Etap nr 4: Khumjung – Mong La – Phortse Tenga – Dole – Macherma – Gokyo + powrót do Lukli

Tym razem skorzystanie z mapy nawet nam przez myśl nie przeszło. Droga była bardzo dobrze oznaczona wyraźnymi drogowskazami. Mówiąc szczerze to trudno było się zgubić mając do wyboru dwa, albo trzy kierunki. Skierowaliśmy się na północ, w stronę popularnego miejsca gdzie trekkerzy robią sobie przystanek w wędrówce- górskiej osady Dole.

Trasa, którą obraliśmy prowadziła wzdłuż wschodniej ściany Khumbili. Kierowaliśmy się wąska, utwardzona piachem i kamieniami ścieżką. Lawirowaniu pomiędzy nimi i utrzymaniu balansu niestety nie pomagało wszechobecne błoto. Pokonywaliśmy ciągle zmieniające się różnice poziomów. Prosto, w dół, wspinanie się i tak w koło Macieju. Najgorsze i najbardziej obciążające łydki były zejścia w dół. Z lewa skały, z prawa ogromne przepaści wraz z płynącą daleko w dole rzeką Dudh Koshi i towarzyszące nam nieme olbrzymy: Everest, Lhotse, Kangtenga i Thamserku. Znajoma okolica chciałoby się rzec. Prócz kilku szczegółów. Przede wszystkim wysokości, stromizn i ogromnych przepaści (trasa bez barierek i zabezpieczeń, istny raj dla Korwina 😉 ). Spadniesz w dół – skręcisz kark. Game over. W takich okolicznościach niestety nie jest łatwo o wysokie morale i dobry humor. Z ratunkiem przyszedł przenośny system dźwiękowy. Na trekk wziąłem mały głośniczek, który Mateusz umieścił na zewnątrz plecaka. Płynąca z membran muzyka grana przez: Breakout, Budkę Suflera, Kazika i The Doors oraz The Pogues znacznie umilała upływający czas. Dzięki bogu za Spotify. Najlepszy sposób aby umilić sobie czas to pobrać zawczasu dane utwory i cieszyć się płynącymi dźwiękami nawet podczas braku Internetu.

Mong La (3975m m n. p. m.).

Kilku godzinny marsz przerwaliśmy na ciepły posiłek, zimny, słodki napój i chwilę odpoczynku w małej przydrożnej osadzie liczącej kilka domków i jeden historyczny czorten – Mong La.

Prócz nepalskich rupii zostało mi kilkadziesiąt dolarów, których zapomniałem wymienić w Namche. Nie miałem co z nimi zrobić, a pieniądz zawsze się przyda. Spytałem się lokalnego pracownika tej jadłodajni czy wie gdzie mogę wymienić tę walutę na tutejszą gotówkę. Niestety świat kantorów dawno odszedł to w zapomnienie, ale kolega okazał się być domorosłym cinkciarzem 😉 Po trochę stratnym dla mnie kursie dokonaliśmy transakcji. 1 USD wymienił mi na 100 NPR. W sumie za 20 „baksów” dostałem 2000 rupii. Będę przynajmniej miał jakieś drobniaki.

Stamtąd udaliśmy się w dalszą drogę. Pokonując kolejne przepaści i coraz bardziej zalesione drzewami iglastymi tereny minęliśmy następną osadę.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Mała przerwa z Nepalczykiem w Phortse Tenga (3840 m n. p. m.).

Zmieniła się cyferka w liczniku wysokości (na 4 km n. p. m.) i wraz z nią pogoda. Zresztą w pełni adekwatna co do wysokości. Oprócz błota, pojawił się lód i zaczął sypać śnieg. Było coraz bardziej zimno, wietrznie i biało. Grunt to pamiętać o stuptutach (nie oszczędzajcie na nich… ja zrobiłem ten błąd) i nakryciu plecaka specjalną wodoodporną płachtą by zabezpieczyć jego wnętrze przed przemoczeniem. Mijane tło zostało również urozmaicone o nowe elementy scenerii – kamienne schody, zamarznięte strumienie i wodospady oraz liczne mosty umożliwiające dalszą przeprawę.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) W Nepalu jaki występują również dziko dlatego obecność tego bydła niekoniecznie oznacza cywilizację w pobliżu.

Dole (4038 m n. p. m.).

Około godziny 15 doczłapaliśmy się do celu. Zakotwiczyliśmy się w „Dole lodge”, której włodarz Pemba (łatwo zapamiętałem jego imię dzięki Pumbie z „Króla Lwa”) Sherpa, który był członkiem wyprawy Wojciecha Kukuczki (syn ś. p. Jerzego) na Mount Everest w 2012 roku. Krótko i ładnie mówiąc byłem porządnie zmęczony. Pierwsze kroki skierowałem do pokojowego łóżka, aby poleżeć bez celu i zregenerować siły. Potem przyszedł czas na osuszenie mokrych ubrań przy „kozie”, prysznic (luksusowy, bo na gaz!) i kolację.

Warto wspomnieć o czymś bez czego cywilizowany człowiek żyć nie może – ubikacji. Jako, że jesteśmy wysoko w górach nie powinno to nikogo, że warunki higieniczne nie są najwyższych lotów. W związku z tym zamiast sedesu znajdziecie dziurę w ziemi, albo w najlepszym wypadku plastikowy tron nad nią (i tak nic nie przebije tego jak jechałem pociągiem przez Chiny i musiałem trafiać podczas jazdy do ciągle przemieszczającej się dziury w podłodze kibla). W zasięgu ręki powinien znajdować się zbiorniczek z wodą, którą pobieracie spoczywającym w środku pojemniczkiem – jest to substytutu spłuczki. Czystość jednak nie jest łatwo utrzymać, gdy wspomniana woda zamarznie. Przypominam, że nie ma ogrzewania, a noce są lodowate

Toaleta.
Częstą praktyką jest wieszanie w futrynach płacht z materiału zamiast montowania drzwi. W lodgy i tak jest zimno, a włodarze są w stanie zaoszczędzić na transporcie budulca z niżej położonych partii gór.

Dzień 7 – 18.03.19

Na bieżący dzień planujemy jedynie pokonać krótki odcinek, także spędzamy więcej czasu w śpiworach i wyruszamy godzinę później niż zwykle. Wśród totalnie białego krajobrazu i zamieci śnieżnej udajemy się w stronę położonego wysoko w górach Gokyo.

Przystanek na nocleg obraliśmy w odległym o ponad 5 kilometrów Machermo. Jaja się skończyły. To właśnie tam w 1974 roku Yeti zaatakowało bogu ducha winną Lhakpa Doma Sherpa. Potężnym uderzeniem, została wrzucona do pobliskiego strumienia. Przeżyła tylko dlatego, że udawała martwą. Trzy jaki, które jej towarzyszyły nie miały już na tyle szczęścia. Apropos bezpieczeństwa. Pamiętajcie o wyposażeniu się w profesjonalne okulary przeciwsłoneczne, gdyż promienie słońca odbijające się od śniegu totalnie oślepiają człowieka. Dodatkowo jak wielokrotnie uczulałem wcześniej… Patrzcie pod nogi. Uwierzcie mi, że najwygodniej szło mi się po śniegu. Jednak pamiętajcie, że jest ślisko, nie wiadomo jak jest głęboki (nałóżcie specjalne okrągłe nakładki na kijki do trekkingu zapobiegające zapadaniu) i czasem nie widać drogi… Z Mateuszem straciliśmy ją kilkukrotnie z pola widzenia. W takich sytuacjach szliśmy w dwie różne strony i ten, który pierwszy zobaczył jakąś oznakę ludzkiej roboty dawał sygnały drugiemu aby dołączył. Całe szczęście niniejszy system się sprawdzał i przeżyliśmy 😀 Na szlaku nie spotkaliśmy już żadnych turystów… W okolicach godziny trzynastej szukaliśmy już noclegu w leżącej u stóp lodowca i przepływającej obok „Mlecznej Rzeki” wioski Machermo.

Machermo (4470 m n. p. m.).

Wystarczyło wyjść przed lodge i taki oto widok ukazał się naszym oczom 🙂

Szczęście mnie się nadal imało (jak to zwykle bywa od ponad 30 lat). Nie dotyczyło to gotówki w fizycznej postaci  ;P Szczęśliwie w guest housie gdzie gościliśmy (Namgyal Lodge) nie dość, że realizowano transakcje za pomocą karty płatniczej to jeszcze można było skorzystać z opcji cashback! W sumie gdybym sprawdził ten nocleg wcześniej na Bookingu nie powinno być to dla mnie niespodzianką. Jedynie terminal szwankował, czekałem aż zaskoczy z pół godziny. Mądry Polak po szkodzie… Anyway, moja cierpliwość została nagrodzona pamiątkowym nepalskim numizmatem. Monety (nazwa tego numizmatu to paisa, których setka daje jedną rupię) już prawie wyszły z użytku w Nepalu, więc jest to nie lada souvenir 😉 Komizm sytuacji sięgnął tego stopnia, że są one sprzedawane w sklepach jako pamiątka.

Oblepione naklejkami wypraw trekkingowych lodge to normalny widok.

Dzień 8 – 19.03.19

Po regenerującej nocy wyruszyliśmy o podobnej godzinie co ostatnio. Szliśmy już bezpośrednio do Gokyo. Nowym gatunkiem ptaka, z którym często przecinały się nasze szlaki był kuro/bażanto podobny ułar tybetański.  

Para ułarów tybetańskich. Źródło: https://st2.depositphotos.com/2547313/7801/i/950/depositphotos_78010464-stock-photo-tibetan-snowcock-couple.jpg

Teoretycznie był to krótki odcinek, aczkolwiek zaważył na całym dalszym trekkingu. Podczas marszu coraz bardziej zaczęła mnie boleć głowa. Ściślej mówiąc czułem się jakby ktoś wbijał mi szpilki w potylicę. Oczywiście nie był to nagły ból, wcześniej już miałem podobne symptomy, ale jedna tabletka pomagała i po chwili mijało to uczucie. Do tego doszły jeszcze zawroty głowy i totalne opadnięcie z sił. Tym razem było to aż nazbyt intensywne i każdy pokonywany metr w takich warunkach (strasznie wysokie przepaści, śliskie podłoże, zamarznięte strumienie, zaspy śnieżne) był koszmarem i mógłbym przypłacić to życiem. Na śniegu zauważyłem ślady kocich łap, więc jeszcze tylko wygłodniałej śnieżnej pantery (zagrożony wyginięciem gatunek znany też jako irbis) brakło do kompletu.

Irbis. Źródło: https://seethewild.org/wp-content/uploads/2018/07/13360204225_919e9e35a8_o-806x403.jpg

Moje tempo marszu stało się bliskie ślimaczemu i niestety zmuszało to również dobrze czującego się Mateusza do niekończących się przystanków i czekania aż do niego dołączę. Co by tu nie było byłem w takiej sytuacji, że po prostu musiałem zagryźć zęby i iść przed siebie. Wycofać się nie mogłem, natomiast smęty i narzekania by nic tu nie dały, a tylko odebrałyby mi siły… Jakoś udało nam się dojść  do pierwszego lepszego guest housu w Gokyo. W oczy rzucała się przede wszystkim zabudowa tej małej himalajskiej oazy. Na większości dachów spoczywały duże kamienie, mające zapewne na celu utrzymanie sufitu w całości w czasie częstych porywistych wichur. Podsumowując: wieje, piździ, pada śnieg, boli głowa, jestem ledwo przytomny, padam z nóg – jednym słowem cudownie 😉 Przynajmniej czułem, że żyję…

Gokyo (4790 m n. p. m.).

W okolicy leży kompleks znanych dziewiętnastu jezior, które de facto są jednymi z najwyżej położonych tego typu zbiorników wodnych na świecie. Wioska Gokyo leży nad jednym z nich, a dokładniej trzecim – „Dudh Pokhari”. Niestety prawie całe było zamarznięte i przykryte śniegiem, więc nie było czym się zachwycać…

Kolejnym celem w naszym planie powinno być pokonanie przełęczy Cho La Pass (5380 m n. p. m.) (Himalaje centralne), która była „furtką” do dalszej eksploracji wschodniej części Nepalu. Szczególnie zależało nam na zdobyciu Chukhung Ri (5530 m n. p. m.) i Kala Pathar (5655 m n. p. m.), odwiedzeniu Everest Base Camp i przejściu przez Kongma La Pass (5550 m n. p. m.). Przedarcie się przez tą przełęcz szacowaliśmy na minimum dwanaście godzin. Kilkukrotnie odradzano nam samotną przeprawę przez Cho La Pass (vide Mingma Sherpa) z tytułu opadów śniegu, lodu i wąskich niezabezpieczonych przesmyków, które można było pokonać tylko czołgając się. Zrezygnowaliśmy z tej opcji. Podjęliśmy wspólną decyzję o spędzeniu dodatkowego dnia w Gokyo (ja poleżę w łóżku, a Mateusz spędzi go produktywnie), odpuszczeniu dalszej części trekkingu i wycofaniu się do Lukli.

Fakt. Po dniu aklimatyzacyjnym mógłbym się poczuć lepiej, ale nie chciałem zachowywać się jak lekkomyślny idiota i ryzykować. Przede wszystkim sprowadzała mnie na ziemię świadomość, że gdyby coś mi się stało to Mateusz samotnie, odizolowany od wszystkiego w wysokich górach, musiałby organizować dla mnie pomoc. Nie czułem się z tym w porządku, gdyż przeze mnie mój kolega musiał zrezygnować z lwiej części naszych planów… Pozostał mi kolosalny dług wdzięczności wobec niego. Daliśmy też ciała z planowaniem trasy, ale mniejsza o to. Czasu się nie cofnie, a przynajmniej jest jakiś powód, żeby ponownie udać się w Himalaje.

Dzień 9 – 20.03.19

Nie mam tu nic ciekawego  do opisywania, a nie chcę was zanudzać. Mateusz sam poszedł zdobyć szczyt Gokyo Ri (5357m n. p. m.), a ja cały dzień spędziłem w jadalni racząc się nepalską kuchnią, regerując siły i pisząc ten dziennik (oczywiście nie w Internecie, ale sporządzając luźne notatki w zeszycie). Wolny czas wykorzystałem również na zrobienie prania (nie chciałem nosić tego całego cuchnącego syfu w plecaku).

Dobry patent na skuteczne domykanie drzwi. Woreczek z obciążeniem przywiązany do framugi.

Poprosiłem Mateusza o relację z tego jak przebiegał jego dzień. Na chwilę oddaję mu „pióro”:

 „Wyjście na Gokyo Ri zaczęło się od oczywiście od zbyt późnej pobudki spowodowanej raczej nie lenistwem lecz objawami przemęczenia spowodowanymi spaniem (a raczej nie spaniem) na wysokości niemalże 5000 m n.p.m. Szczyt nie należy do wybitnych pod względem trudności technicznych, raczej jest to wchodzenie niż wspinaczka, jedyną rzeczą która najbardziej doskwiera to ograniczony brak tlenu w powietrzu, który jest naprawdę uciążliwy. Wrażenia z wchodzenia wyglądały następująco, dwie minuty podchodzenia, minuta odpoczynku. Brak określonego szlaku, całe zbocze było poprzecinane niezliczoną liczbą ścieżek wydeptaną raczej przez wysokogórskie zwierzęta niż przez ludzi. Widok z samego szczytu był bardzo majestatyczny aczkolwiek „surowy”. Surowość krajobrazu potęgowało totalne osamotnienie spowodowane małym ruchem turystycznym o tej porze roku. Dojście do szczytu zajęło około 3,5 godziny, zejście 1,5 godziny. Temperatura według moich danych na szczycie wynosiła około -25 st. C. Zdjęcia jak i filmy nie oddają rzecz jasna rzeczywistych wrażeń. Zdecydowanie punkt obowiązkowy do zobaczenia w tej części Himalajów.

Dzień 10 21.03.19 Gokyo - Fanga (powrót)

Gokyo - Dragnag - Nha – Fanga – Dole - Namche Bazaar – Monjo – Lukla

W tym miejscu niby mógł bym po prostu streścić do kilku akapitów trasę od Gokyo do Lukli, jednak opiewała ona w różne ciekawostki, dla których warto poświęcić więcej miejsca. Lekturę niniejszej części wpisu zalecam tylko najwytrwalszym i ciekawym dalszego obrotu sprawy, bo raczej nie ze względu na objętość tekstu nie trafi to do wszystkich ;P Anyway, jak to się mówi – nie jest to zupa pomidorowa, żeby to każdy lubił. Mimo wszystko mam nadzieję, że nikogo nie zanudzę i będziecie się dobrze bawić… To co, zapinamy pasy i startujemy?

Z nowymi siłami i w lepszej kondycji wyruszyliśmy w stronę punktu wyjścia, czyli Lukli. Blisko to nie było, więc mimo wszystko czekało nas podczas powrotnego trekku jeszcze kilka noclegów. Paradoksalnie droga trwała krócej, gdyż nie musieliśmy tracić czasu na aklimatyzację organizmów i tym samym dzielić powrotnej trasy na krótkie odcinki marszu. Po prostu zatrzymywaliśmy się tam gdzie nam odpowiadało.

Totalnie biały krajobraz urozmaicił nam lodowiec. Nie to, że widoczny z daleka. Leżał na naszej trasie, a więc trzeba było z delikwentem przeżyć spotkanie trzeciego stopnia. Tym kolosem był najdłuższy lodowiec w Himalajach (długi jak z Gdyni do Kartuz) – Ngozummpa. Jednakowoż dane nam było zobaczyć skąd wybija nasza nieodłączna towarzyszka podróży – rzeka Dudh Koshi.

Lodowiec Ngozummpa.

Piękne widoki, pięknymi widokami, ale nie należy zapominać, że przyroda bywa zdradliwa. Podobnie jak pewnego dżentelmena ponad 2000 lat temu czekało mnie kilka „upadków” podczas powrotnego trekkingu. Szczęśliwie wszystko skończyło się dobrze. Może udział w tym miały ugłaskane bóstwa i odstraszone złe duchy. Sztuczka polega na dołożeniu jednego kamyka i okrążeniu, albo wyminięciu z prawej strony, któregoś z kamiennych kopczyków (tzw. „doubengi”) licznie przez nas spotykanych w okolicy.

Zadymiony szczyt po lewej to ósma najwyższa góra na świecie, znajdujący się na granicy z Chinami - Cho Oyu (8201 m n. p. m.) (tłum. "Turkusowa bogini"). W tej samej linii, po prawej, o kształcie trapezu jest najwyższy z siedmiotysięczników - Gyachung Kang (7952 m n. p. m.).

Wszędzie wkoło mleko, idziemy bez szczegółowo wytyczonej trasy, brak śladów cywilizacji i bądź tu mądry gdzie się kierować. Wcale nie pomagało to, że zmęczenie dawało sie we znaki po pokonywaniu głębokich zasp śnieżnych i moren lodowcowych. Sprawdzonym sposobem jednej z takich sytuacji sprostaliśmy poprzez chwilowe rozdzielenie się w celu znalezienia szlaku. Znaleźliśmy całkowicie pokrytą błotem wąską ścieżkę. Z lewej strony po pokonaniu stromego kilkumetrowego przewyższenia biegła dalsza trasa. Z prawej przepaść, a przed nami droga się urywała. Oczywiście odważniejszy, z lepszą kondycją Mateusz wgramolił się tam bez żadnego problemu. Ja z tytułu, że zawsze w moich myślach przeważają czarne scenariusze bałem się upadku i skręcenia karku – zostałem na dole. Kolega podał mi rękę, wciągnął mnie z plecakiem i ku uciesze ekipy w Niebie, która nade mną czuwa nie spadłem…

Wraz z kolejnymi dniami pogoda była już coraz lepsza, temperatura wyższa, śnieg powoli odchodził do lamusa, a mróz występował przede wszystkim nocami. Specjalnie nie goliłem się podczas pobytu w Nepalu, ale niestety... Moje polowanie na fotkę z wyhodowanymi soplami lodu zwisającymi z zarostu na twarzy (ala prawdziwy himalaista) spełzło na niczym ;P

Radość nie trwała zbyt długo. Pech chciał, że badając przez śnieg kijkami trekkingowymi podłoże źle oceniłem jego stan i stopa wpadła mi pod jakiś zamarznięty strumyk. Grunt, że miałem obuwie na zmianę (pamiętajcie o zabraniu jednej zapasowej pary!). Po około godzinnym marszu z Gokyo oczom naszym ukazała się „cywilizacja” w postaci osady Dragnag (4700 m n. p. m.). Oczywistą oczywistością jest, że wparowałem tam prędzej niż burza by się przebrać i wysuszyć rzeczy. Przy okazji ku pokrzepieniu sił zjedliśmy coś na ciepło i…. szczerze mówiąc było tak milusio, że chciałem już tam nocować ;P Mateusz upierał się, żeby zrobić jeszcze kilka kilometrów do najbliższej osady. Uratował mi wcześniej tyłek, więc czułem się zobowiązany. Wyruszyliśmy dalej.

Let’s come back to reality. Za tło mając jedynie to co stworzyła matka natura brnęliśmy przed siebie. Góry, strumienie i mijane pasące się jaki w akompaniamencie świergoczącego ptactwa przyglądały się naszym poczynaniom. Ledwo co zdążyłem przejść niecały kilometr i ponownie tą samą stopą wpadłem do lodowatego strumyka. Wprost cudownie. Nie miałem już nic na zmianę, a jeszcze kawałek drogi przed nami. Może jednak w złą stronę obchodziłem te doubengi?

 

Jak transportujący butle z gazem. Gotowy do wybuchu, aż przypomniało mi się Worms Armageddon 😉

Zakładaliśmy, że czekający nas odcinek będzie przebiegał w większości płasko, lub z górki. Tak było. Niestety ta górzysta MNIEJSZOŚĆ dała nam nieźle w kość. Tia, cuda. Nie tylko ja byłem wyczerpany, ale siły też opuszczały „nieśmiertelnego Mateusza z żelaza”. Ten tekst nie oddaję zapewne tego w jakim stanie byliśmy, ale uwierzcie mi, że nie było za kolorowo. Napotkany pastuszek powiedział nam, że w pobliżu jest mała wioska – Nha, w której to znajdziemy nocleg. Jest dobrze, pojawiło się światełko w tunelu. Zza gór zaczęły się wyłaniać uprawne pola (zapewne popularnych ziemniaków) i kilka zabudowań na krzyż. Było już późne popołudnie, więc musieliśmy znaleźć czym prędzej nocleg by zdążyć przed zmierzchem.Otoczenie nie sprawiało optymistycznego wrażenia, gdyż nigdzie nie widać było żywego ducha. Wypatrzyłem z góry dwie babulinki, także podbiegłem do nich i spytałem się o lodge. Nie załapały o co chodzi to przeszedłem na sprawdzone migi, uśmiechy i wypowiadanie kluczowych słów. Dowiedziałem się, że jest to tea house, ale niestety zamknięty. Nie poddając się w prosiłem je o nocleg oferując w akcie desperacji całe morze rupii. Nie przystały na to… K****! W takim razie,  cóż nam pozostało. Nie możemy usiąść i się załamywać, bo czas kurczy się niczym góralski sweterek po praniu tylko kontynuować marsz i mieć nadzieję, że natkniemy się na jakąś noclegownię.

Zacisnęliśmy zęby i po jakimś czasie wysoko w górze zobaczyliśmy jakąś dużą chałupę wyglądającą na lodgę. Fajnie. Mniej fajnie, że było to ładny kawałek od nas. Jakby tego było mało od chaty oddzielał nas duży kanion z szerokim korytem starej znajomej – Dudh Koshi. Jeszcze mało? Zaczynało się ściemniać, a w zasięgu wzroku nie było widać żadnego mostu w okolicy. No nic. W razie „W” mamy latarki, wody jest pod dostatkiem, zes**** się, a dojdziemy. Grunt, żeby nic głupiego nie robić i nie pogorszyć swojej sytuacji. 

Tar himalajski. Źródło: https://encrypted-tbn0.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcT5fedM1kbBIA_PmgG5b3gaswYg_oqW2NwmkwjNwErmuIQLmd-n

Wpierw trzeba było zejść ze stromego kanionu i dojść do rzeki. Prymitywna ścieżka prowadziła dookoła, a my nie mieliśmy czasu na nadkładanie drogi. Zeszliśmy w dół na przełaj. Mojemu kompanowi szybciej to zeszło, ja się strasznie ślimaczyłem uważając na każdy krok.Trochę się przestraszyłem chwili kiedy mijałem półkę skalną z grotą, w której schował się samiec tara himalajskiego (strasznie upraszczając jest to nepalska odmiana kozicy), ale on bał się chyba bardziej ode mnie ;P Zanim zdążyłem zejść na dół Mateusz dawno się oddalił i udał się w poszukiwaniu mostu. Potknąłem się o roztrzaskany telefon satelitarny. Znalazłem się w małej zatoczce, mając wokół skały i pieczary. Bałem się, żeby przypadkiem niedźwiedź czy jakiś inny potwór mnie nie zaatakował. Warunki do spokojnej i racjonalnej oceny sytuacji były raczej kiepskie. Najbliższą drogą przeprawy aby zaoszczędzić czasu wydawało się przejście potoku po wystających z niego głazach, ale na szczęście zrezygnowałem z tego samobójczego planu. Kolega znalazł jakąś kładkę, ale przyszła taka pora, że trzeba było wyposażyć się w latarki. Ja byłem tak zmęczony, że nie byłem w stanie dalej iść. Wziął mój plecak, zostawił bagaże w lodgy i wrócił się po mnie. Po raz kolejny uratował mi tyłek. Aby dolać oliwy do ognia wspomnę o fakcie, że znajdowaliśmy się w obszarze, w którym w 1995 roku lawina zabiła 26 osób. Milusio. Grunt, że żyjemy.

Zakotwiczyliśmy się w osadzie Fanga (Pangka) w „Viewpoint Hotel and Restaurant” 4548 m n. p. m. De facto było to chyba jedyne zabudowanie w pobliżu. Przenocowaliśmy, ogarnęliśmy się, porozmawialiśmy z właścicielem o Yeti oraz historii Nepalu i nazajutrz opuściliśmy włości koło godziny 10.

Dzień 11 22.03.19 Fanga - Dole (powrót)

Metę dzisiejszego etapu wyznaczyliśmy na wioskę Dolę. W sumie będą to ponowne odwiedziny. Wracamy podobnym szlakiem co zaczynaliśmy. Cytując moją babcię: „Kogo Pan Bóg kocha, temu krzyże zsyła”. Mnie chyba wyraźnie sobie upodobał (#męczennikboży). Coś mi się popsuło z plecami i każde kilkadziesiąt metrów pokonywałem wolniej od zataczającego się menela. Mateusz ciągle na mnie cierpliwie czekałem, ale po jakimś czasie i on stracił cierpliwość. Odetchnąłem z ulgą kiedy w zasięgu wzroku pojawiło się Dole, w którym to się spotkaliśmy. Ledwo żywy doszedłem na miejsce. Deja vu. Ponownie trafiliśmy do tej samej lodgy i pana Pemby. Oczywiście na miejscu owinąłem się bandażami, posmarowałem różnymi maściami i miałem nadzieję, że jakoś to będzie w jutrzejszym dniu.

Narodowy kwiat Nepalu i zmora osób z wadą wymowy - Rododendron. Znany wam zapewne jako pojedynczy krzak, tu w Himalajach tworzy osobne piętro roślinne. W okresie zakwitu (kwiecień/maj) cały kraj przybrany jest różową barwą. Bajeczny obraz.

Zawsze w razie tak zwanego emergency, gdy plecy dalej mi będą odmawiać posłuszeństwa istnieje możliwość wynajmu portera, który zabierze plecak w wyznaczone miejsce. Pośrednictwo w tego typu usługach oferuje dużo lodgy, a zwykle dowiecie się o tym z ich wizytówek rozdawanych na każdym kroku. Często spotkacie się z tym, że krewny właściciela jakieś guest housu będzie polecał nocleg u swojego brata/kuzyna/wujka, etc. Tam wszyscy siebie znają i są ze sobą spokrewnieni. Anyway, zdecydowałem się na transport mojego plecaka do kolejnego punktu na naszej trasie – Namche Bazaar. Bagaż ma na mnie czekać kolejnego dnia w jednym z guset housów, w którym to też na recepcji zostawię pieniądze za tragarza. Żeby móc się z nim skontaktować, wymieniliśmy się również numerami telefonów. Summa summarum zapłaciłem za to 4000 NPR. Mógłbym zbić tą cenę, ale nie miałem zbytniego pola manewru i siły do targowania się.

Dzień 12 23.03.19 Dole - Namche Bazaar (powrót)

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Często mijaliśmy bambusowe zagajniki.

Kolejnego dnia bez obciążenia na plecach szło już się dużo łatwiej i szybciej. Drogę do Namche Bazaar pokonaliśmy w ponad siedem godzin. Im niżej schodziliśmy tym ceny były niższe, rósł apetyt i siły. W Namche wynajęliśmy pokój za 200 rupii od głowy i zostawiłem gotówkę dla portera. Po załatwieniu podstawowych potrzeb od razu udaliśmy się zwiedzić miasto. Lawirowaliśmy pomiędzy uliczkami, przekąsiliśmy coś i odpoczęliśmy przy piwie (350 NPR małe, 500 NPR duże). Na włości powróciliśmy wieczorem. Chyba trafiliśmy na martwy sezon, bo z tego co widziałem byliśmy jedynymi osobami w „schronisku”. Przy recepcji czekał już na mnie plecak. Załapaliśmy się jeszcze na kolację (pamiętajcie, że nie żywiąc się w lodgy za nocleg zapłacicie więcej) i kilka buteleczek lokalnego rumu.

Dzień 13 24.03.19 Namche Bazaar - Monjo (powrót)

Cóż to za miłe uczucie obudzić się wraz z bladym świtem i nie doświadczyć bólu głowy i lodowatego zimna 😉 Wracamy do dawnych standardów. Prócz standardowego zestawu śniadaniowego menu urozmaiciłem o oferowany w tym przybytku ser z mleka naka. Plasterek kosztował 250 rupii, więc głupio by było oszczędzać pieniądze i nie spróbować tego specjału. Jak dla mnie to nic specjalnego moje kubki smakowe nie odczuły, no ale zawsze to jakieś novum w diecie ;P

Udaliśmy się wprost do bram wejścia do Parku Narodowego Sagarmatha, czyli do Monjo. Po drodze omijając dom Mingmy przeszliśmy ponownie Khumjung. Narzuciliśmy sobie zdrowe tempo, bo chcieliśmy dziś osiągnąć Luklę, więc zrezygnowaliśmy z niepotrzebnych przystanków. Jak się okazało w praniu, zdecydowaliśmy zatrzymać się na nocleg w odległym od niej o 12 km Monjo. Trochę przeceniliśmy nasze siły 😉

 

IMG_1960
(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Pod strzechą, gdzie się ulokowaliśmy za pokój z prysznicem zapłaciliśmy 600 wariatów. Tyle samo kosztowało 180 ml rumu. Raj 😉

Dzień 14 25.03.19 Monjo - Lukla (powrót)

Minęły równo dwa tygodnie. Sześć godzin zabrał nam powrót do miejsca, z którego zaczynaliśmy eksplorację Himalajów. W Lukli jak się okazało spędziliśmy jeszcze dwa dni. Dopowiem to w kolejnym wpisie. Czy wyszliśmy z tego wyjazdu na tarczy, czy też z tarczą? Powiedzmy, że tarcza była gdzieś po środku z przewagą góry 😉 Nie udało nam się zrealizować w pełni, ani nawet w połowie założonych planów na trekking, aczkolwiek to co zobaczyłem i przeżyłem podczas odbytej trasy warte było pieniędzy i czasu, które poświęciłem na wypad do Nepalu. Postarałem się wam zobrazować i szczegółowo opisać mijające dni tego tripa. Mogę mieć tylko nadzieję, że wynieśliście z tego co napisałem jakieś ciekawostki, bawiliście się tak co najmniej tak samo dobrze jak ja i czasami na waszej twarzy pojawiał się uśmiech 🙂 Jak się miało okazać w nadchodzących dniach trekking był jedynie miłym dodatkiem do pobytu w tym państwie…

PS Pozwolę sobie na jeden istotny dopisek. Dla wytrwałych i ciekawych moich dalszych poczynań opisałem trwającą pięć dni drogę powrotną do Lukli. Jeśli i ten test zdałeś i dalej cię nie zanudziłem polecam lekturę kilku kolejnych wpisów, w których to opiszę mój dalszy pobyt w Nepalu. Przedłużył się o około tydzień, więc mam nadzieję, że nadal będzie ciekawie. Zabiorę was z himalajskiego klimatu, jaków, yeti, śniegu, mrozu i minusowych temperatur wprost do przedsionku dżungli i tropików. Ze skrajności w skrajność. Jeśli chcecie mi towarzyszyć w dalszej podróży czeka nas wypad do jednego z największych nepalskich miast – Pokary i kilkudniowy pobyt w stolicy – Katmandu.

Etap nr 3: Namche Bazaar – Khumjung – Dole

Namche Bazaar (3440 m n. p. m.).

Plan „miasta”, które wbrew pozorom nie jest aż tak duże. Moim zdaniem bardziej pasuje do niego określenie duża wieś.

Osiągnęliśmy ostatni tak duży turystyczny bastion na naszej trasie. Ostatnie miejsce gdzie można czerpać pełnymi garściami ze zdobyczy cywilizacyjnych. Za przykład niech posłużą: kantor, bankomaty, apteka, kafejki internetowe, najwyższy irlandzki pub i zakład dentystyczny na świecie oraz stragany gdzie można kupić prawie wszystko czego dusza zapragnie. W dalszych stronach nie będzie już to tak proste i oczywiste. Za przykład niech posłuży kantor, który po raz ostatni uświadczymy w tym miejscu. Później MOŻE uda wam się zamienić pieniądze na lokalną walutę jedynie u jakiegoś nepalskiego cinkciarza i to w dodatku po stratnym kursie.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Namche Bazaar. Na drugim planie widokiem przypominający koronę jest masyw Kusum Kanguru, natomiast z lewej strony szczyt Thamserku (6623 m n. p. m.).

Coś co zdradza, że jednak nie jesteśmy w Zakopanem to brak samochodów, asfaltu i fakt, że brak tu dróg dojazdowych. Trafić do Namche Bazaar można jedynie śmigłowcem lub na piechotę.  Turyści dosłownie wylewają się tu z każdego miejsca. O dziwo wyjątkowo mało było Polaków (tylko raz słyszałem ojczysty język). Widziałem nawet jednego murzyna, o!

Na dole zdjęcia wprawne oko dostrzeże kobiety piorące ubrania tradycyjną metodą. W sumie innego wyjścia nie mają, bo pralek tam nie ma.

Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy po przekroczeniu bram miasta była przepiękna stupa. Nie każdy musi wiedzieć czym są te osobliwe budowle, także już spieszę z wyjaśnieniem. Określenie stupa pochodzi z sanskrytu (uogólniając pierwotny język używany m. in. na terenie dzisiejszego Nepalu), natomiast na swojej trasie natknę się również na jej tybetańskie odpowiedniki czyli czorteny. Jest to budowla (zwykle o kształcie przypominającym piramidę, lub charakterystycznych słupków/kopców) o charakterze religijnym. W ich wnętrzu są składowane relikwie Buddy, bądź też inne cenne artefakty dla buddyzmu. Aby towarzyszyła wam pozytywna karma powinno się ją okrążyć trzy razy, z lewej do prawej (absolutne minimum to minąć ją z lewej strony. Z szacunku). Czasami kopuła, lub inna część stupy przyozdobiona jest malunkiem tzw. „wszystkowidzących oczu Buddy”. Żeby spotęgować szczęście czasem u podstawy towarzyszą jej młynki modlitewne, których wprowadzenie w ruch w założeniu powinno mu dopomóc 😉

Przede mną stupa, a z prawej flanki natomiast młynki modlitewne. Poczułem się jak w małym buddyjskim Watykanie.
Przede mną stupa, a z prawej flanki natomiast młynki modlitewne. Poczułem się jak w małym buddyjskim Watykanie.

Minąwszy ją udaliśmy się do pierwszego lepszego miejsca z obrazkami jedzenia, żeby wrzucić coś na ruszt. Trafiliśmy do zwykłej chałupy, którą spośród innych wyróżniała jedynie wyeksponowana przed wejściem oferta gorących posiłków. Wszystko było w nepalskim języku, a niestety z szyldu nie szło nic upatrzyć co by nas satysfakcjonowało. Nie było menu, a gospodarze nie władali angielskim. Czy można trafić lepiej? 🙂 Jakoś się dogadaliśmy. Uśmiechy, domysły, łamany język i migi robią swoje. Zawsze to jakieś wyzwanie – bum, hej przygodo ;P Summa summarum zdaliśmy się na sprawdzoną zupę czosnkową i poprosiliśmy pozostałych obecnych o doradzenie nam co do drugiego dania (szczerze to nie jestem pewien czy zrozumieli). Zaufaliśmy ich gustowi i podali nam jedno z najpopularniejszych nepalskich dań – tzw. Dal Bhat. Z grubsza – nic skomplikowanego. Talerz z ryżem, smażonymi warzywami (tarkari) i małą miską zupy z soczewicy. Dobrze zaznaczyć, że dopóki kucharz posiada resztki ryżu i warzyw, dopóty przysługuję wam darmowa dokładka. Zdrowe, tanie i pożywne danie. W dodatku świetny zapychacz – polecam. Częsty element mojej kolacji na trekku.

Kolejny krok to wymiana gotówki w kantorze i małe zakupy. Garść batonów mających zapewnić zastrzyk glukozy, woda (cena wzrasta wraz z wysokością) oraz w końcu kijki trekkingowe. Jeśli nie chcecie być oszwabieni wręcz wypada negocjować cenę towaru ze sprzedawcą. Przykładowo za pierwszym razem usłyszałem, że koszt kijków to „handred tałzen”. Faktyczna cena to 1100 NPR i nie, nie była to wina słabej znajomości języka angielskiego tego handlarza. Po prostu był cwany. Identyczną sytuację miałem w Katmandu, ale o tym potem opowiem… Anyway, niemożliwym okazało się zejście poniżej wcześniej podanej kwoty, bo sklepikarz tłumaczył się tym, że taka cena obowiązuję na każdym stoisku. Jak prawdziwy Janusz nie omieszkałem sprawdzić jego słów. Mówił prawdę.

Nasza wizyta w Namche Bazaar długo nie potrwała. Nie mieliśmy zamiaru spędzić tam czasu przeznaczonego na aklimatyzację. W tym celu udaliśmy się w dalszą drogę (około godzina marszu) do pobliskiej wioski – Khumjung. Z Namche nasze drogi jeszcze się skrzyżują…

Opuszczając miasto, po drodze minęliśmy jeszcze lotnisko Syangboche (3720 m n. p. m.). De facto wyglądało jak zwykły, pusty, wyrównany plac. Nie zauważyłem tam żadnej infrastruktury typowej dla portów lotniczych. Zapewne był to po prostu podniebny parking dla gości eksluzywnego stojącego w okolicy hotelu „Everest View”.Ku przestrodze pamiętajcie, żeby patrzeć pod nogi i uważać na każdy krok. Najczęstszym typem nawierzchni przez, którą przeszło nam pokonywać było błoto. Nie byłbym sobą gdybym pomimo swojej nadmiernej ostrożności graniczącą z paranoją nie wywinął orła na takiej ścieżce. Miałem jedynie tyle szczęścia, że cały nie upaćkałem się w tym syfie. Pocieszał też fakt, że było to niedaleko naszego najbliższego celu i szybko wypiorę te ciuchy ;P

Khumjung (3790 m n. p. m.).

Podobnie jak w miejscu, w którym gościliśmy wcześniej tak i wejście do wioski Khumjung zwiastowała brama. Tym razem wg mnie większa, bardziej kolorowa, bogato zdobiona i upiększona młynkami modlitewnymi umieszczonymi pod jej strzechą. Mając przed sobą jedyną (póki co) drogę udaliśmy się wzdłuż niej zatrzymując się w losowej lodgy. Padło na „Buddha/Alpine lodge & restaurant”, gdzie mieściła się również piekarnia szwajcarskiego pieczywa. Czemu szwajcarskiego? Właściciel tego przybytku swego czasu często był członkiem wypraw górskich na terenie tego państwa. Widocznie tak mu zasmakowały tamtejsze wyroby piekarskie, że postanowił rozpocząć ich wypiek w swojej rodzinnej nepalskiej wiosce.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Trzej muszkieterowie.

Na miejsce dotarliśmy późnym popołudniem. Za godzinę lub dwie spodziewaliśmy się mroku, więc nie było sensu szukać przygód w pobliżu i eksplorować okolicy. Skierowaliśmy się do pokoju i zaczęliśmy wić gniazdko na nocleg. Z mojej strony wyglądało to jak typowy tzw. „pilot”, z którym miałem do czynienia na harcerskich obozach. Po prostu czym prędzej wyrzuciłem wszystko z plecaka, przywdziałem czyste ciuchy i udałem się uprać upaćkane błotem rzeczy. Córka gospodarza udostępniła mi mydło i dwie miski z ciepłą wodą, więc nie było aż tak spartańsko. No może z wyjątkiem faktu, że część prania robiłem już po ciemku, piździało jak w Kieleckiem, a ja miałem na sobie tylko klapki i coś na kształt pidżamy. Robotę wykonałem co prawda wzorowo, aczkolwiek rano wszystkie wywieszone na dworze ciuchy były skostniałe i pokryte lodem 🙂 Najważniejsze, że czyste. Zawsze poprawia to samopoczucie.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek)

Po praniu przyszedł czas na szybki, relaksujący prysznic. Tzn. był z nim tylko z nazwy. Szyjkę prysznica zastępowała miska, do której wlewało się ciepłą wodę z wcześniej przygotowanego kanistra. Za kabinę służyła jakaś drewniano-blaszana buda. Jeśli chcecie orzeźwić się gorącą bieżącą wodą zawsze wybierajcie lodge gazowym ogrzewaniem prysznica. Anyway, im szybciej przyzwyczaję się do takich warunków tym lepiej. W sumie to nie traktowałem tego jako dyskomfort, ale jako ciekawe doświadczenie.

Wieczorem zeszliśmy do jadalni i wrzuciliśmy coś na ząb. Jak już wspomniałem. Czas spędzony w Khumjung postanowiliśmy zaliczyć w poczet aklimatyzacji, więc czekały nas dwie noce w tym miejscu. Skoro ustaliliśmy już, że dysponujemy sporym zapasem czasu, mogliśmy pozwolić sobie na dłuższą chwilę relaksu. Zaprosiliśmy kierownika tego całego biznesu do wspólnej konsumpcji alkoholu, przy wieczerzy i ciepełku płynącym z kozy. Zapomniałem wspomnieć, że Mateusz przywiózł z sobą prosto z Polski pigwową Soplicę. Dużo tego nie było, bo raptem 0.7, ale cel był nie żeby się urżnąć w trupa, ale żeby otworzyć tę flaszkę w Himalajach 😀

Mogę się poszczycić tym, że to ja przejąłem inicjatywę w rozpalaniu pieca. W tym celu dorzucałem do niego placki z zaschniętego łajna jaka (wannabe strażnik ognia ;)).

Pan domu nazywał się Mingma Nuru Sherpa. Najłatwiej przyszło mi zapamiętać jego imię, które kojarzyło mi się z pigwą – składnikiem naszego napoju bogów z ojczyzny. Co do jego nazwiska (Sherpa) to wstyd się przyznać, ale miałem na jego temat totalnie mylne przekonania. Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć,  że zapewne większość osób też takie ma/miało… Otóż po pierwsze primo myślałem, że Sherpa to nie nazwisko tylko wykonywany zawód. Po drugie primo sądziłem, że Szerpa to synonim słowa tragarz. Jak bardzo się myliłem… Prostując i z grubsza tłumacząc. Jest to nazwa ludu zamieszkałego Himalaje (w większości po nepalskiej stronie). Szerpowie trudnią się: rolą, hodowlą bydła, handlem oraz są przewodnikami i tragarzami. Ich głównym źródłem chleba jest turystyka. Na pewno głównym motorem napędowym tego faktu był najsłynniejszy z Szerpów, zdobywca Mount Everest (29.05.53 r.) – Tenzing Norgay. Członkowie tego szczepu nieznacznie różnią się wyglądem od reszty mieszkańców Nepalu, a ich organizmy (przede wszystkim płuca i serca) są przystosowane do życia na wysokości i zwiększonego wysiłku fizycznego. Standardem jest, że w dowodzie osobistym jednym z członów nazwiska jest – Sherpa. Ciekawostką jest fakt, że klan ten posiada swój własny język. Zapamiętałem, że tashi delek znaczy namaste, a thuuche oznacza dziękuję.

Kocham erę konsumpcjonizmu i XXI wiek…

Mingma podobnie jak kilku innych właścicieli schronisk, których spotkaliśmy na szlaku zdobył Everest, z czego jest bardzo dumny, a jego ścianę zdobią liczne dyplomy i zdjęcia z górskich wypraw. Nie omieszkał uraczyć nas kilkoma opowieściami z wcześniej wspomnianych i opowiedzieć co nie co o Nepalu. Z tego co zanotowałem (uwaga, mogę się mylić co do ceny!) to mówił nam, że skorzystanie z usług przewodnika to wydatek (w przypadku grupy dwuosobowej) 30 dolarów na głowę. Trzeba pamiętać o tym, że nie można wynająć go tylko na kilka dni, ale na całość planowanej trasy. Dobrze również wiedzieć, że będzie on nocował i jadł we własnym zakresie. Za najpopularniejszą nepalską grę karcianą uważa „Puls” (w Internecie nic nie znalazłem na jej temat), natomiast sportem wg niego jest piłka nożna. W bezpośrednim sąsiedztwie jego włości mieści się szkoła średnia założona przez pierwszego zdobywcę Sagarmathy (znaczy to Czoło Nieba) – sir Edmunda Hillarego, której częścią jest boisko dla dzieciaków. Młodzi ostro trenują co niestety nie przekłada się na sukcesy reprezentacji Nepalu. Zero awansów do Pucharu Azji oraz do Mistrzostw Świata…

Alkohol i jedzenie się skończyło (Mingma obiecał rewanż ze swojej strony :D), w piecu już nie grzało, czas palić wrotki do spania. W łóżku mojego organizmu nie czekała łatwa przeprawa. Trudno mi było złapać powietrze, co było zapewne pokłosiem reakcji układu oddechowego na pierwszą noc spędzoną na wysokości. Skutkiem były problemy ze snem. Na szczęście mogłem sobie pozwolić na dłuższy pobyt w łóżku z tytułu na nadchodzący dzień aklimatyzacyjny

Dzień 5 (aklimatyzacja) – 16.03.19

Mięliśmy do dyspozycji cały wolny dzień, aby oswoić nasze organizmy z wysokością, na której się znajdujemy. Bez żadnych planów, pozwoliliśmy sobie na młodzieżową spontaniczność. Abym miał zdrowie i siłę, jak to wmawiano mi przez całe życie ranek rozpocząłem wzorowo. Nepalską wersją owsianki, czyli tsampą. Jej głównym składnikiem jest m. in. gruboziarnista jęczmienna mąką. Ciekawostką niech będzie fakt, że wraz z solą i masłem z mleka naka używa się jako składniki popularnej wśród Szerpów nepalskiej herbaty (su cha), którą rzecz jasna wielokrotnie raczyłem się na szlaku. Anyway, ciekawy naszych planów Mingma zaoferował swojego młodego synka (Fure) jako przewodnika po okolicy. Oczywiście darmowo (i tak młody dostał kilka słodkości 😉 ).Bardzo miło z jego strony. Fura przynajmniej miał okazję produktywnie spędzić wolny czas, podszlifować swój angielski i posłuchać kilku ciekawostek o świecie od dwóch białasów z Europy.

                Zaprowadził nas aż na drugi koniec wioski, na górę u podnóża najwyższego wzniesienia w okolicy – świętej góry Khumbili (5761 m n. p. m.). Odpuszczę wam szczegółowe pisanie po raz kolejny o drodze na szczyt. Zwykły spacer pod górkę po błotnistej i kamienistej ścieżce. Spocony jak prosiak, w końcu się tam wczłapałem (aż wstyd się przyznać, ale Młody kilkukrotnie musiał na mnie czekać), ale było warto. Bezustannie zaznaczały swoją obecność chmary skrzeczących wieszczków – nepalskiej odmiany krukowatych (czarne ubarwienie, żółty dziób). Na bezkresnym niebie zaobserwowałem również kilka szybujących majestatycznych sępów himalajskich. U kresu naszej drogi powitał nas punkt obserwacyjny, z którego to rozpościerały się przepiękny widok na himalajskie olbrzymy. Dla mnie największą atrakcją było znalezienie pośród nich tego najwyższego – Mount Everest. Naprawdę trudno opisać uczucie kiedy widzi się na własne oczy najwyższe miejsce na planecie.

Góra, Fura i komóra.
DSC_0043-2
Zapierający dech w piersiach widok. Od lewej strony Mount Everest (8848 m n. p. m.) i po środku Nuptse (7861 m n. p. m.). Ostatni z prawej to południowa ściana Lhotse (8516 m n. p. m.). Szczyt, którego nieudaną próbę zdobycia w 1989 roku, polski himalaista Jerzy Kukuczka przypłacił życiem.

Po chwili wytchnienia zeszliśmy ponownie w dół i odprowadziliśmy Fure do domu. My natomiast ruszyliśmy dalej eksplorować górską okolicę wioski. Prowizorycznymi schodkami weszliśmy na jedno ze wzgórz, gdzie otoczeni kamiennym murkiem mięliśmy idealne warunki do chilloutu pełną gębą wśród widoków rodem z National Geographic. Wkoło flagi modlitewne, cisza, spokój, słońce i świeże powietrze. Kogoś nawet na tyle poniosła magia tego miejsc, że rozpalił sobie tam ognisko. Niezbyt mądre, no ale cóż. Niestety nic mi niewiadomo o nazwie tej miejscówki. Pamiętam tylko tyle, że było to na prawo od wejścia do Khumjung.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Mateusz we wcześniej wspomnianym miejscu. W tle, w centralnej części zdjęcia, uważana za najbardziej charakterystyczną i zarazem najpiękniejszą gór Himalajów – Ama Dablam (6812 m n. p. m.).

Wpadła nam w oko jedno z wysokich wzgórz z czortenem lub stupą na szczycie. Nie wydało się, że znajduję się strasznie daleko i oceniliśmy, że w ciągu dnia zdążymy zaliczyć tam drogę w tę i nazad. Nie spoczywamy na laurach. W końcu trzeba się trochę rozruszać. Challenge accepted! Góra, którą obraliśmy sobie za cel znajdowała się poza bramą wejściową do lokacji, w której przebywaliśmy. Minęliśmy ją, aczkolwiek cywilizowanej drogi na szczyt ani widu, ani słychu. Skoro takowej brak próbowaliśmy znaleźć mniej uczęszczane podejście. Jak mam być szczery to tak intensywnie penetrowaliśmy okolicę aż w końcu kompletnie zgubiliśmy cel 😀 Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Błąkając się jak dzieci we mgle zaliczyliśmy przynajmniej spacer poza Khumjung i rozgrzaliśmy się przed kolejnym dniem. Minęliśmy: stupę, czorten, pasące się j(n)aki a w tle towarzyszył nam piękny górski krajobraz. Typowy himalajski obrazek. W spacerze towarzyszył nam pies przybłęda, któremu chyba spodobało się towarzystwo dwóch turystów z Polski (albo zasmakowały słodycze 😉 ).

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Nasz companero na tle Thamserku. Jak wszystkie spotkane przeze mnie psy w okolic i ten miał czerwone oczy. Może spowodowane to jest ciśnieniem? W każdym razie w połączeniu z czarną sierścią wyglądał jak diabeł 😉

W jednym z miejsc gdzie przycupnęliśmy odpocząć zwrócił moją uwagę podniszczony napis „save the musk deer”. Sprzedam wam ciekawostkę kim otóż jest ów delikwent.  Niby to nic nadzwyczajnego, bo rozchodzi się o zwykłego przypominającego jelenia ssaka, który występuję m. in. w Himalajach. Nie obawiajcie się, nie zamierzam was zanudzać nudnym bełkotem o królestwie zwierząt, zwyczajach żywieniowych i innych szczegółach z życia tego parzystokopytnego. Jest w nim jedna specyficzna anatomiczna ciekawostka. Ogromne kły jak w prehistorycznego tygrysa szablo zębnego. Jak łatwo się domyśleć był to główny powód (oraz piżmo produkowane przez tego piżmowca) częstych polowań na tego zwierza. Jest to gatunek objęty całkowitą ochroną.

Źródło: http://www.mrbrklyn.com/images/musk_a.jpg

Zmęczeni, aczkolwiek zadowoleni wróciliśmy do lodgy. Mateusz poszedł się przespać, mi natomiast szkoda było marnować dnia na sen. Fakt, trochę się zmęczyłem, więc połączyłem przyjemne z pożytecznym. Udałem się do jadalni, przez jakiś czas pisałem dziennik i raczyłem się regionalnym alkoholem. Sztandarowym nepalskim czarnym rumem. Nie ma to jak pić w Himalajach ulubiony trunek marynarzy.  Zataczać się nie zataczałem, ale ćwiartka pękła 😀 Mingma nie mógł się nadziwić, że nie rozcieńczam tego z wodą ani nie popijam colą.

Khukri XXX Rum – 42,8 %.

Dzień i słońce uciekają, więc nie dumałem zbyt długo nad notatkami i wyłoniłem się na zewnątrz w celu obchodu wioski. Mijając długi mur z tabliczek Mani natknąłem się na przejaw cywilizacji. O dziwo w okolicy był bankomat (ATM), jak się później okazało ostatni na trasie, więc postanowiłem wypłacić trochę gotówki. Polecam na raz pobierać większe kwoty, bo prowizja od każdej transakcji to 500 rupii.

Tak jak pisałem wcześniej, nie sprawdzałem w Internecie co warto zobaczyć w Khumjung tylko poszedłem na żywioł. Ominąłem kilka ciekawych miejsc (większość w pobliskiej wiosce Khunde), ale też udało mi się całkowicie przypadkowo zwiedzić prawie najstarszy (drugi) buddyjski klasztor w regionie Khumbu. Sakralne budowle podobne do Samten Choling (bo tak się oficjalnie)  nazywane są przez Nepalczyków Gompami. Prócz pełnienia funkcji świątyni, są to również główne centra obchodzonych w ciągu roku religijnych festiwali.

Dobrze wiedzieć czy w czasie waszego pobytu w Nepalu nie odbywa się jeden z nich. Może to być niezapomniane przeżycie dla turysty z Europy. Bilet wstępu to wydatek 300 NPR. Już słyszę te głosy. Szkoda pieniędzy! Nic specjalnego! No dobra… Dodam fakt, że jest tam trzymany skalp Yeti. Niniejsza Gompa jest jednym z niewielu miejsc na świecie gdzie można zobaczyć domniemane szczątki mitycznego Człowieka Śniegu. Wg wierzeń nepalskiej ludności są dwa rodzaje Yeti: Chuti i Meh teh (Mite). Ten pierwszy poluje tylko na zwierzęta i spotkanie z nim jest bezpieczne. Niestety ten drugi nie stroni od ataków na ludzi. Nosicielem zdobycznego skalpu jest Yeti, które w 1974 roku, na pastwiskach wsi Macherma zaatakowało mieszkankę Khumjung. Anyway, podczas niektórych z religijnych świąt jest on przyodziewany przez jednego z mnichów w celu odpędzenia złych duchów z klasztoru.

Legenda monstrualnego „Człowieka Małpy” obecna jest prawie na każdej szerokości geograficznej świata. Nawet na dalekiej Syberii tamtejsze plemiona (vide Mansowie, nie mylić z Mansonami) wierzą w istnienie tajemniczej istoty, która jest jego odpowiednikiem. Nazywają go Menk. W tym miejscu warto polecić wam lekturę na temat incydentu na przełęczy Diatłowa w ZSRR, oraz obejrzeć o tym film pod identycznym tytułem.
Jedno z wytłumaczeń pochodzenia Yeti widzianego w Himalajach pochodzi z obserwacji niedźwiedzia. Mam tu na myśli niezwykle rzadki, zagrożony wyginięciem gatunek niedźwiedzia himalajskiego, który nie stroni od ataków na wszystko co się porusza na dwóch i czterech nogach. Prawdopodobnie ktoś się natknął na ów delikwenta, który przybrał wyprostowaną pozę w pionie, plotka poszła dalej, głuchy telefon zadziałał i Yeti jak znalazł.

Jednym słowem nie żałowałem spaceru po wiosce, a Mateuszowi współczułem decyzji o zostaniu w łóżku. Nie dość, że wróciłem na tarczy to jeszcze do naszego gospodarza przyszło kilku gości, których poczęstował własnoręcznie przyrządzonym raksi. Miło, że pamiętał o danym słowie i przy okazji wspólnej kolacji nie omieszkał także poczęstować dwóch turystów z Polski 😀 Niestety musieliśmy się pilnować z alkoholem, bo jutro chcemy kontynuować trekking.

Dzień 6 - 17.03.19

Nazajutrz wstaliśmy wcześnie rano. Zjedliśmy pożywne śniadanie (tibetan bread z dżemorem. Popiliśmy to herbatą z imbiru – możliwe zamówienie jednej szklanki, albo całego dzbanka). Szybko zmobilizowaliśmy się do opuszczenia lodgy, uregulowaliśmy wszystkie rachunki i wyruszyliśmy około godziny 9 (co stawało się rutyną)…Udaliśmy się w kierunki wioski Dole, w której to zaplanowaliśmy najbliższy nocleg.

PS Relacja z tych trzech dni trochę się rozciągnęła, także na nich spauzuję w tym wpisie. W kolejnym będę kontynuował dalszy opis pokonywanego przez nas szlaku. Coraz bardziej idziemy w górę. Następny przystanek zrobimy na wysokości 4038 m n. p. m. Tym czasem do zobaczenia przy okazji kolejnego wpisu! 🙂

PPS Po raz enty. Dzięki, że jesteście i przeznaczacie swój czas na lekturę tego bloga.

Rosja, Mongolia, Chiny – wyjazd odwołany.

Witam, niestety jestem zmuszony odwołać mój mający mieć początek dzisiaj wyjazd do Eurazji (Rosja, Chiny, Mongolia). Wczoraj na kilka godzin przed wylotem dowiedziałem się, że mój towarzysz nagle zmienił zdanie i odwidział mu się wylot do niniejszych państw. W związku z tym, stanąłem przed wyborem czy pokonać założoną trasę samotnie, czy zrezygnować z niej i zostać w domu. Ze względu na to, że w życiu pozostał mi tylko ojciec, z którym wspólnie mieszkam, zadecydowałem o odpuszczeniu tej podróży. Nie miałbym serca zostawiać go samotnie z myślami, co się dzieję z jego synem na mongolskich i chińskich zadupiach. Zapomniałem o egoizmie i podjąłem wcześniej wspomnianą decyzję.

Przepraszam, że tylu z was zaangażowałem w śledzenie tej podróży. Nie sądziłem, że kiedyś przyjdzie mi robić gębę z dupy, ale z niezależnych ode mnie przyczyn tak wyszło. Liczę na nić zrozumienia z waszej strony. Przepraszam.

Bartosz Kwiek, 09.07.18

 

Przygotowania cz. III – zawartość plecaka, bilety i reszta spraw.

Siema,

Przybliżyłem już wam kwestię zakupów biletów na Kolej Transsyberyjską. Druga i zarazem najbardziej frustrującą część papierkowej roboty – wizy, też już za nami. Miałem zamiar rozdzielić na kilka tematycznych wpisów pozostałe przygotowania, aczkolwiek ze względu na zbliżający się dzień wyjazdu muszę podkręcić tempo. Postaram się wszystko zawrzeć w tej jednej notatce. Mimo wszystko mam nadzieję, że nie wprowadzę tu zbędnego chaosu i klarownie wszystko opiszę.

Bilety

1. Bilet do Moskwy. Kupiłem go strasznie wcześnie (chyba w styczniu), a mimo to ceny nie były zbyt zachęcające. Wiadomo, że bezpośrednie loty są dużo droższe, a z tytułu, że interesowała mnie konkretna data, nie miałem zbyt dużego wyboru. Opcja ta odeszła do lamusa. Najatrakcyjniejszy cenowo i czasowo lot, miał odbyć się z godzinną przesiadką w Brukseli, liniami „Brussels Airlines”. Naturalnie ze względu na plecak i nóż, wykupiłem opcję dodatkowego bagażu (tyczy się to także lotu powrotnego). Cena za ten pakiet, to około £150.

2. Dojazd z moskiewskiego lotniska do centrum miasta. Polecam skorzystać z usług tamtejszej firmy transportowej (coś ala angielski „National Express”) – „Aero Express”. Ich strona internetowa to – https://aeroexpress.ru/en/ Obsługują sieć pociągów, dowożących pasażerów bezpośrednio do kilku stacji w obrębie centrum Moskwy. Cena biletu to około 420 rubli. Rzecz jasna, sprzedaż internetowa jest jak najbardziej możliwa 😉

3. Bilet powrotny z Chin. Jak już wcześniej pisałem. Miejsce swojej „mety” wyznaczyłem stosunkowo późno i zmusiła mnie do tego chińska procedura wizowa. Z tytułu, że zamierzam odwiedzić pasmo gór tęczowych w rejonie Danxia, szukałem lotniska w pobliżu tego miejsca. Najbardziej pasowało mi lotnisko w mieście Xi’an (Tam gdzie znajduje się terakotowa armia. Notabene kiedyś tam byłem – http://kwieqnahamaq.pl/chiny-xian-i-longsheng-smoczy-grzbiet/). Z tytułu na brak bezpośrednich lotów w interesującym mnie terminie (11 lipca), najbardziej odpowiadał mi ten z przesiadką w Helsinkach. Oferowały go linie „Finnair”, a jego koszt (z bagażem głównym to 3040 yuanów.  Tutaj małe wtrącenie 😉 Na pewno spotkam się z głosami typu „uuu! Czemu tylko lecisz na miesiąc?!”, itp. Dlatego, że 13 lipca mam bilety na koncert Iron Maiden w Londynie. Już zapewne wszystko jest jasne…

1. Ekwipunek

Plecak Osprey Aethor 60 litrów (+przeciwdeszczowy pokrowiec) (przed nadaniem plecaka pamiętajcie o tym, aby zapiąć wszystkie klamry i nakryć go pokrowcem, co zapobiegnie jego podarciu i innym zniszczeniom),

Generalnie zasada jest taka, że namiot, śpiwór i obuwie pakowane są do dolnej części plecaka. Komorę wyżej wciskamy odzież, a na samą górę jedzenie, kosmetyczkę, etc.

a) „Cztery kąty” :

  • Ultralekki śpiwór – „Volven Superlight 1” – waży tylko 800 gram i jest wielkości i grubości butelki z wodą. Kupicie go np. tu – https://www.skalnik.pl/spiwory-i-maty-syntetyczne,spiwor-superlight-i,132-k-617-16270-p
  • Ultralekki namiot jednoosobowy – „Naturehike 1” (szary) – 1152 gramy (inne kolory ważą więcej), zajmuję tyle miejsce co ramię dorosłego człowieka. Kupicie go np. tu – https://www.amazon.co.uk/Naturehike-Outdoor-Double-layer-Camping-Lightweight/dp/B073SMR139/ref=sr_1_3?ie=UTF8&qid=1530976564&sr=8-3&keywords=naturehike+1
  • Składana w harmonijkę karimata – „Thermarest Z-Lite”,

b) Odzież:

  • Polar,
  • Okulary przeciwsłoneczne,
  • Kapelusz,
  • „Nerka”,
  • Mały plecaczek,
  • Przenośna kurtka przeciwdeszczowa,
  • Obuwie zasłaniające kostkę i sandały,
  • 3x t-shity, 3x spodnie (długie bojówki, krótkie jeansy, długie dresowe z odpinanymi nogawkami), 3x bokserki (nie obcierają), 3x skarpety, kąpielówki, okulary do pływania,

c) Przeżycie:

  • Kubek i menażka,
  • Filtr do wody – „Lifestraw”,
  • Szwedzki nóż z krzesiwem szwedzkiej firmy „Mora” (solidna kompania),
  • Sznurek (np. do wieszania prania),
  • Kompas,
  • Igła, nitka, łata, taśma klejąca (można nią załatać dosłownie wszystko),

d) Higiena:

  • 2x ręczniki z mikrofibry,
  • Przybory higieniczne (pamiętajcie o nawilżanych chusteczkach! Czasami jest to jedyna droga, żeby uskutecznić poranną toaletę ;)),
  • Apteczka (+spray na moskity (DET minimum 50%!),

e) Reszta:

  • Harmonijka,
  • Zwykła latarka, latarka czołówka, kilka świeczek (pomogą chociażby w utrzymaniu ognia),
  • 2x powerbank, uniwersalna przejściówka, 2x adapter usb, 3x kabel micro usb,
  • Aparat wodo i wstrząsoodporny Fujifilm XP (+zapas baterii i kart pamięci, mały statyw),
  • 3x wodoodporne woreczki,
  • Kilka listów autostopowicza (po Mongolsku i Chińsku) +kilka markerów i długopisów,
  • Odblaskowa kamizelka i odblaskowe paski przypinane do plecaka,
  • Zeszyt,
  • Pamiątki dla kierowców (choinki zapachowe do aut z moimi spersonalizowanymi naklejkami),
  • MP3 Player,
  • 4x karabińczyki,

2. Aplikacje na telefon

Pierwotnie miałem w zamiarze wziąć z sobą tani, wodoodporny, wstrząsoodporny, z długim trybem życia baterii, smartfon made in China…Niestety jak to zwykle bywa cena nie idzie w parze z jakością i coś nie pykło z poprawnym funkcjonowaniem baterii. Telefon nie chciał się ładować, a ja nie miałem czasu na wysyłkę go do Chin w celu reklamacji. Ostatecznie pożyczyłem coś od ojca. Mniejsza, miałem pisać o aplikacjach:

  • Jakiś translator,
  • Aplikacja umożliwiająca połączenie z serwerami z z zagranicy (VPN) (Przydatne w Chinach, gdzie Google i Facebook jest blokowany. Weebo to taki chiński Facebook),
  • Dwie nawigacje, z mapami offline. Jedna to „MapsME”, a druga „Google Maps”,

3. Waluta

Generalnie zamierzam korzystać z karty debetowej/kredytowej. Na drobniejsze wydatki (w miejscach gdzie nie będzie bankomatów) przygotowałem śladowe ilości lokalnej waluty. Trochę chińskich yuanów i rosyjskich rubli. Niestety zakup zagranicą mongolskich tugrików graniczy z niemożliwością, więc biorę ze sobą kilkadziesiąt dolarów, żeby je wymienić w Mongolii. Oczywiście namawiam was, do wcześniejszego zgłoszenia w banku, że będziecie w tej i tej dacie, w tym i tym państwie. Zapobiegnie to blokadzie waszych kart płatniczych.

Doszedłem do wniosku, że nie kupuję żadnego podręcznego laptopa, bo to tylko strata kasy i za dużo to, to waży. Co ciekawsze rzeczy będę zapisywał w zeszycie i ostatecznie na blogu szrajbnę coś po powrocie. Z wyjazdu postaram się codziennie (kiedy będę miał zasięg) udostępniać zdjęcia, wraz z krótkim opisem (Instagram/Facebook). OK, uciekam, bo w poniedziałek o 6.50 mam samolot do Brukseli, a potem Rosja welcome to! 😉 Czuwaj!

PS Standardowo w razie pytań, walcie jak w dym. Będzie mi bardzo miło komuś pomóc.


Pozostałe wpisy dotyczące mojej lipcowej wyprawy do: Rosji, Mongolii i Chin przeczytacie tu:

1. Zarys pomysłu: http://kwieqnahamaq.pl/magiczna-trzydziestka/
2. Przygotowania do wyjazdu:
Część pierwsza:
zakup biletów na Kolej Transsyberyjską: http://kwieqnahamaq.pl/przygotowania-cz-i-jak-kupic-bilety-na-kolej-transsyberyjska/
Część druga:
– poradnik jak uzyskać wizę do Federacji Rosyjskiej: http://kwieqnahamaq.pl/przygotowania-cz-ii-wizy-rosja/
– poradnik jak uzyskać wizę do Chińskiej Republiki Ludowej: http://kwieqnahamaq.pl/przygotowania-cz-ii-wizy-chiny/
– poradnik jak uzyskać wizę do Mongolii: http://kwieqnahamaq.pl/przygotowania-cz-ii-wizy-mongolia/
Część trzecia:
– zawartość plecaka, bilety i reszta spraw : http://kwieqnahamaq.pl/przygotowania-cz-ii-wizy-rosja/


Serdecznie pozdrawiam,

Bartosz Kwiek, Londyn, 07.07.18

Przygotowania cz. II (wizy) – Mongolia

Siema,

Ostatnia wiza jaką wyjątkowo miałem przyjemność załatwić, miała zapewnić mi wstęp do niegdysiejszego imperium Czyngis-Chana – Mongolii. Przyzwyczajony do piętrzących się trudności, oschłej i niemiłej obsługi oraz ogólnego nieładu, nie spodziewałem się niczego innego po wizycie w tym miejscu. Jakże srogo się myliłem! Ambasada Mongolii znajduję się w niepozornym miejscu, zaraz pod poziomem ulicy. Są tam dwa małe pomieszczenia. W jednym ludzie czekają na swoją kolej (maksymalnie powinno zmieścić się tam około 20 osób), a w drugim odbywa się rozmowa przez okienko (podobnie jak na poczcie) z pracownikiem tej placówki. Obsługa jest miła i pomocna, co tylko potęguję pozytywną atmosferę tego miejsca 🙂

Mongolia

wizam

  1. Gdzie?

34984297_10204492209181890_3481164512025903104_n 36276413_10204492210701928_2493340764298280960_n

  • 8 Kensington court, London W8 5DL – Należy zejść po schodach, do poziomu piwnicy,
  • Czynne: pn, wt i czw., w godzinach 10:00-12:00. W te same dni w godzinach: 16-16.15 można odebrać paszport;
  1. Wiza:
  • Strona internetowa: http://embassyofmongolia.co.uk/ (w prawym górnym rogu, istnieje opcja przejścia na język angielski),
  • Formularz wizowy: http://embassyofmongolia.co.uk/wp-content/uploads/2015/01/visa_application.pdf
  • Najczęstsze zadawane pytania: http://embassyofmongolia.co.uk/?p=199&lang=mn
  • Jakiego typu wizy potrzebujesz i jej koszta: http://embassyofmongolia.co.uk/?p=202&lang=mn
  1. Czego potrzeba?
  • Lista dokumentów koniecznych do aplikowania o wizę:
  1. Paszport ważny co najmniej sześć miesięcy,
  2. Kompletny formularz wizowy,
  3. Wklejone zdjęcie (standardowe wymiary paszportowe),
  4. Ewentualne dodatkowe dokumenty: plan podróży, rezerwacje hotelowe, potwierdzenie ubezpieczenia (podobnie jak w przypadku Rosji – polecam Planetę Młodych),
  5. Dowód wpłaty za wizę;
  1. Rady:
  • Lepiej upewnijcie się, że posiadacie wszystkie, poprawnie wypełnione, dokumenty do uzyskania wizy. Każdy błąd skutkuje kolejną wizytą w ambasadzie, która przypominam czynna jest tylko (w kwestii wiz) przez trzy dni w tygodniu, po dwie godziny,
  • Jeśli poprosiliście szefa w pracy o godzinne „okienko”, aby załatwić wizę w ambasadzie Mongolii – to deko się przeliczycie. Ze względu na niezbyt przystępne godziny i dni otwarcia tej placówki, „klientów” jest co niemiara, a obsługa jedne osoby to średnio 10 minut (fakt, faktem nie są to takie kolejki jak do ambasady Jankesów, ale i tak byłem w szoku jak ją zobaczyłem),
  • Interesanci nie muszę rezerwować wcześniej spotkań. Przyjmowani są ad hoc,
  • Oczekiwanie na wizę trwa około tydzień. Nie mniej, starajcie się nie wyrabiać jej na ostatnią chwilę i brać poprawkę na to, że w okresy mongolskich świąt (są wymienione na głównej stronie internetowej placówki) ambasada jest nieczynna,
  1. Moje przeżycia:
  • Nauczony na własnych błędach, perfekcyjnie przygotowałem się do spotkania w ambasadzie w sprawie wizy. Skompletowałem wszystkie potrzebne dokumenty, przygotowałem istotne informacje, więc byłem dobrej myśli. Ostatecznie po krótkiej rozmowie przyznano mi wizę i poproszono o odebranie paszportu w następnym tygodniu. Wymagany czas minął, a ja z uśmiechem na ustach odebrałem paszport. Standardowo zostałem poproszony o sprawdzenie poprawności wszystkich danych osobowych na wizie (bardzo ważne, zawsze to róbcie!). Oczywiście jak zwykle coś się musiało spi*******. Okazało się, że jestem obywatelem Holandii…Na szczęście obsługująca mnie pani, wraz ze swoim kolegą, w mgnieniu oka dokonali stosownej korekcji i w ten oto sposób dostąpiłem zaszczytu legalnego pobytu w Mongolii 🙂

PS Standardowo w razie pytań, walcie jak w dym. Będzie mi bardzo miło komuś pomóc.


Pozostałe wpisy dotyczące mojej lipcowej wyprawy do: Rosji, Mongolii i Chin przeczytacie tu:

1. Zarys pomysłu: http://kwieqnahamaq.pl/magiczna-trzydziestka/
2. Przygotowania do wyjazdu:
Część pierwsza:
zakup biletów na Kolej Transsyberyjską: http://kwieqnahamaq.pl/przygotowania-cz-i-jak-kupic-bilety-na-kolej-transsyberyjska/

Część druga:

poradnik jak uzyskać wizę do Federacji Rosyjskiej: http://kwieqnahamaq.pl/przygotowania-cz-ii-wizy-rosja/

poradnik jak uzyskać wizę do Chińskiej Republiki Ludowej: http://kwieqnahamaq.pl/przygotowania-cz-ii-wizy-chiny/


Serdecznie pozdrawiam,

Bartosz Kwiek, Londyn, 30.06.18