. Okazało się, że już inni oczekują na nasz pokój, także z samego rana obudził nas jakiś pracownik tego przybytku twierdząc, że mamy chwilę na wyprowadzkę i musimy się sprężać. No nic, nasz błąd. Ze względu na moralny dług wobec Mateusza nie kwestionowałem jego pomysłów, więc byłem w sumie zadowolony z faktu, że musimy opuścić ten lokal. Dużo, za dużo przepłacaliśmy. W każdym razie tym razem ja dostałem pole do popisu jeśli chodzi o nocleg i wybrałem mały, skromny guest house. Cena wyniosła nas o 300 wariatów mniej i nawet ładowanie było darmowe, o! Minus taki, że prysznic kosztował 400 rupii ;P

Biorąc pod uwagę nasz przedwczesny finisz trzeba było rozplanować dalsze dni. Kolega zaproponował wyjazd do Pokary i powrót do Katmandu. Niekoniecznie mi to odpowiadało, ale postanowiłem nie oponować. Może nawet uda się przełożyć lot na wcześniejszy termin. Plany, planami, ale najpierw trzeba się wydostać z Lukli. Wbrew naszym cichym nadziejom pogoda nie ulegała zmianie na lepsze. Ograniczało nam to pole manewru, bo oznaczało to, że nie tu nie wyląduję przez najbliższy czas i będziemy tam uziemieni. Na najbliższy tydzień prognozowano wyłącznie mgły i deszcze. Na szczęście pojawiło się światełko w tunelu – jedynie jutrzejszy dzień miał być słoneczny i wolny od padów. W związku z tym szybko skierowaliśmy się do biura obsługi lotów (znajdującego się po prawej stronie głównej ulicy) „Tara Air”. Szczęśliwie udało się zmienić termin wylotu na godzinę 7.55 nazajutrz. Operacja ta była kompletnie darmowa i zabrała maks. 5 minut. Na lotnisku zalecano nam stawić się co najmniej godzinę wcześniej.

Dalsza część dnia upłynęła mi pod znakiem zwiedzania tego ostatniego/pierwszego bastionu Himalajów. Jak to już wielokrotnie wspominałem granice Lukli nie są rozległe, także wioska ta nie oferuję zbyt dużo atrakcji. Funkcjonuje raczej jako popularny punkt rozpoczęcia wypraw trekkingowych w wyższe partie gór. Oczywiście każdego zainteresuje co innego, także nie będę się sztucznie silił na predyspozycje do bycia przewodnikiem Lonely Planet. Ja zaufałem żywiołowi. Moją uwagę przykuło multum kolorowych flag rozwieszonych w jednym punkcie, na wzgórzu przy lotnisku. Wspiąłem się tam i moim oczom ukazała się duża statuetka Buddy. Z tytułu opadów deszczu i prawdopodobnie prac konserwatorskich była ona otoczona białymi parawanami co niestety uniemożliwiało podziwianie jej w pełnej krasie. Jako bonus mogę napisać, że jest tam też przepiękny widok z góry na całą panoramę (naprawdę malutkiego) lotniska. Skojarzenia zadziałały, synapsy w mózgu nawiązały odpowiednie połączenia i tak pomyślałem o dalszej podróży. Tak oto po nitce do kłębka moje myśli doszły do materialnego zaplecza. Za zaskórniaki w portfelu definitywnie nie przeżyję kolejnego tygodnia w cywilizacji, więc trzeba było uzupełnić kapitał. Dysponowałem dużą ilością wolnego czasu, a więc wyruszyłem na poszukiwania bankomatu. Sprzedam wam ciekawostkę, że w wiosce jest jeden różnie działający bankomat (ATM) – ja akurat trafiłem na okres kiedy zaniemógł.Dobrze wiedzieć, że gotówkę można uzyskać jeszcze zaraz przy lotnisku w placówce banku Western Union. Pobiera on 5% prowizji od wypłat (podobnie zresztą jak bankomaty), co w sumie jest do przebolenia. Proces wypłaty zależnie od sumy może trwać do kilku godzin.
Ja musiałem wrócić po pieniądze za dwie godziny, więc w tzw. międzyczasie przeszedłem się po okolicy po raz setny. Po drodze dowiedziałem się w jaki sposób ludzie umilają sobie wolny czas.

Źródło: http://www.seattleglobalist.com/2016/07/21/nepalese-prison-inmate-leaders/54159

Otóż bardzo często mijałem grupki Nepalczyków okrążających kwadratowe stoły i żywiołowo się wokół nich poruszających. Wyglądało to jak egzotyczna odmiana popularnego cymbergaja połączonego z bilardem. Gra nazywa się „Carrom board”. Na pierwszy rzut oka różnica była taka, że znacznie mniejszych krążków nie wypychało powietrze tylko ślizgały się po mące i na blacie było kilka łuz. Maksymalna liczba graczy to czwórka, a w skrócie chodzi o to aby pozbyć się wszystkich swoich krążków przed przeciwnikiem. Ciekawych szczegółowych zasad odsyłam do polskiej strony na ten temat – http://carrom.pl/ogolne-zasady-carrom/

Czas mijał, uzyskałem gotówkę, z guest housu wyłonił się Mateusz i dołączył do mnie. Chciał rozejrzeć się za pamiątkami. Ja natomiast wolałem poczekać do ostatnich dni naszego pobytu w Nepalu, żeby nie taszczyć z sobą tego całego majdanu. Moją uwagę przykuły przede wszystkim małe, czerwone pudełeczka ze złotą swastyką na wieczku.

Zatrzymajmy się na chwilę przy tym znaku. Większość z was zapewne ma świadomość tego, że nie jest to niemiecki (świadomie użyłem takiej nazwy) wynalazek, a obecny w wielu kulturach symbol o wielu znaczeniach. Jedna z wielu różnic polega na jej położeniu. Jej ramiona powinny być poziome, a nie ukośne. Buddyści wierzą, że jest to wizytówka kosmicznej energii, a dodatkowo wg sanksrytu słowo swastyka tłumaczy się jako „powodzenie”. Generalizując przynosi ona szczęście i dobrobyt. Strzeżonego Pan Bóg strzeże 😉

We wnętrzu tego puzderka znajdował się czerwony proszek, który służy do malowania tzw. bindi, czyli krótko mówiąc kropki na czole. Ma ona kilka znaczeń. W gruncie rzeczy czasem służy symbol trzeciego oka, innym razem jest to oznaka statusu społecznego, a czasem jest po prostu modnym symbolem. Wszystko zależy od religii, tradycji, trybu życia i towarzystwa w jakim się obracamy.

Mateusz trochę się obkupił w ciupagi, flagi, magnezy, etc. Pod koniec dnia wróciliśmy do noclegu spakować się i nie zwlekać ze snem. Jutro pobudka koło szóstej.

Dzień 16 - 27.03.19
Lukla - Katmandu - Pokara.

Lukla - Katmandu

Lotnisko

Droga na lotnisko zajęła nam maks. 10 minut, także bez kłopotu zdążyliśmy stawić się na czas. Założyliśmy, że zaraz po wylądowaniu w Katmandu kupimy bilety na busa i nim udamy się do Pokary. Późnym popołudniem, lub w najgorszym wypadku wieczorem chcieliśmy znaleźć się na miejscu. Szala coraz bardziej przechylała się ku tej drugiej opcji, a to z tytułu na opóźniony lot. Opóźniony i przekładany w nieskończoność. Jak już wspominałem odlot miał być o 7.55. Nastała ta godzina, a tu nic 😀 Koło 9 zaczęło się coś dziać, ale jak się okazało to lądowały nie nasze samoloty. Na bilecie maci podany nr lotu, na który czekacie. Prócz tego próżno szukać jakiś tablic informacyjnych. Sam musiałem się dowiedzieć co się dzieję, bo w innym wypadku byśmy tak czekali bez żadnych informacji do usranej śmierci. W budynku lotniska znajdują się biura linii lotniczych, w których od obsługi można uzyskać informacje o waszym locie. Zakomunikowano mi, że samolot jest opóźniony z tytułu warunków pogodowych i summa summarum czekaliśmy jeszcze około trzy godziny. W najgorszym przypadku przelot mógłby zostać przełożony na kolejny dzień. Pozostał czekać i trzymać kciuki. Mijający czas możecie umilić sobie słodkimi przekąskami, gorącym kubkiem, lub ciepłymi napojami w jednym z dwóch stoisk. Przykładowy koszt kawy to 300, a Snickersa 200 NRP. Oprócz tego możecie wykupić sobie dostęp do wi-fi za 300 rupii. Jeśli podupadnie wam bateria to przy bramkach jest pięć kontaktów, z czego dwa są „ukryte” za banerami linii lotniczych. W końcu doczekaliśmy się odprawy, która była tylko formalnością… Odniosłem wrażenie, że na pokład samolotu można przemycić dosłownie wszystko, a na teren portu lotniczego może wejść dosłownie każdy. Wkroczyliśmy do kolejnej poczekalni i tam doczekaliśmy się już naszej powietrznej limuzyny. Około sześć godzin czekania, a podróż trwała raptem 30 minut 😉

Kathmandu - Pokara

Ze stołecznego lotniska w cenie 900 NPR zamówiliśmy prepaid taksi  na dworzec mikrobusów Kahmandu – Besisahar. Na miejscu taksówkarz wskazał nam miejsce gdzie możemy kupić bilety na przejazd do Pokary.

Transport

Podszedł z nami do tego punktu (przypominającego kiosk) i pomógł w komunikacji ze sprzedawczynią. Zapłaciliśmy 625 wariatów. Cena chyba nie była wygórowana szczególnie patrząc przez pryzmat tego, że mikrobusy to najtańszy środek transportu. Minusem niestety jest to, że odjeżdża dopiero wtedy, gdy cały się zapełni. Byliśmy jednymi z pierwszych pasażerów, więc mieliśmy chwilę czasu. Zapłaciliśmy, zostawiliśmy plecaki na dachu (w czasie ulewy są okrywane plendeką, aczkolwiek profilaktycznie warto również zakryć plecaki we własnym zakresie) i skierowaliśmy się do pierwszego lepszego miejsca z ciepłym jedzeniem. Pominięcie porannego posiłku nie było najlepszym ruchem i głód dał się we znaki. Kierowaliśmy się tylko obrazkami i zapachem, bo ciężko było o łacińskie napisy. W pobliskiej knajpce zamówiłem coś ala pikantny rosół za 120 rupii. Całe menu było w nepalskich szlaczkach. Wyjechaliśmy dopiero około godziny 13. Nasz środek transportu był pełny, ale i tak kierowcy mają sposób na dopchnięcie kolejnych pasażerów. Można się było spodziewać masy turystów w takim miejscu. Wbrew pozorom byliśmy jedynymi białymi wśród podróżujących. Wyglądaliśmy dosyć egzotycznie i czułem spoczywających na sobie dziesiątek spojrzeń. W przejściu pomiędzy rzędami foteli kładą deseczkę, która daję kilka kolejnych dodatkowych miejsc.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Złota strzała 😉

Ruch uliczny w Nepalu jest lewostronny. Wszyscy jak to w Azji pędzili w każdym możliwym kierunku jak na złamanie karku. Totalna wolna amerykanka z nieodłącznymi dźwiękami klaksonów co chwila. Nasze cztery kółka nie były wyjątkiem. By the way. Kierowca i zarazem disc jockey zadbał należycie o komfort podróży. Ciągle głośno puszczał muzykę, a zaczął od Eminema i 50 Centa 😀 Szczytem komizmu było bujanie się z całym busikiem, do Gangam Style, podczas gdy otaczali mnie sami Azjaci. Niestety nie było totalnie kolorowo ze względu na brak klimatyzacji, ale szło to przeżyć. Stałym elementem krajobrazu migającym pomiędzy pędzącymi samochodami były znane z powiedzenia tzw. „święte krowy”, które były sobie same „sterem, żeglarzem, okrętem” na ulicy. Zabicie ich jest nielegalne i grozi karą 2 lat pozbawienia wolności. Apropos mijanych aut. Najczęściej były to marki: Tata, Tiger i Suzuki. Z tego co zauważyłem to większość ciężarówek była bardzo kolorowa. Na tyle naczepy zwykle znajdował się wizerunek kwiatu lotosu z różnymi angielskimi napisami np. see you. Co jakiś czas trasa była przerywana przystankami na ewentualny posiłek i toaletę (często w spartańskich warunkach).

Beka, tu rośnie baka 😀 Dziko rosnąca konopia to standardowy widok. Wysoko w górach rośnie ona naturalnie, więc czasem łatwo zauważyć plantację. Wbrew pozorom konsumpcja i handel Marihuaną w Nepalu od 1973 roku jest nielegalna. Do niedawna wyjątkiem był jeden dzień 21 lutego - hinduskiego święto Mahaśiwaratri.

Wolno płynący czas wypełniało mi planowanie kilku następnych dni. Skarbnicą wiedzy na temat atrakcji Pokary była książka Janusza Kurczaba – Himalaje Nepalu. Przewodnik trekkingowy. Wytypowałem kilka ciekawych miejsc, Mateusz też dołożył swoje trzy grosze, a co dojdzie do skutku zobaczymy w praniu. Bez ciśnienia.

Pokara

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek)

Zmęczeni podróżą, do celu dojechaliśmy późnym wieczorem. Udało nam się jakimś cudem porozumieć z jednym z współpodróżnych i wspólnie zamówiliśmy taksówkę. Udaliśmy się do pierwszego, lepszego hotelu w dzielnicy Baidam (Lakeside). Tak – HOTELU, a nie hostelu. Czas na należący się nam relaks i odpoczynek. Nocleg kosztował około 4000 rupii. Spędziliśmy tam trzy noce. Koniec himalajskich cen, czas na powrót do rzeczywistości.

Wyczerpanie odeszło do lamusa z chwilą kiedy wyszliśmy z taryfy. Przyjemny wiaterek i pomimo późnej godziny wciąż gorący klimat. W pokoju tylko pospiesznie zostawiliśmy bagaże, ogarnęliśmy się i wyruszyliśmy zwiedzać najbliższą okolicę. Głównym celem była jakaś ciepła kolacja 😉 Misja do najłatwiejszych nie należała, bo większość restauracji była od 21 pozamykana na głucho. Poruszaliśmy się drogą wzdłuż jeziora, także nie dbaliśmy o czas. Po drodze spotkaliśmy jeszcze młodego człowieka, który sprzedał nam haszysz. Za 9000 rupii kupiliśmy 3 gramy. Podobno był to tzw. charas, czyli jego bardzo czysta i szlachetną odmianą pozyskiwaną z okolic Himalajów. Na co dzień stronie od tego typu używek, ale co innego przykurzyć plastelinę od Seby zza winkla na osiedlu, a co innego spalić nepalski święty hasz (jest stałym elementem niektórych hinduistycznych rytuałów). Streszczając: najedzeni, napici, spaleni, misja wykonana – powróciliśmy do miejsca noclegu.

 

Dzień 17 - 28.03.19

Rano obudził mnie śpiew ptaków, krzyki małp i reszta odgłosów natury. Okna naszego pokoju wychodziły na dżunglę. W nocy tego nie było widać, więc było to dla mnie pozytywnym zaskoczeniem 🙂 W dodatku nasz nocleg mieścił się nad brzegiem jednej z najpopularniejszych atrakcji Nepalu – ogromnym jeziorem Phewa (Fewa) Tal. Cudownie.

Aż ciężko nie przybić piątki z tak pięknym porankiem, więc nie zwlekając, uzbrojeni w mapę rychło uderzyliśmy w plener. Pierwsze kroki skierowaliśmy w stronę jakiejś w miarę mało turystycznej knajpki, żeby zjeść śniadanie. Upał był niemiłosierny, więc chciałem się czymś orzeźwić. Nie, nie chodzi mi o piwo ;P W menu szukałem rzeczy, których nazwy widzę po raz pierwszy. Zamówiłem hinduski napój – lassi. Smakiem i konsystencją przypominało to jogurt.Skład był też podobny, a uzupełniały go woda i przyprawy.Pycha jednym słowem. Wspomniałem o piwie. Standardowo był to stały składnik diety, a najpopularniejsze tamtejsze marki to: Dragon, Gorkha, Tuborg, Everest, San Miguel i Nepal Ice. Strongi mają po 7%.


Devi’s Fall i okolice.

Źródło: https://mapio.net/pic/p-64163134/

Pierwszym punktem, który mieliśmy zamiar odwiedzić był wodospad – Devi’s Fall (Patale Chhango). Ciekawostką jest fakt, że wcześniej wspomniany nie leży w jakimś górskim terenie, ale zaraz przy ulicy. Znajduję się on pod poziomem ziemi na niedużym zabetonowanym terytorium. Zasilają go wody jeziora Phewa, a sam ma około 500 metrów wysokości. Szczerze? Nic specjalnego. Na mnie nie wywarł żadnego wrażenia. Sprzedam wam ciekawostkę, że jego nazwa pochodzi od szwajcarskiej turystki o nazwisku Davis. W 1961 roku kąpiąc się w tym miejscu upadła i utonęła. Dzięki temu miejscu pamięć o niej jest wciąż żywa. Dla czujących niedosyt polecam przejść się po parku, którego częścią jest wodospad. Może i nie są to hektary, ale zawsze miłe dla oka otoczenie natury z szeregiem ławeczek. Anyway. Jest to jedna z głównych atrakcji Pokary, a moim skromnym zdaniem to nic specjalnego i strata czasu. Jeśli opis was nie zniechęcił to bilet wstępu kosztuje 30 NPR. Rządnych dalszych wrażeń spieszę poinformować, że na przeciwko tej atrakcji turystycznej mieści się kolejna – jaskinia Gupteshwor Mahadev. Ciężko mi napisać o niej cokolwiek, bo sam ją ominąłem, a nie chcę bezmyślnie przepisywać danych z Sieci. Ciekawych faktów na jej temat odsyłam do innych zakamarków Internetu niż ten blog. Z tego co tam wyczytałem to w przeciwieństwie do poprzedniej lokacji jest to miejsce warte odwiedzenia.

Stupa Pokoju (Shanti Stupa) i okolice.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Przed wejściem na schody trzeba obowiązkowo zdjąć buty i zachować ciszę.

W zasięgu wzroku był kolejny przystanek na naszej trasie. W oddali, nad jeziorem Fewa góruję najwyższy punkt widokowy w Pokarze – Stupa Pokoju (1100 m n. p. m. ). Z tytułu, że nigdzie nam się nie spieszyło, poszliśmy tam na piechotę. Szliśmy jakoś ponad dwie godziny. Przyjemny spacer to nie był, bo lało się ze mnie jak z cebra i w znacznej mierze szliśmy pod górę no ale czego nie robi się dla pięknych widoków 🙂 We wcześniejszych wpisach wyjaśniałem czym są te sakralne budowle, także nie będę się tu powtarzał. 

Budowę Shanti Supy rozpoczęto w 1973 r. Z okresem jej powstawania wiąże się wiele perypetii, aczkolwiek ostatecznie wzniesiono ją 30.10.1999 roku. Ten liczący sobie 35 metrów wysokości sarkofag mieści w sobie szczątki Buddy, które są przedmiotem pielgrzymek z całego świata. Stupę otaczają złote pomniki różnych Buddów. Wśród nich znajduję się oczywiście wizerunek założyciela buddyzmu – Buddy Siddharthy Gautamy pochodzącego z Indii. Z całego serca polecam książkę Hermanna Hesse pt. „Siddhartha”. Autor za całokształ twórczości uzyskał nagrodę literackiego Nobla. Opowiada ona o rozwoju duchowym i filozofii na przykładzie życia protagonisty. Warto się przekonać jak pięknie o buddyzmie potrafi pisać Niemiec 😉

Grób japońskiego mnicha, którego podczas budowy zabili antybuddyjskcy ekstremiści.

Z miejsca, o którym piszę, czyli ze wzgórze Anada rozpościera się przepiękny widok na pobliski akwen wodny i otaczające je szczyty masywu Annapurna. Zeszliśmy nad jego brzeg i z myślą o skróceniu czasu powrotu postanowiliśmy przepłynąć je łódką. Wynajem łajby, wraz z operatorem wioseł wyniósł nas 520 NPR. Płynęliśmy koło kolejnej atrakcji tego miasta, a mianowicie małej wysepce z hinduską świątynią – Tal Barahi.

Resztę dnia spędziliśmy w moim nowym ulubionym miejscu. Zaraz przy hotelu z muzyką i szeregiem używek pod ręką czilowaliśmy nad brzegiem jeziorka. Chyba była tam jakaś pozytywna żyła/czakram/fluidy, bo czułem się tam idyllicznie. Często będziemy wracać w to miejsce.

Dzień 18 - 28.03.19

Podobnie jak poprzedniego dnia na śniadanie wypuściliśmy się do okolicznej knajpki. Na ten dzień nie mieliśmy kompletnie żadnych planów. Tylko błogie lenistwo, reset i błąkanie się wkoło jeziora. W niniejszym skomplikowanym planie dnia z czasem pojawiły się pewne urozmaicenia czyt. zakup kilku pamiątek i wizyta na poczcie (wypada w końcu wysłać znajomym jakieś widokówki do Polski). Placówka tej instytucji, którą odwiedziliśmy w pobliżu (dzielnica Lakeside) jest klaustrofobicznie mała. Tzn. dzieli się on na część dla interesantów i (pokój z jednym biurkiem) i aneks mieszkalny. Niestety nie prowadzono tam sprzedaży widokówek, więc transakcję tę odłożyłem na później.

Dżentelmeni na zdjęciu noszą tradycyjne nepalskie nakrycie głowy - Dhaka Topi.

Wracając zahaczyliśmy o miejsce z ciepłą strawą. Im mniej przepychu i dalej od ścisłego centrum miasta tym lepiej i ciekawiej. Trafiliśmy do skromnej kuchni urządzonej w przedsionku domu mieszkalnego. Wbrew pozorom panował tam ład i porządek, a gospodyni na naszych oczach przygotowała smakowite dania. Standardowo były to jakieś wariacje z ryżem. Warto również napomknąć, że w większości kuchni tego typu ma dodatkowych współlokatorów. Nie, nie mam tu na myśli karaluchów i szczurów… Są to ptaki, które wiją sobie gniazda pod sufitami (zapewne ze względu na bliskość pokarmu). W drodze powrotnej udaliśmy się na market (większość tego turystycznego miasta to jeden wielki market) by zakupić kilka pamiątkowych bibelotów. Co mnie pozytywnie zaskoczyło nie zauważyłem żadnego robactwa ani gryzoni na ulicach (nawet po zmierzchu). Miasto jest bardzo czyste. Wróciliśmy zrzucić balast do pokoju hotelowego. Przyszedł czas na odpoczynek nad jeziorkiem po tym męczącym dniu 😀

Sjesta trwała w najlepsze od późnego popołudnia. Park przy jeziorze, na którego terenie byliśmy był zamykany w okolicach godziny 21. Nie wyglądało to w sposób podobny jak w londyńskich zieleńcach czyli, że strażnik patroluje teren i wyprasza z niego wszystkich o konkretnej godzinie. Tutaj po prostu ludzie sami go opuszczali, teren ogradzano wojskowymi zasiekami (obok nas mieściła się jednostka), zamykano bramy wejściowe i gasły wszystkie źródła światła.W pewnym momencie siedzieliśmy tylko z latarką, ale niestety nie byliśmy świadomi tego, że znaleźliśmy w ogrodzonym parku, odgrodzeni od świata ;P Nazajutrz planowaliśmy wyjazd busem do Katmandu, więc wypadało należycie uczcić ten czas i pozbyć się pozostałych zapasów charasu. Trochę tego było, więc adekwatnie uskrzydliło to naszą wyobraźnię. Na lustrze wody zauważyliśmy coraz więcej przemieszczających się jaskrawych punkcików. Pomyśleliśmy, że to zbliżające się krokodyle. Byliśmy jedynymi ludźmi w okolicy. W świetle czołówek, czym prędzej daliśmy nogi do wyjścia. Tutaj Zonk – drut kolczasty 😀 Utwierdziło nas to tylko w przekonaniu, że kolczatki są rozwijane w celu zapobiegnięcia ucieczki tych gadów na ulice Pokary. Szczęście się do nas uśmiechnęło, bo obok znajdował się jakiś wojskowy, który pomógł nam wyjść i nie zadawał żadnych pytań.

Źródło: https://lawhaha.com/wp-content/uploads/2016/04/Dont-Feed-Hallucinogens-to-Alligators.jpg

Kolejnego dnia zrobiłem mały research. Na koniec sprzedam wam ciekawostkę. W Nepalu żyją tylko dwa rodzaje krokodylowatych. Krokodyl błotny i gawial gangesowy. Absolutnie żaden z nich nie występuję w zbiorniku wodnym Phewa Tal. Nie wiem co widzieliśmy tamtej nocy 😉

Dobra, wystarcza już tych wywodów, bo standardowo trochę popłynąłem i stworzyłem przydługi wpis. Kolejny odcinek poświęcę na relację z dojazdu i kilkudniowego pobytu w Katmandu.Będzie to mój ostatni przystanek w Nepalu.

 

Etap nr 4: Khumjung – Mong La – Phortse Tenga – Dole – Macherma – Gokyo + powrót do Lukli

Tym razem skorzystanie z mapy nawet nam przez myśl nie przeszło. Droga była bardzo dobrze oznaczona wyraźnymi drogowskazami. Mówiąc szczerze to trudno było się zgubić mając do wyboru dwa, albo trzy kierunki. Skierowaliśmy się na północ, w stronę popularnego miejsca gdzie trekkerzy robią sobie przystanek w wędrówce- górskiej osady Dole.

Trasa, którą obraliśmy prowadziła wzdłuż wschodniej ściany Khumbili. Kierowaliśmy się wąska, utwardzona piachem i kamieniami ścieżką. Lawirowaniu pomiędzy nimi i utrzymaniu balansu niestety nie pomagało wszechobecne błoto. Pokonywaliśmy ciągle zmieniające się różnice poziomów. Prosto, w dół, wspinanie się i tak w koło Macieju. Najgorsze i najbardziej obciążające łydki były zejścia w dół. Z lewa skały, z prawa ogromne przepaści wraz z płynącą daleko w dole rzeką Dudh Koshi i towarzyszące nam nieme olbrzymy: Everest, Lhotse, Kangtenga i Thamserku. Znajoma okolica chciałoby się rzec. Prócz kilku szczegółów. Przede wszystkim wysokości, stromizn i ogromnych przepaści (trasa bez barierek i zabezpieczeń, istny raj dla Korwina 😉 ). Spadniesz w dół – skręcisz kark. Game over. W takich okolicznościach niestety nie jest łatwo o wysokie morale i dobry humor. Z ratunkiem przyszedł przenośny system dźwiękowy. Na trekk wziąłem mały głośniczek, który Mateusz umieścił na zewnątrz plecaka. Płynąca z membran muzyka grana przez: Breakout, Budkę Suflera, Kazika i The Doors oraz The Pogues znacznie umilała upływający czas. Dzięki bogu za Spotify. Najlepszy sposób aby umilić sobie czas to pobrać zawczasu dane utwory i cieszyć się płynącymi dźwiękami nawet podczas braku Internetu.

Mong La (3975m m n. p. m.).

Kilku godzinny marsz przerwaliśmy na ciepły posiłek, zimny, słodki napój i chwilę odpoczynku w małej przydrożnej osadzie liczącej kilka domków i jeden historyczny czorten – Mong La.

Prócz nepalskich rupii zostało mi kilkadziesiąt dolarów, których zapomniałem wymienić w Namche. Nie miałem co z nimi zrobić, a pieniądz zawsze się przyda. Spytałem się lokalnego pracownika tej jadłodajni czy wie gdzie mogę wymienić tę walutę na tutejszą gotówkę. Niestety świat kantorów dawno odszedł to w zapomnienie, ale kolega okazał się być domorosłym cinkciarzem 😉 Po trochę stratnym dla mnie kursie dokonaliśmy transakcji. 1 USD wymienił mi na 100 NPR. W sumie za 20 „baksów” dostałem 2000 rupii. Będę przynajmniej miał jakieś drobniaki.

Stamtąd udaliśmy się w dalszą drogę. Pokonując kolejne przepaści i coraz bardziej zalesione drzewami iglastymi tereny minęliśmy następną osadę.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Mała przerwa z Nepalczykiem w Phortse Tenga (3840 m n. p. m.).

Zmieniła się cyferka w liczniku wysokości (na 4 km n. p. m.) i wraz z nią pogoda. Zresztą w pełni adekwatna co do wysokości. Oprócz błota, pojawił się lód i zaczął sypać śnieg. Było coraz bardziej zimno, wietrznie i biało. Grunt to pamiętać o stuptutach (nie oszczędzajcie na nich… ja zrobiłem ten błąd) i nakryciu plecaka specjalną wodoodporną płachtą by zabezpieczyć jego wnętrze przed przemoczeniem. Mijane tło zostało również urozmaicone o nowe elementy scenerii – kamienne schody, zamarznięte strumienie i wodospady oraz liczne mosty umożliwiające dalszą przeprawę.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) W Nepalu jaki występują również dziko dlatego obecność tego bydła niekoniecznie oznacza cywilizację w pobliżu.

Dole (4038 m n. p. m.).

Około godziny 15 doczłapaliśmy się do celu. Zakotwiczyliśmy się w „Dole lodge”, której włodarz Pemba (łatwo zapamiętałem jego imię dzięki Pumbie z „Króla Lwa”) Sherpa, który był członkiem wyprawy Wojciecha Kukuczki (syn ś. p. Jerzego) na Mount Everest w 2012 roku. Krótko i ładnie mówiąc byłem porządnie zmęczony. Pierwsze kroki skierowałem do pokojowego łóżka, aby poleżeć bez celu i zregenerować siły. Potem przyszedł czas na osuszenie mokrych ubrań przy „kozie”, prysznic (luksusowy, bo na gaz!) i kolację.

Warto wspomnieć o czymś bez czego cywilizowany człowiek żyć nie może – ubikacji. Jako, że jesteśmy wysoko w górach nie powinno to nikogo, że warunki higieniczne nie są najwyższych lotów. W związku z tym zamiast sedesu znajdziecie dziurę w ziemi, albo w najlepszym wypadku plastikowy tron nad nią (i tak nic nie przebije tego jak jechałem pociągiem przez Chiny i musiałem trafiać podczas jazdy do ciągle przemieszczającej się dziury w podłodze kibla). W zasięgu ręki powinien znajdować się zbiorniczek z wodą, którą pobieracie spoczywającym w środku pojemniczkiem – jest to substytutu spłuczki. Czystość jednak nie jest łatwo utrzymać, gdy wspomniana woda zamarznie. Przypominam, że nie ma ogrzewania, a noce są lodowate

Toaleta.
Częstą praktyką jest wieszanie w futrynach płacht z materiału zamiast montowania drzwi. W lodgy i tak jest zimno, a włodarze są w stanie zaoszczędzić na transporcie budulca z niżej położonych partii gór.

Dzień 7 – 18.03.19

Na bieżący dzień planujemy jedynie pokonać krótki odcinek, także spędzamy więcej czasu w śpiworach i wyruszamy godzinę później niż zwykle. Wśród totalnie białego krajobrazu i zamieci śnieżnej udajemy się w stronę położonego wysoko w górach Gokyo.

Przystanek na nocleg obraliśmy w odległym o ponad 5 kilometrów Machermo. Jaja się skończyły. To właśnie tam w 1974 roku Yeti zaatakowało bogu ducha winną Lhakpa Doma Sherpa. Potężnym uderzeniem, została wrzucona do pobliskiego strumienia. Przeżyła tylko dlatego, że udawała martwą. Trzy jaki, które jej towarzyszyły nie miały już na tyle szczęścia. Apropos bezpieczeństwa. Pamiętajcie o wyposażeniu się w profesjonalne okulary przeciwsłoneczne, gdyż promienie słońca odbijające się od śniegu totalnie oślepiają człowieka. Dodatkowo jak wielokrotnie uczulałem wcześniej… Patrzcie pod nogi. Uwierzcie mi, że najwygodniej szło mi się po śniegu. Jednak pamiętajcie, że jest ślisko, nie wiadomo jak jest głęboki (nałóżcie specjalne okrągłe nakładki na kijki do trekkingu zapobiegające zapadaniu) i czasem nie widać drogi… Z Mateuszem straciliśmy ją kilkukrotnie z pola widzenia. W takich sytuacjach szliśmy w dwie różne strony i ten, który pierwszy zobaczył jakąś oznakę ludzkiej roboty dawał sygnały drugiemu aby dołączył. Całe szczęście niniejszy system się sprawdzał i przeżyliśmy 😀 Na szlaku nie spotkaliśmy już żadnych turystów… W okolicach godziny trzynastej szukaliśmy już noclegu w leżącej u stóp lodowca i przepływającej obok „Mlecznej Rzeki” wioski Machermo.

Machermo (4470 m n. p. m.).

Wystarczyło wyjść przed lodge i taki oto widok ukazał się naszym oczom 🙂

Szczęście mnie się nadal imało (jak to zwykle bywa od ponad 30 lat). Nie dotyczyło to gotówki w fizycznej postaci  ;P Szczęśliwie w guest housie gdzie gościliśmy (Namgyal Lodge) nie dość, że realizowano transakcje za pomocą karty płatniczej to jeszcze można było skorzystać z opcji cashback! W sumie gdybym sprawdził ten nocleg wcześniej na Bookingu nie powinno być to dla mnie niespodzianką. Jedynie terminal szwankował, czekałem aż zaskoczy z pół godziny. Mądry Polak po szkodzie… Anyway, moja cierpliwość została nagrodzona pamiątkowym nepalskim numizmatem. Monety (nazwa tego numizmatu to paisa, których setka daje jedną rupię) już prawie wyszły z użytku w Nepalu, więc jest to nie lada souvenir 😉 Komizm sytuacji sięgnął tego stopnia, że są one sprzedawane w sklepach jako pamiątka.

Oblepione naklejkami wypraw trekkingowych lodge to normalny widok.

Dzień 8 – 19.03.19

Po regenerującej nocy wyruszyliśmy o podobnej godzinie co ostatnio. Szliśmy już bezpośrednio do Gokyo. Nowym gatunkiem ptaka, z którym często przecinały się nasze szlaki był kuro/bażanto podobny ułar tybetański.  

Para ułarów tybetańskich. Źródło: https://st2.depositphotos.com/2547313/7801/i/950/depositphotos_78010464-stock-photo-tibetan-snowcock-couple.jpg

Teoretycznie był to krótki odcinek, aczkolwiek zaważył na całym dalszym trekkingu. Podczas marszu coraz bardziej zaczęła mnie boleć głowa. Ściślej mówiąc czułem się jakby ktoś wbijał mi szpilki w potylicę. Oczywiście nie był to nagły ból, wcześniej już miałem podobne symptomy, ale jedna tabletka pomagała i po chwili mijało to uczucie. Do tego doszły jeszcze zawroty głowy i totalne opadnięcie z sił. Tym razem było to aż nazbyt intensywne i każdy pokonywany metr w takich warunkach (strasznie wysokie przepaści, śliskie podłoże, zamarznięte strumienie, zaspy śnieżne) był koszmarem i mógłbym przypłacić to życiem. Na śniegu zauważyłem ślady kocich łap, więc jeszcze tylko wygłodniałej śnieżnej pantery (zagrożony wyginięciem gatunek znany też jako irbis) brakło do kompletu.

Irbis. Źródło: https://seethewild.org/wp-content/uploads/2018/07/13360204225_919e9e35a8_o-806x403.jpg

Moje tempo marszu stało się bliskie ślimaczemu i niestety zmuszało to również dobrze czującego się Mateusza do niekończących się przystanków i czekania aż do niego dołączę. Co by tu nie było byłem w takiej sytuacji, że po prostu musiałem zagryźć zęby i iść przed siebie. Wycofać się nie mogłem, natomiast smęty i narzekania by nic tu nie dały, a tylko odebrałyby mi siły… Jakoś udało nam się dojść  do pierwszego lepszego guest housu w Gokyo. W oczy rzucała się przede wszystkim zabudowa tej małej himalajskiej oazy. Na większości dachów spoczywały duże kamienie, mające zapewne na celu utrzymanie sufitu w całości w czasie częstych porywistych wichur. Podsumowując: wieje, piździ, pada śnieg, boli głowa, jestem ledwo przytomny, padam z nóg – jednym słowem cudownie 😉 Przynajmniej czułem, że żyję…

Gokyo (4790 m n. p. m.).

W okolicy leży kompleks znanych dziewiętnastu jezior, które de facto są jednymi z najwyżej położonych tego typu zbiorników wodnych na świecie. Wioska Gokyo leży nad jednym z nich, a dokładniej trzecim – „Dudh Pokhari”. Niestety prawie całe było zamarznięte i przykryte śniegiem, więc nie było czym się zachwycać…

Kolejnym celem w naszym planie powinno być pokonanie przełęczy Cho La Pass (5380 m n. p. m.) (Himalaje centralne), która była „furtką” do dalszej eksploracji wschodniej części Nepalu. Szczególnie zależało nam na zdobyciu Chukhung Ri (5530 m n. p. m.) i Kala Pathar (5655 m n. p. m.), odwiedzeniu Everest Base Camp i przejściu przez Kongma La Pass (5550 m n. p. m.). Przedarcie się przez tą przełęcz szacowaliśmy na minimum dwanaście godzin. Kilkukrotnie odradzano nam samotną przeprawę przez Cho La Pass (vide Mingma Sherpa) z tytułu opadów śniegu, lodu i wąskich niezabezpieczonych przesmyków, które można było pokonać tylko czołgając się. Zrezygnowaliśmy z tej opcji. Podjęliśmy wspólną decyzję o spędzeniu dodatkowego dnia w Gokyo (ja poleżę w łóżku, a Mateusz spędzi go produktywnie), odpuszczeniu dalszej części trekkingu i wycofaniu się do Lukli.

Fakt. Po dniu aklimatyzacyjnym mógłbym się poczuć lepiej, ale nie chciałem zachowywać się jak lekkomyślny idiota i ryzykować. Przede wszystkim sprowadzała mnie na ziemię świadomość, że gdyby coś mi się stało to Mateusz samotnie, odizolowany od wszystkiego w wysokich górach, musiałby organizować dla mnie pomoc. Nie czułem się z tym w porządku, gdyż przeze mnie mój kolega musiał zrezygnować z lwiej części naszych planów… Pozostał mi kolosalny dług wdzięczności wobec niego. Daliśmy też ciała z planowaniem trasy, ale mniejsza o to. Czasu się nie cofnie, a przynajmniej jest jakiś powód, żeby ponownie udać się w Himalaje.

Dzień 9 – 20.03.19

Nie mam tu nic ciekawego  do opisywania, a nie chcę was zanudzać. Mateusz sam poszedł zdobyć szczyt Gokyo Ri (5357m n. p. m.), a ja cały dzień spędziłem w jadalni racząc się nepalską kuchnią, regerując siły i pisząc ten dziennik (oczywiście nie w Internecie, ale sporządzając luźne notatki w zeszycie). Wolny czas wykorzystałem również na zrobienie prania (nie chciałem nosić tego całego cuchnącego syfu w plecaku).

Dobry patent na skuteczne domykanie drzwi. Woreczek z obciążeniem przywiązany do framugi.

Poprosiłem Mateusza o relację z tego jak przebiegał jego dzień. Na chwilę oddaję mu „pióro”:

 „Wyjście na Gokyo Ri zaczęło się od oczywiście od zbyt późnej pobudki spowodowanej raczej nie lenistwem lecz objawami przemęczenia spowodowanymi spaniem (a raczej nie spaniem) na wysokości niemalże 5000 m n.p.m. Szczyt nie należy do wybitnych pod względem trudności technicznych, raczej jest to wchodzenie niż wspinaczka, jedyną rzeczą która najbardziej doskwiera to ograniczony brak tlenu w powietrzu, który jest naprawdę uciążliwy. Wrażenia z wchodzenia wyglądały następująco, dwie minuty podchodzenia, minuta odpoczynku. Brak określonego szlaku, całe zbocze było poprzecinane niezliczoną liczbą ścieżek wydeptaną raczej przez wysokogórskie zwierzęta niż przez ludzi. Widok z samego szczytu był bardzo majestatyczny aczkolwiek „surowy”. Surowość krajobrazu potęgowało totalne osamotnienie spowodowane małym ruchem turystycznym o tej porze roku. Dojście do szczytu zajęło około 3,5 godziny, zejście 1,5 godziny. Temperatura według moich danych na szczycie wynosiła około -25 st. C. Zdjęcia jak i filmy nie oddają rzecz jasna rzeczywistych wrażeń. Zdecydowanie punkt obowiązkowy do zobaczenia w tej części Himalajów.

Dzień 10 21.03.19 Gokyo - Fanga (powrót)

Gokyo - Dragnag - Nha – Fanga – Dole - Namche Bazaar – Monjo – Lukla

W tym miejscu niby mógł bym po prostu streścić do kilku akapitów trasę od Gokyo do Lukli, jednak opiewała ona w różne ciekawostki, dla których warto poświęcić więcej miejsca. Lekturę niniejszej części wpisu zalecam tylko najwytrwalszym i ciekawym dalszego obrotu sprawy, bo raczej nie ze względu na objętość tekstu nie trafi to do wszystkich ;P Anyway, jak to się mówi – nie jest to zupa pomidorowa, żeby to każdy lubił. Mimo wszystko mam nadzieję, że nikogo nie zanudzę i będziecie się dobrze bawić… To co, zapinamy pasy i startujemy?

Z nowymi siłami i w lepszej kondycji wyruszyliśmy w stronę punktu wyjścia, czyli Lukli. Blisko to nie było, więc mimo wszystko czekało nas podczas powrotnego trekku jeszcze kilka noclegów. Paradoksalnie droga trwała krócej, gdyż nie musieliśmy tracić czasu na aklimatyzację organizmów i tym samym dzielić powrotnej trasy na krótkie odcinki marszu. Po prostu zatrzymywaliśmy się tam gdzie nam odpowiadało.

Totalnie biały krajobraz urozmaicił nam lodowiec. Nie to, że widoczny z daleka. Leżał na naszej trasie, a więc trzeba było z delikwentem przeżyć spotkanie trzeciego stopnia. Tym kolosem był najdłuższy lodowiec w Himalajach (długi jak z Gdyni do Kartuz) – Ngozummpa. Jednakowoż dane nam było zobaczyć skąd wybija nasza nieodłączna towarzyszka podróży – rzeka Dudh Koshi.

Lodowiec Ngozummpa.

Piękne widoki, pięknymi widokami, ale nie należy zapominać, że przyroda bywa zdradliwa. Podobnie jak pewnego dżentelmena ponad 2000 lat temu czekało mnie kilka „upadków” podczas powrotnego trekkingu. Szczęśliwie wszystko skończyło się dobrze. Może udział w tym miały ugłaskane bóstwa i odstraszone złe duchy. Sztuczka polega na dołożeniu jednego kamyka i okrążeniu, albo wyminięciu z prawej strony, któregoś z kamiennych kopczyków (tzw. „doubengi”) licznie przez nas spotykanych w okolicy.

Zadymiony szczyt po lewej to ósma najwyższa góra na świecie, znajdujący się na granicy z Chinami - Cho Oyu (8201 m n. p. m.) (tłum. "Turkusowa bogini"). W tej samej linii, po prawej, o kształcie trapezu jest najwyższy z siedmiotysięczników - Gyachung Kang (7952 m n. p. m.).

Wszędzie wkoło mleko, idziemy bez szczegółowo wytyczonej trasy, brak śladów cywilizacji i bądź tu mądry gdzie się kierować. Wcale nie pomagało to, że zmęczenie dawało sie we znaki po pokonywaniu głębokich zasp śnieżnych i moren lodowcowych. Sprawdzonym sposobem jednej z takich sytuacji sprostaliśmy poprzez chwilowe rozdzielenie się w celu znalezienia szlaku. Znaleźliśmy całkowicie pokrytą błotem wąską ścieżkę. Z lewej strony po pokonaniu stromego kilkumetrowego przewyższenia biegła dalsza trasa. Z prawej przepaść, a przed nami droga się urywała. Oczywiście odważniejszy, z lepszą kondycją Mateusz wgramolił się tam bez żadnego problemu. Ja z tytułu, że zawsze w moich myślach przeważają czarne scenariusze bałem się upadku i skręcenia karku – zostałem na dole. Kolega podał mi rękę, wciągnął mnie z plecakiem i ku uciesze ekipy w Niebie, która nade mną czuwa nie spadłem…

Wraz z kolejnymi dniami pogoda była już coraz lepsza, temperatura wyższa, śnieg powoli odchodził do lamusa, a mróz występował przede wszystkim nocami. Specjalnie nie goliłem się podczas pobytu w Nepalu, ale niestety... Moje polowanie na fotkę z wyhodowanymi soplami lodu zwisającymi z zarostu na twarzy (ala prawdziwy himalaista) spełzło na niczym ;P

Radość nie trwała zbyt długo. Pech chciał, że badając przez śnieg kijkami trekkingowymi podłoże źle oceniłem jego stan i stopa wpadła mi pod jakiś zamarznięty strumyk. Grunt, że miałem obuwie na zmianę (pamiętajcie o zabraniu jednej zapasowej pary!). Po około godzinnym marszu z Gokyo oczom naszym ukazała się „cywilizacja” w postaci osady Dragnag (4700 m n. p. m.). Oczywistą oczywistością jest, że wparowałem tam prędzej niż burza by się przebrać i wysuszyć rzeczy. Przy okazji ku pokrzepieniu sił zjedliśmy coś na ciepło i…. szczerze mówiąc było tak milusio, że chciałem już tam nocować ;P Mateusz upierał się, żeby zrobić jeszcze kilka kilometrów do najbliższej osady. Uratował mi wcześniej tyłek, więc czułem się zobowiązany. Wyruszyliśmy dalej.

Let’s come back to reality. Za tło mając jedynie to co stworzyła matka natura brnęliśmy przed siebie. Góry, strumienie i mijane pasące się jaki w akompaniamencie świergoczącego ptactwa przyglądały się naszym poczynaniom. Ledwo co zdążyłem przejść niecały kilometr i ponownie tą samą stopą wpadłem do lodowatego strumyka. Wprost cudownie. Nie miałem już nic na zmianę, a jeszcze kawałek drogi przed nami. Może jednak w złą stronę obchodziłem te doubengi?

 

Jak transportujący butle z gazem. Gotowy do wybuchu, aż przypomniało mi się Worms Armageddon 😉

Zakładaliśmy, że czekający nas odcinek będzie przebiegał w większości płasko, lub z górki. Tak było. Niestety ta górzysta MNIEJSZOŚĆ dała nam nieźle w kość. Tia, cuda. Nie tylko ja byłem wyczerpany, ale siły też opuszczały „nieśmiertelnego Mateusza z żelaza”. Ten tekst nie oddaję zapewne tego w jakim stanie byliśmy, ale uwierzcie mi, że nie było za kolorowo. Napotkany pastuszek powiedział nam, że w pobliżu jest mała wioska – Nha, w której to znajdziemy nocleg. Jest dobrze, pojawiło się światełko w tunelu. Zza gór zaczęły się wyłaniać uprawne pola (zapewne popularnych ziemniaków) i kilka zabudowań na krzyż. Było już późne popołudnie, więc musieliśmy znaleźć czym prędzej nocleg by zdążyć przed zmierzchem.Otoczenie nie sprawiało optymistycznego wrażenia, gdyż nigdzie nie widać było żywego ducha. Wypatrzyłem z góry dwie babulinki, także podbiegłem do nich i spytałem się o lodge. Nie załapały o co chodzi to przeszedłem na sprawdzone migi, uśmiechy i wypowiadanie kluczowych słów. Dowiedziałem się, że jest to tea house, ale niestety zamknięty. Nie poddając się w prosiłem je o nocleg oferując w akcie desperacji całe morze rupii. Nie przystały na to… K****! W takim razie,  cóż nam pozostało. Nie możemy usiąść i się załamywać, bo czas kurczy się niczym góralski sweterek po praniu tylko kontynuować marsz i mieć nadzieję, że natkniemy się na jakąś noclegownię.

Zacisnęliśmy zęby i po jakimś czasie wysoko w górze zobaczyliśmy jakąś dużą chałupę wyglądającą na lodgę. Fajnie. Mniej fajnie, że było to ładny kawałek od nas. Jakby tego było mało od chaty oddzielał nas duży kanion z szerokim korytem starej znajomej – Dudh Koshi. Jeszcze mało? Zaczynało się ściemniać, a w zasięgu wzroku nie było widać żadnego mostu w okolicy. No nic. W razie „W” mamy latarki, wody jest pod dostatkiem, zes**** się, a dojdziemy. Grunt, żeby nic głupiego nie robić i nie pogorszyć swojej sytuacji. 

Tar himalajski. Źródło: https://encrypted-tbn0.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcT5fedM1kbBIA_PmgG5b3gaswYg_oqW2NwmkwjNwErmuIQLmd-n

Wpierw trzeba było zejść ze stromego kanionu i dojść do rzeki. Prymitywna ścieżka prowadziła dookoła, a my nie mieliśmy czasu na nadkładanie drogi. Zeszliśmy w dół na przełaj. Mojemu kompanowi szybciej to zeszło, ja się strasznie ślimaczyłem uważając na każdy krok.Trochę się przestraszyłem chwili kiedy mijałem półkę skalną z grotą, w której schował się samiec tara himalajskiego (strasznie upraszczając jest to nepalska odmiana kozicy), ale on bał się chyba bardziej ode mnie ;P Zanim zdążyłem zejść na dół Mateusz dawno się oddalił i udał się w poszukiwaniu mostu. Potknąłem się o roztrzaskany telefon satelitarny. Znalazłem się w małej zatoczce, mając wokół skały i pieczary. Bałem się, żeby przypadkiem niedźwiedź czy jakiś inny potwór mnie nie zaatakował. Warunki do spokojnej i racjonalnej oceny sytuacji były raczej kiepskie. Najbliższą drogą przeprawy aby zaoszczędzić czasu wydawało się przejście potoku po wystających z niego głazach, ale na szczęście zrezygnowałem z tego samobójczego planu. Kolega znalazł jakąś kładkę, ale przyszła taka pora, że trzeba było wyposażyć się w latarki. Ja byłem tak zmęczony, że nie byłem w stanie dalej iść. Wziął mój plecak, zostawił bagaże w lodgy i wrócił się po mnie. Po raz kolejny uratował mi tyłek. Aby dolać oliwy do ognia wspomnę o fakcie, że znajdowaliśmy się w obszarze, w którym w 1995 roku lawina zabiła 26 osób. Milusio. Grunt, że żyjemy.

Zakotwiczyliśmy się w osadzie Fanga (Pangka) w „Viewpoint Hotel and Restaurant” 4548 m n. p. m. De facto było to chyba jedyne zabudowanie w pobliżu. Przenocowaliśmy, ogarnęliśmy się, porozmawialiśmy z właścicielem o Yeti oraz historii Nepalu i nazajutrz opuściliśmy włości koło godziny 10.

Dzień 11 22.03.19 Fanga - Dole (powrót)

Metę dzisiejszego etapu wyznaczyliśmy na wioskę Dolę. W sumie będą to ponowne odwiedziny. Wracamy podobnym szlakiem co zaczynaliśmy. Cytując moją babcię: „Kogo Pan Bóg kocha, temu krzyże zsyła”. Mnie chyba wyraźnie sobie upodobał (#męczennikboży). Coś mi się popsuło z plecami i każde kilkadziesiąt metrów pokonywałem wolniej od zataczającego się menela. Mateusz ciągle na mnie cierpliwie czekałem, ale po jakimś czasie i on stracił cierpliwość. Odetchnąłem z ulgą kiedy w zasięgu wzroku pojawiło się Dole, w którym to się spotkaliśmy. Ledwo żywy doszedłem na miejsce. Deja vu. Ponownie trafiliśmy do tej samej lodgy i pana Pemby. Oczywiście na miejscu owinąłem się bandażami, posmarowałem różnymi maściami i miałem nadzieję, że jakoś to będzie w jutrzejszym dniu.

Narodowy kwiat Nepalu i zmora osób z wadą wymowy - Rododendron. Znany wam zapewne jako pojedynczy krzak, tu w Himalajach tworzy osobne piętro roślinne. W okresie zakwitu (kwiecień/maj) cały kraj przybrany jest różową barwą. Bajeczny obraz.

Zawsze w razie tak zwanego emergency, gdy plecy dalej mi będą odmawiać posłuszeństwa istnieje możliwość wynajmu portera, który zabierze plecak w wyznaczone miejsce. Pośrednictwo w tego typu usługach oferuje dużo lodgy, a zwykle dowiecie się o tym z ich wizytówek rozdawanych na każdym kroku. Często spotkacie się z tym, że krewny właściciela jakieś guest housu będzie polecał nocleg u swojego brata/kuzyna/wujka, etc. Tam wszyscy siebie znają i są ze sobą spokrewnieni. Anyway, zdecydowałem się na transport mojego plecaka do kolejnego punktu na naszej trasie – Namche Bazaar. Bagaż ma na mnie czekać kolejnego dnia w jednym z guset housów, w którym to też na recepcji zostawię pieniądze za tragarza. Żeby móc się z nim skontaktować, wymieniliśmy się również numerami telefonów. Summa summarum zapłaciłem za to 4000 NPR. Mógłbym zbić tą cenę, ale nie miałem zbytniego pola manewru i siły do targowania się.

Dzień 12 23.03.19 Dole - Namche Bazaar (powrót)

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Często mijaliśmy bambusowe zagajniki.

Kolejnego dnia bez obciążenia na plecach szło już się dużo łatwiej i szybciej. Drogę do Namche Bazaar pokonaliśmy w ponad siedem godzin. Im niżej schodziliśmy tym ceny były niższe, rósł apetyt i siły. W Namche wynajęliśmy pokój za 200 rupii od głowy i zostawiłem gotówkę dla portera. Po załatwieniu podstawowych potrzeb od razu udaliśmy się zwiedzić miasto. Lawirowaliśmy pomiędzy uliczkami, przekąsiliśmy coś i odpoczęliśmy przy piwie (350 NPR małe, 500 NPR duże). Na włości powróciliśmy wieczorem. Chyba trafiliśmy na martwy sezon, bo z tego co widziałem byliśmy jedynymi osobami w „schronisku”. Przy recepcji czekał już na mnie plecak. Załapaliśmy się jeszcze na kolację (pamiętajcie, że nie żywiąc się w lodgy za nocleg zapłacicie więcej) i kilka buteleczek lokalnego rumu.

Dzień 13 24.03.19 Namche Bazaar - Monjo (powrót)

Cóż to za miłe uczucie obudzić się wraz z bladym świtem i nie doświadczyć bólu głowy i lodowatego zimna 😉 Wracamy do dawnych standardów. Prócz standardowego zestawu śniadaniowego menu urozmaiciłem o oferowany w tym przybytku ser z mleka naka. Plasterek kosztował 250 rupii, więc głupio by było oszczędzać pieniądze i nie spróbować tego specjału. Jak dla mnie to nic specjalnego moje kubki smakowe nie odczuły, no ale zawsze to jakieś novum w diecie ;P

Udaliśmy się wprost do bram wejścia do Parku Narodowego Sagarmatha, czyli do Monjo. Po drodze omijając dom Mingmy przeszliśmy ponownie Khumjung. Narzuciliśmy sobie zdrowe tempo, bo chcieliśmy dziś osiągnąć Luklę, więc zrezygnowaliśmy z niepotrzebnych przystanków. Jak się okazało w praniu, zdecydowaliśmy zatrzymać się na nocleg w odległym od niej o 12 km Monjo. Trochę przeceniliśmy nasze siły 😉

 

IMG_1960
(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Pod strzechą, gdzie się ulokowaliśmy za pokój z prysznicem zapłaciliśmy 600 wariatów. Tyle samo kosztowało 180 ml rumu. Raj 😉

Dzień 14 25.03.19 Monjo - Lukla (powrót)

Minęły równo dwa tygodnie. Sześć godzin zabrał nam powrót do miejsca, z którego zaczynaliśmy eksplorację Himalajów. W Lukli jak się okazało spędziliśmy jeszcze dwa dni. Dopowiem to w kolejnym wpisie. Czy wyszliśmy z tego wyjazdu na tarczy, czy też z tarczą? Powiedzmy, że tarcza była gdzieś po środku z przewagą góry 😉 Nie udało nam się zrealizować w pełni, ani nawet w połowie założonych planów na trekking, aczkolwiek to co zobaczyłem i przeżyłem podczas odbytej trasy warte było pieniędzy i czasu, które poświęciłem na wypad do Nepalu. Postarałem się wam zobrazować i szczegółowo opisać mijające dni tego tripa. Mogę mieć tylko nadzieję, że wynieśliście z tego co napisałem jakieś ciekawostki, bawiliście się tak co najmniej tak samo dobrze jak ja i czasami na waszej twarzy pojawiał się uśmiech 🙂 Jak się miało okazać w nadchodzących dniach trekking był jedynie miłym dodatkiem do pobytu w tym państwie…

PS Pozwolę sobie na jeden istotny dopisek. Dla wytrwałych i ciekawych moich dalszych poczynań opisałem trwającą pięć dni drogę powrotną do Lukli. Jeśli i ten test zdałeś i dalej cię nie zanudziłem polecam lekturę kilku kolejnych wpisów, w których to opiszę mój dalszy pobyt w Nepalu. Przedłużył się o około tydzień, więc mam nadzieję, że nadal będzie ciekawie. Zabiorę was z himalajskiego klimatu, jaków, yeti, śniegu, mrozu i minusowych temperatur wprost do przedsionku dżungli i tropików. Ze skrajności w skrajność. Jeśli chcecie mi towarzyszyć w dalszej podróży czeka nas wypad do jednego z największych nepalskich miast – Pokary i kilkudniowy pobyt w stolicy – Katmandu.

Etap nr 3: Namche Bazaar – Khumjung – Dole

Namche Bazaar (3440 m n. p. m.).

Plan „miasta”, które wbrew pozorom nie jest aż tak duże. Moim zdaniem bardziej pasuje do niego określenie duża wieś.

Osiągnęliśmy ostatni tak duży turystyczny bastion na naszej trasie. Ostatnie miejsce gdzie można czerpać pełnymi garściami ze zdobyczy cywilizacyjnych. Za przykład niech posłużą: kantor, bankomaty, apteka, kafejki internetowe, najwyższy irlandzki pub i zakład dentystyczny na świecie oraz stragany gdzie można kupić prawie wszystko czego dusza zapragnie. W dalszych stronach nie będzie już to tak proste i oczywiste. Za przykład niech posłuży kantor, który po raz ostatni uświadczymy w tym miejscu. Później MOŻE uda wam się zamienić pieniądze na lokalną walutę jedynie u jakiegoś nepalskiego cinkciarza i to w dodatku po stratnym kursie.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Namche Bazaar. Na drugim planie widokiem przypominający koronę jest masyw Kusum Kanguru, natomiast z lewej strony szczyt Thamserku (6623 m n. p. m.).

Coś co zdradza, że jednak nie jesteśmy w Zakopanem to brak samochodów, asfaltu i fakt, że brak tu dróg dojazdowych. Trafić do Namche Bazaar można jedynie śmigłowcem lub na piechotę.  Turyści dosłownie wylewają się tu z każdego miejsca. O dziwo wyjątkowo mało było Polaków (tylko raz słyszałem ojczysty język). Widziałem nawet jednego murzyna, o!

Na dole zdjęcia wprawne oko dostrzeże kobiety piorące ubrania tradycyjną metodą. W sumie innego wyjścia nie mają, bo pralek tam nie ma.

Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy po przekroczeniu bram miasta była przepiękna stupa. Nie każdy musi wiedzieć czym są te osobliwe budowle, także już spieszę z wyjaśnieniem. Określenie stupa pochodzi z sanskrytu (uogólniając pierwotny język używany m. in. na terenie dzisiejszego Nepalu), natomiast na swojej trasie natknę się również na jej tybetańskie odpowiedniki czyli czorteny. Jest to budowla (zwykle o kształcie przypominającym piramidę, lub charakterystycznych słupków/kopców) o charakterze religijnym. W ich wnętrzu są składowane relikwie Buddy, bądź też inne cenne artefakty dla buddyzmu. Aby towarzyszyła wam pozytywna karma powinno się ją okrążyć trzy razy, z lewej do prawej (absolutne minimum to minąć ją z lewej strony. Z szacunku). Czasami kopuła, lub inna część stupy przyozdobiona jest malunkiem tzw. „wszystkowidzących oczu Buddy”. Żeby spotęgować szczęście czasem u podstawy towarzyszą jej młynki modlitewne, których wprowadzenie w ruch w założeniu powinno mu dopomóc 😉

Przede mną stupa, a z prawej flanki natomiast młynki modlitewne. Poczułem się jak w małym buddyjskim Watykanie.
Przede mną stupa, a z prawej flanki natomiast młynki modlitewne. Poczułem się jak w małym buddyjskim Watykanie.

Minąwszy ją udaliśmy się do pierwszego lepszego miejsca z obrazkami jedzenia, żeby wrzucić coś na ruszt. Trafiliśmy do zwykłej chałupy, którą spośród innych wyróżniała jedynie wyeksponowana przed wejściem oferta gorących posiłków. Wszystko było w nepalskim języku, a niestety z szyldu nie szło nic upatrzyć co by nas satysfakcjonowało. Nie było menu, a gospodarze nie władali angielskim. Czy można trafić lepiej? 🙂 Jakoś się dogadaliśmy. Uśmiechy, domysły, łamany język i migi robią swoje. Zawsze to jakieś wyzwanie – bum, hej przygodo ;P Summa summarum zdaliśmy się na sprawdzoną zupę czosnkową i poprosiliśmy pozostałych obecnych o doradzenie nam co do drugiego dania (szczerze to nie jestem pewien czy zrozumieli). Zaufaliśmy ich gustowi i podali nam jedno z najpopularniejszych nepalskich dań – tzw. Dal Bhat. Z grubsza – nic skomplikowanego. Talerz z ryżem, smażonymi warzywami (tarkari) i małą miską zupy z soczewicy. Dobrze zaznaczyć, że dopóki kucharz posiada resztki ryżu i warzyw, dopóty przysługuję wam darmowa dokładka. Zdrowe, tanie i pożywne danie. W dodatku świetny zapychacz – polecam. Częsty element mojej kolacji na trekku.

Kolejny krok to wymiana gotówki w kantorze i małe zakupy. Garść batonów mających zapewnić zastrzyk glukozy, woda (cena wzrasta wraz z wysokością) oraz w końcu kijki trekkingowe. Jeśli nie chcecie być oszwabieni wręcz wypada negocjować cenę towaru ze sprzedawcą. Przykładowo za pierwszym razem usłyszałem, że koszt kijków to „handred tałzen”. Faktyczna cena to 1100 NPR i nie, nie była to wina słabej znajomości języka angielskiego tego handlarza. Po prostu był cwany. Identyczną sytuację miałem w Katmandu, ale o tym potem opowiem… Anyway, niemożliwym okazało się zejście poniżej wcześniej podanej kwoty, bo sklepikarz tłumaczył się tym, że taka cena obowiązuję na każdym stoisku. Jak prawdziwy Janusz nie omieszkałem sprawdzić jego słów. Mówił prawdę.

Nasza wizyta w Namche Bazaar długo nie potrwała. Nie mieliśmy zamiaru spędzić tam czasu przeznaczonego na aklimatyzację. W tym celu udaliśmy się w dalszą drogę (około godzina marszu) do pobliskiej wioski – Khumjung. Z Namche nasze drogi jeszcze się skrzyżują…

Opuszczając miasto, po drodze minęliśmy jeszcze lotnisko Syangboche (3720 m n. p. m.). De facto wyglądało jak zwykły, pusty, wyrównany plac. Nie zauważyłem tam żadnej infrastruktury typowej dla portów lotniczych. Zapewne był to po prostu podniebny parking dla gości eksluzywnego stojącego w okolicy hotelu „Everest View”.Ku przestrodze pamiętajcie, żeby patrzeć pod nogi i uważać na każdy krok. Najczęstszym typem nawierzchni przez, którą przeszło nam pokonywać było błoto. Nie byłbym sobą gdybym pomimo swojej nadmiernej ostrożności graniczącą z paranoją nie wywinął orła na takiej ścieżce. Miałem jedynie tyle szczęścia, że cały nie upaćkałem się w tym syfie. Pocieszał też fakt, że było to niedaleko naszego najbliższego celu i szybko wypiorę te ciuchy ;P

Khumjung (3790 m n. p. m.).

Podobnie jak w miejscu, w którym gościliśmy wcześniej tak i wejście do wioski Khumjung zwiastowała brama. Tym razem wg mnie większa, bardziej kolorowa, bogato zdobiona i upiększona młynkami modlitewnymi umieszczonymi pod jej strzechą. Mając przed sobą jedyną (póki co) drogę udaliśmy się wzdłuż niej zatrzymując się w losowej lodgy. Padło na „Buddha/Alpine lodge & restaurant”, gdzie mieściła się również piekarnia szwajcarskiego pieczywa. Czemu szwajcarskiego? Właściciel tego przybytku swego czasu często był członkiem wypraw górskich na terenie tego państwa. Widocznie tak mu zasmakowały tamtejsze wyroby piekarskie, że postanowił rozpocząć ich wypiek w swojej rodzinnej nepalskiej wiosce.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Trzej muszkieterowie.

Na miejsce dotarliśmy późnym popołudniem. Za godzinę lub dwie spodziewaliśmy się mroku, więc nie było sensu szukać przygód w pobliżu i eksplorować okolicy. Skierowaliśmy się do pokoju i zaczęliśmy wić gniazdko na nocleg. Z mojej strony wyglądało to jak typowy tzw. „pilot”, z którym miałem do czynienia na harcerskich obozach. Po prostu czym prędzej wyrzuciłem wszystko z plecaka, przywdziałem czyste ciuchy i udałem się uprać upaćkane błotem rzeczy. Córka gospodarza udostępniła mi mydło i dwie miski z ciepłą wodą, więc nie było aż tak spartańsko. No może z wyjątkiem faktu, że część prania robiłem już po ciemku, piździało jak w Kieleckiem, a ja miałem na sobie tylko klapki i coś na kształt pidżamy. Robotę wykonałem co prawda wzorowo, aczkolwiek rano wszystkie wywieszone na dworze ciuchy były skostniałe i pokryte lodem 🙂 Najważniejsze, że czyste. Zawsze poprawia to samopoczucie.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek)

Po praniu przyszedł czas na szybki, relaksujący prysznic. Tzn. był z nim tylko z nazwy. Szyjkę prysznica zastępowała miska, do której wlewało się ciepłą wodę z wcześniej przygotowanego kanistra. Za kabinę służyła jakaś drewniano-blaszana buda. Jeśli chcecie orzeźwić się gorącą bieżącą wodą zawsze wybierajcie lodge gazowym ogrzewaniem prysznica. Anyway, im szybciej przyzwyczaję się do takich warunków tym lepiej. W sumie to nie traktowałem tego jako dyskomfort, ale jako ciekawe doświadczenie.

Wieczorem zeszliśmy do jadalni i wrzuciliśmy coś na ząb. Jak już wspomniałem. Czas spędzony w Khumjung postanowiliśmy zaliczyć w poczet aklimatyzacji, więc czekały nas dwie noce w tym miejscu. Skoro ustaliliśmy już, że dysponujemy sporym zapasem czasu, mogliśmy pozwolić sobie na dłuższą chwilę relaksu. Zaprosiliśmy kierownika tego całego biznesu do wspólnej konsumpcji alkoholu, przy wieczerzy i ciepełku płynącym z kozy. Zapomniałem wspomnieć, że Mateusz przywiózł z sobą prosto z Polski pigwową Soplicę. Dużo tego nie było, bo raptem 0.7, ale cel był nie żeby się urżnąć w trupa, ale żeby otworzyć tę flaszkę w Himalajach 😀

Mogę się poszczycić tym, że to ja przejąłem inicjatywę w rozpalaniu pieca. W tym celu dorzucałem do niego placki z zaschniętego łajna jaka (wannabe strażnik ognia ;)).

Pan domu nazywał się Mingma Nuru Sherpa. Najłatwiej przyszło mi zapamiętać jego imię, które kojarzyło mi się z pigwą – składnikiem naszego napoju bogów z ojczyzny. Co do jego nazwiska (Sherpa) to wstyd się przyznać, ale miałem na jego temat totalnie mylne przekonania. Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć,  że zapewne większość osób też takie ma/miało… Otóż po pierwsze primo myślałem, że Sherpa to nie nazwisko tylko wykonywany zawód. Po drugie primo sądziłem, że Szerpa to synonim słowa tragarz. Jak bardzo się myliłem… Prostując i z grubsza tłumacząc. Jest to nazwa ludu zamieszkałego Himalaje (w większości po nepalskiej stronie). Szerpowie trudnią się: rolą, hodowlą bydła, handlem oraz są przewodnikami i tragarzami. Ich głównym źródłem chleba jest turystyka. Na pewno głównym motorem napędowym tego faktu był najsłynniejszy z Szerpów, zdobywca Mount Everest (29.05.53 r.) – Tenzing Norgay. Członkowie tego szczepu nieznacznie różnią się wyglądem od reszty mieszkańców Nepalu, a ich organizmy (przede wszystkim płuca i serca) są przystosowane do życia na wysokości i zwiększonego wysiłku fizycznego. Standardem jest, że w dowodzie osobistym jednym z członów nazwiska jest – Sherpa. Ciekawostką jest fakt, że klan ten posiada swój własny język. Zapamiętałem, że tashi delek znaczy namaste, a thuuche oznacza dziękuję.

Kocham erę konsumpcjonizmu i XXI wiek…

Mingma podobnie jak kilku innych właścicieli schronisk, których spotkaliśmy na szlaku zdobył Everest, z czego jest bardzo dumny, a jego ścianę zdobią liczne dyplomy i zdjęcia z górskich wypraw. Nie omieszkał uraczyć nas kilkoma opowieściami z wcześniej wspomnianych i opowiedzieć co nie co o Nepalu. Z tego co zanotowałem (uwaga, mogę się mylić co do ceny!) to mówił nam, że skorzystanie z usług przewodnika to wydatek (w przypadku grupy dwuosobowej) 30 dolarów na głowę. Trzeba pamiętać o tym, że nie można wynająć go tylko na kilka dni, ale na całość planowanej trasy. Dobrze również wiedzieć, że będzie on nocował i jadł we własnym zakresie. Za najpopularniejszą nepalską grę karcianą uważa „Puls” (w Internecie nic nie znalazłem na jej temat), natomiast sportem wg niego jest piłka nożna. W bezpośrednim sąsiedztwie jego włości mieści się szkoła średnia założona przez pierwszego zdobywcę Sagarmathy (znaczy to Czoło Nieba) – sir Edmunda Hillarego, której częścią jest boisko dla dzieciaków. Młodzi ostro trenują co niestety nie przekłada się na sukcesy reprezentacji Nepalu. Zero awansów do Pucharu Azji oraz do Mistrzostw Świata…

Alkohol i jedzenie się skończyło (Mingma obiecał rewanż ze swojej strony :D), w piecu już nie grzało, czas palić wrotki do spania. W łóżku mojego organizmu nie czekała łatwa przeprawa. Trudno mi było złapać powietrze, co było zapewne pokłosiem reakcji układu oddechowego na pierwszą noc spędzoną na wysokości. Skutkiem były problemy ze snem. Na szczęście mogłem sobie pozwolić na dłuższy pobyt w łóżku z tytułu na nadchodzący dzień aklimatyzacyjny

Dzień 5 (aklimatyzacja) – 16.03.19

Mięliśmy do dyspozycji cały wolny dzień, aby oswoić nasze organizmy z wysokością, na której się znajdujemy. Bez żadnych planów, pozwoliliśmy sobie na młodzieżową spontaniczność. Abym miał zdrowie i siłę, jak to wmawiano mi przez całe życie ranek rozpocząłem wzorowo. Nepalską wersją owsianki, czyli tsampą. Jej głównym składnikiem jest m. in. gruboziarnista jęczmienna mąką. Ciekawostką niech będzie fakt, że wraz z solą i masłem z mleka naka używa się jako składniki popularnej wśród Szerpów nepalskiej herbaty (su cha), którą rzecz jasna wielokrotnie raczyłem się na szlaku. Anyway, ciekawy naszych planów Mingma zaoferował swojego młodego synka (Fure) jako przewodnika po okolicy. Oczywiście darmowo (i tak młody dostał kilka słodkości 😉 ).Bardzo miło z jego strony. Fura przynajmniej miał okazję produktywnie spędzić wolny czas, podszlifować swój angielski i posłuchać kilku ciekawostek o świecie od dwóch białasów z Europy.

                Zaprowadził nas aż na drugi koniec wioski, na górę u podnóża najwyższego wzniesienia w okolicy – świętej góry Khumbili (5761 m n. p. m.). Odpuszczę wam szczegółowe pisanie po raz kolejny o drodze na szczyt. Zwykły spacer pod górkę po błotnistej i kamienistej ścieżce. Spocony jak prosiak, w końcu się tam wczłapałem (aż wstyd się przyznać, ale Młody kilkukrotnie musiał na mnie czekać), ale było warto. Bezustannie zaznaczały swoją obecność chmary skrzeczących wieszczków – nepalskiej odmiany krukowatych (czarne ubarwienie, żółty dziób). Na bezkresnym niebie zaobserwowałem również kilka szybujących majestatycznych sępów himalajskich. U kresu naszej drogi powitał nas punkt obserwacyjny, z którego to rozpościerały się przepiękny widok na himalajskie olbrzymy. Dla mnie największą atrakcją było znalezienie pośród nich tego najwyższego – Mount Everest. Naprawdę trudno opisać uczucie kiedy widzi się na własne oczy najwyższe miejsce na planecie.

Góra, Fura i komóra.
DSC_0043-2
Zapierający dech w piersiach widok. Od lewej strony Mount Everest (8848 m n. p. m.) i po środku Nuptse (7861 m n. p. m.). Ostatni z prawej to południowa ściana Lhotse (8516 m n. p. m.). Szczyt, którego nieudaną próbę zdobycia w 1989 roku, polski himalaista Jerzy Kukuczka przypłacił życiem.

Po chwili wytchnienia zeszliśmy ponownie w dół i odprowadziliśmy Fure do domu. My natomiast ruszyliśmy dalej eksplorować górską okolicę wioski. Prowizorycznymi schodkami weszliśmy na jedno ze wzgórz, gdzie otoczeni kamiennym murkiem mięliśmy idealne warunki do chilloutu pełną gębą wśród widoków rodem z National Geographic. Wkoło flagi modlitewne, cisza, spokój, słońce i świeże powietrze. Kogoś nawet na tyle poniosła magia tego miejsc, że rozpalił sobie tam ognisko. Niezbyt mądre, no ale cóż. Niestety nic mi niewiadomo o nazwie tej miejscówki. Pamiętam tylko tyle, że było to na prawo od wejścia do Khumjung.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Mateusz we wcześniej wspomnianym miejscu. W tle, w centralnej części zdjęcia, uważana za najbardziej charakterystyczną i zarazem najpiękniejszą gór Himalajów – Ama Dablam (6812 m n. p. m.).

Wpadła nam w oko jedno z wysokich wzgórz z czortenem lub stupą na szczycie. Nie wydało się, że znajduję się strasznie daleko i oceniliśmy, że w ciągu dnia zdążymy zaliczyć tam drogę w tę i nazad. Nie spoczywamy na laurach. W końcu trzeba się trochę rozruszać. Challenge accepted! Góra, którą obraliśmy sobie za cel znajdowała się poza bramą wejściową do lokacji, w której przebywaliśmy. Minęliśmy ją, aczkolwiek cywilizowanej drogi na szczyt ani widu, ani słychu. Skoro takowej brak próbowaliśmy znaleźć mniej uczęszczane podejście. Jak mam być szczery to tak intensywnie penetrowaliśmy okolicę aż w końcu kompletnie zgubiliśmy cel 😀 Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Błąkając się jak dzieci we mgle zaliczyliśmy przynajmniej spacer poza Khumjung i rozgrzaliśmy się przed kolejnym dniem. Minęliśmy: stupę, czorten, pasące się j(n)aki a w tle towarzyszył nam piękny górski krajobraz. Typowy himalajski obrazek. W spacerze towarzyszył nam pies przybłęda, któremu chyba spodobało się towarzystwo dwóch turystów z Polski (albo zasmakowały słodycze 😉 ).

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Nasz companero na tle Thamserku. Jak wszystkie spotkane przeze mnie psy w okolic i ten miał czerwone oczy. Może spowodowane to jest ciśnieniem? W każdym razie w połączeniu z czarną sierścią wyglądał jak diabeł 😉

W jednym z miejsc gdzie przycupnęliśmy odpocząć zwrócił moją uwagę podniszczony napis „save the musk deer”. Sprzedam wam ciekawostkę kim otóż jest ów delikwent.  Niby to nic nadzwyczajnego, bo rozchodzi się o zwykłego przypominającego jelenia ssaka, który występuję m. in. w Himalajach. Nie obawiajcie się, nie zamierzam was zanudzać nudnym bełkotem o królestwie zwierząt, zwyczajach żywieniowych i innych szczegółach z życia tego parzystokopytnego. Jest w nim jedna specyficzna anatomiczna ciekawostka. Ogromne kły jak w prehistorycznego tygrysa szablo zębnego. Jak łatwo się domyśleć był to główny powód (oraz piżmo produkowane przez tego piżmowca) częstych polowań na tego zwierza. Jest to gatunek objęty całkowitą ochroną.

Źródło: http://www.mrbrklyn.com/images/musk_a.jpg

Zmęczeni, aczkolwiek zadowoleni wróciliśmy do lodgy. Mateusz poszedł się przespać, mi natomiast szkoda było marnować dnia na sen. Fakt, trochę się zmęczyłem, więc połączyłem przyjemne z pożytecznym. Udałem się do jadalni, przez jakiś czas pisałem dziennik i raczyłem się regionalnym alkoholem. Sztandarowym nepalskim czarnym rumem. Nie ma to jak pić w Himalajach ulubiony trunek marynarzy.  Zataczać się nie zataczałem, ale ćwiartka pękła 😀 Mingma nie mógł się nadziwić, że nie rozcieńczam tego z wodą ani nie popijam colą.

Khukri XXX Rum – 42,8 %.

Dzień i słońce uciekają, więc nie dumałem zbyt długo nad notatkami i wyłoniłem się na zewnątrz w celu obchodu wioski. Mijając długi mur z tabliczek Mani natknąłem się na przejaw cywilizacji. O dziwo w okolicy był bankomat (ATM), jak się później okazało ostatni na trasie, więc postanowiłem wypłacić trochę gotówki. Polecam na raz pobierać większe kwoty, bo prowizja od każdej transakcji to 500 rupii.

Tak jak pisałem wcześniej, nie sprawdzałem w Internecie co warto zobaczyć w Khumjung tylko poszedłem na żywioł. Ominąłem kilka ciekawych miejsc (większość w pobliskiej wiosce Khunde), ale też udało mi się całkowicie przypadkowo zwiedzić prawie najstarszy (drugi) buddyjski klasztor w regionie Khumbu. Sakralne budowle podobne do Samten Choling (bo tak się oficjalnie)  nazywane są przez Nepalczyków Gompami. Prócz pełnienia funkcji świątyni, są to również główne centra obchodzonych w ciągu roku religijnych festiwali.

Dobrze wiedzieć czy w czasie waszego pobytu w Nepalu nie odbywa się jeden z nich. Może to być niezapomniane przeżycie dla turysty z Europy. Bilet wstępu to wydatek 300 NPR. Już słyszę te głosy. Szkoda pieniędzy! Nic specjalnego! No dobra… Dodam fakt, że jest tam trzymany skalp Yeti. Niniejsza Gompa jest jednym z niewielu miejsc na świecie gdzie można zobaczyć domniemane szczątki mitycznego Człowieka Śniegu. Wg wierzeń nepalskiej ludności są dwa rodzaje Yeti: Chuti i Meh teh (Mite). Ten pierwszy poluje tylko na zwierzęta i spotkanie z nim jest bezpieczne. Niestety ten drugi nie stroni od ataków na ludzi. Nosicielem zdobycznego skalpu jest Yeti, które w 1974 roku, na pastwiskach wsi Macherma zaatakowało mieszkankę Khumjung. Anyway, podczas niektórych z religijnych świąt jest on przyodziewany przez jednego z mnichów w celu odpędzenia złych duchów z klasztoru.

Legenda monstrualnego „Człowieka Małpy” obecna jest prawie na każdej szerokości geograficznej świata. Nawet na dalekiej Syberii tamtejsze plemiona (vide Mansowie, nie mylić z Mansonami) wierzą w istnienie tajemniczej istoty, która jest jego odpowiednikiem. Nazywają go Menk. W tym miejscu warto polecić wam lekturę na temat incydentu na przełęczy Diatłowa w ZSRR, oraz obejrzeć o tym film pod identycznym tytułem.
Jedno z wytłumaczeń pochodzenia Yeti widzianego w Himalajach pochodzi z obserwacji niedźwiedzia. Mam tu na myśli niezwykle rzadki, zagrożony wyginięciem gatunek niedźwiedzia himalajskiego, który nie stroni od ataków na wszystko co się porusza na dwóch i czterech nogach. Prawdopodobnie ktoś się natknął na ów delikwenta, który przybrał wyprostowaną pozę w pionie, plotka poszła dalej, głuchy telefon zadziałał i Yeti jak znalazł.

Jednym słowem nie żałowałem spaceru po wiosce, a Mateuszowi współczułem decyzji o zostaniu w łóżku. Nie dość, że wróciłem na tarczy to jeszcze do naszego gospodarza przyszło kilku gości, których poczęstował własnoręcznie przyrządzonym raksi. Miło, że pamiętał o danym słowie i przy okazji wspólnej kolacji nie omieszkał także poczęstować dwóch turystów z Polski 😀 Niestety musieliśmy się pilnować z alkoholem, bo jutro chcemy kontynuować trekking.

Dzień 6 - 17.03.19

Nazajutrz wstaliśmy wcześnie rano. Zjedliśmy pożywne śniadanie (tibetan bread z dżemorem. Popiliśmy to herbatą z imbiru – możliwe zamówienie jednej szklanki, albo całego dzbanka). Szybko zmobilizowaliśmy się do opuszczenia lodgy, uregulowaliśmy wszystkie rachunki i wyruszyliśmy około godziny 9 (co stawało się rutyną)…Udaliśmy się w kierunki wioski Dole, w której to zaplanowaliśmy najbliższy nocleg.

PS Relacja z tych trzech dni trochę się rozciągnęła, także na nich spauzuję w tym wpisie. W kolejnym będę kontynuował dalszy opis pokonywanego przez nas szlaku. Coraz bardziej idziemy w górę. Następny przystanek zrobimy na wysokości 4038 m n. p. m. Tym czasem do zobaczenia przy okazji kolejnego wpisu! 🙂

PPS Po raz enty. Dzięki, że jesteście i przeznaczacie swój czas na lekturę tego bloga.

Rosja, Mongolia, Chiny – wyjazd odwołany.

Witam, niestety jestem zmuszony odwołać mój mający mieć początek dzisiaj wyjazd do Eurazji (Rosja, Chiny, Mongolia). Wczoraj na kilka godzin przed wylotem dowiedziałem się, że mój towarzysz nagle zmienił zdanie i odwidział mu się wylot do niniejszych państw. W związku z tym, stanąłem przed wyborem czy pokonać założoną trasę samotnie, czy zrezygnować z niej i zostać w domu. Ze względu na to, że w życiu pozostał mi tylko ojciec, z którym wspólnie mieszkam, zadecydowałem o odpuszczeniu tej podróży. Nie miałbym serca zostawiać go samotnie z myślami, co się dzieję z jego synem na mongolskich i chińskich zadupiach. Zapomniałem o egoizmie i podjąłem wcześniej wspomnianą decyzję.

Przepraszam, że tylu z was zaangażowałem w śledzenie tej podróży. Nie sądziłem, że kiedyś przyjdzie mi robić gębę z dupy, ale z niezależnych ode mnie przyczyn tak wyszło. Liczę na nić zrozumienia z waszej strony. Przepraszam.

Bartosz Kwiek, 09.07.18