Paryskie metro i Jim Morrison na wieży Eiffla.

Siema,

Skoro już zdecydowałem się na ponowny, krótki wyjazd do Paryża, doszedłem do wniosku, że dobrze będzie schować egoizm do lamusa i zabrać ze sobą mojego ojca. Pokażę mu większość paryskich must see, a przy okazji ukończę swoją misję. Dwie pieczenie na jednym ruszcie, a było to tak…


1. Metro.

Czasu dużo nie było. Raptem niecałe dwa dni, także większość rzeczy zobaczyliśmy po tzw. łebkach. Na szczęście Bogu dzięki za metro! Viva la France 😀

W dni powszednie jest otwarte od godziny piątej do wpół do pierwszej w nocy. Szanowni włodarze Paryża pamiętają o tych, którzy chcą zabalować w weekendy. W sobotę i niedzielę niniejszy środek transportu funkcjonuję o godzinę dłużej. Pamiętam częstotliwość kursowania nocnych autobusów w moim rodzinnym mieście Gdyni, także nie jest tak źle 😀

30442727_10204213544735453_3520518880747323392_n(1)
Paryskie metro nie należy do najpiękniejszych. Ciężko zdecydować co przykuwa większą uwagę. Wrażenia wizualne czy też zapachowe (#uryna).

Odnośnie biletów i ich zakupu. Kupicie je za pomocą karty debetowej/kredytowej i gotówki (tylko bilon) w automatach do tego przeznaczonych (obecnych na każdej stacji metra), lub staromodnie w kasach biletowych. Do wyboru dostępnych jest kilka wariantów, ja wybrałem ten o nazwie Mobilis. Jest to bilet na jeden dzień (ważny od godziny kiedy go kupicie do końca dnia czyli północy), obowiązujący we wszystkich strefach  (jest ich 5, oraz 16 linii). Po za czasem, nie ma żadnych ograniczeń, a jego koszt to 17,80 euro (Tak, tak starzeje się. Franki odeszły już w zapomnienie ;P). Ewentualnie możecie wybrać tylko strefy, które was interesują. Wtedy: 1 i 2 to koszt 7,30, 1-3 to 9,70 i 1-4 to 12 euro. Na bilecie należy wpisać swoje imię i nazwisko, oraz dzień, w którym się go zakupiło. Często, losowo przy wyjściu ze stacji sprawdzają to kontrolerzy. Jeśli jednak satysfakcjonuje was jedynie jednorazowy przejazd, musicie liczyć się z wydatkiem 1,30 euro.

32682527_10204341129044981_3919090102059401216_n

2. Cmentarz Père Lachaise.

Na pierwszy ogień przypadła wizyta na cmentarzu Père Lachaise. Są tam pochowani m. in.: Jim Morrison, Edith Piaf, Fryderyk Chopin, Molière i Balzac.
Zaraz przy dworcu, z którego wysiadłem udałem się do położonej rzut kamieniem stacji metra, obsługującą linię nr 5. Stamtąd po jednej przesiadce i ośmiu przystankach dojechałem na miejsce. Gdyby nie nawigacja w telefonie słabo by było, a na pomoc mieszkańców nie ma zbytnio co liczyć. W przerażającej większości ich umiejętności lingwistyczne ograniczają się jedynie do znajomości języka francuskiego. O angielskim można zapomnieć. Pod tym względem czułem się tam jak w Chinach. Komunikacja na poziomie bliskim zeru… Jedyna desko ratunku to pracownicy: kantorów, hosteli, itp., z którymi można nawiązać jako taki kontakt.

Nie chciałem wraz z ojcem szukać w okolicy dilera, więc zadowoliła mnie mała whisky zakupiona w pobliskim sklepie .  Posługując się łamanym francuskim i językiem migowym przed wstępem na cmentarz wyposażyłem się w kilka zniczy i około godziny 9 przekroczyliśmy jego progi. Gwoli ścisłości. Miejsce to jest otwarte od godziny 8 do 18. W soboty od 8.30 i od  9 w niedziele. Przy wejściu znajduję się również punkt informacji turystycznej, w którym uzyskacie mapkę po jego terenie, wraz z drogami do najsłynniejszych nagrobków.

Jak już wcześniej pisałem, moim celem było odwiedzić grób wokalisty The Doors.  Historia jego śmierci nie jest jednoznaczna, w każdym razie nie będę o tym pisał, bo i tak nie rzucę na to żadnego światła. Wiadomo, że zmarł 3 czerwca 1971 roku, w Paryżu. Czort wie w jakich okolicznościach. Na jego pogrzebie , który odbył się w tajemnicy, w nieoznakowanym grobie, zgromadziło się jedynie kilka przyjaciół i jego dziewczyna. Z czasem miejsce pochówku zostało oficjalnie przypisane jego osobie. Dodano popiersie, które z czasem zostało skradzione.

morrisonjim2

Odwiedzający miejsce ostatecznego spoczynku Króla Jaszczurów zostawiali na nagrobku swoje podpisy, które z czasem zamazano i zastąpiono płytą z grecką inskrypcją KATA TON DAIMONA EAYTOY, co w wolnym tłumaczeniu znaczy Sprzeciwić się swoim demonom. Dostawiono również barierkę, która miała zapewnić temu miejscu należyty spokój i ciszę, a nie jak w przeszłości być miejscem różnej maści spędów podsycanych szerokim wachlarzem używek. Jeśli o mnie chodzi to kulturalnie przy Riders on the storm (puszczonym z telefonu), wskoczyłem za barierkę, zapaliłem znicze i wylałem za jego pamięć trochę whisky na ziemię z jego grobu. Obok mnie stało kilka osób, z czego powiem na swoje usprawiedliwienie jedna starsza kobieta kontemplowała przy blancie 😉

Źródło: https://joemonster.org/images/vad/img_31519/d648c5888d175adc4a1bd0af2b94f294.jpg
Źródło: https://joemonster.org/images/vad/img_31519/d648c5888d175adc4a1bd0af2b94f294.jpg

30411836_10204213534015185_5637585226759667712_n
Przy nagrobku znajduję się drzewo owinięte matą, na której odwiedzający przyklejają gumy i zostawiają pamiątkowe wpisy, nie niszcząc tym samym mogiły Morrisona.

30441239_10204213533615175_4038063698340741120_n

3. Wieża Eiffla.

Następnie, za pomocą metra podjechaliśmy do kolejnych miejsc:

  • Jedno z największych na świecie muzeów – Luwr. Upływający czas nie pozwalał na wstęp do tego kolosa. Zwiedzanie spokojnie może zając kilka dni. Cena za bilet to około 15 euro,

DSC_0012

  • Katedra Notre-Dame,

DSC_0023 DSC_0031

  • Bulwary nad Sekwaną,

DSC_0013

  • Wieża Eiffla,

DSC_0035
Ten najbardziej rozpoznawalny punkt Paryża został wybudowany specjalnie na światową wystawę w 1889 r., na paryskich Polach Marsowych. Głównym budulcem jest ubóstwiane przez Eiffla żelazo. Obiekt pierwotnie miał zostać zburzony po 20 latach, do czego ostatecznie nie dopuścił ojciec tego dzieła.

Co do ostatniego punktu. Skupmy się nim trochę dłużej. Garść interesujących dla was faktów:

  • Lepiej przeznaczyć duży zapas czasu na tę atrakcję. Oczekiwanie na wejście w kolejce to przy ładnej pogodzie, lekką ręką kilka godzin. Mi zeszło ponad 3,5 ;P
  • Budowla ma trzy piętra. Cena biletów jest zależna od tego, na które chcecie się udać i w jaki sposób. Im wyżej tym drożej. Winda dla wygodnych, też adekwatnie podnosi cenę biletu  Przykładowa cena wjazdu na szczyt to 17 euro, podczas gdy wejścia nań po schodach to już tylko wydatek 7€. Dodatkowo dobrze wiedzieć, że dzieci do wieku 11 lat obowiązuje zniżka,
  • Na samej górze znajduję się pomieszczenie, które budowniczy wieży Gustave Eiffel, przeznaczył na swój prywatny apartament. Relaksował się w nim, izolował od świata, przeprowadzał swoje badania i podejmował ważnych gości. Wewnątrz znajdują się: meble, obrazy, fortepian i trzy figury woskowe: Eiffel, jego córka Claire i Thomas Edison (który faktycznie odwiedził go w roku ukończenia wieży). Pomieszczenie to począwszy od śmierci konstruktora, do dnia dzisiejszego pozostało praktycznie w tym samym stanie, a dopiero niedawno zostało udostępnione (można spojrzeć do środka przez jedno z okien) dla przyjezdnych turystów,

DSC_0061

f95ea0e661e621868c79d15d0fccd833
Źródło: https://www.bucketlist127.com/uploads/images/f95ea0e661e621868c79d15d0fccd833.jpg

  • Na zdobywców dachu Paryża, czeka możliwość uczczenia tej chwili zakupem lampki szampana w barze na szczycie. Impreza ta (zależnie od koloru trunku) kosztuje od 12 do 21 euro,

DSC_0045
Widok z najwyższego piętra wieży Eiffla na Pola Marsowe.

  • Wewnątrz jednego z tarasów widokowych mieści się galeria słynnych gości z całego świata, którzy odwiedzili ten obiekt i skala porównawcza stosunku wysokości Wieży Eiffla (324 metry) do najwyższych budowli w większości państw świata. Sprzedam wam ciekawostkę, że nasz Pałac Kultury i Nauki jest od niej niższy tylko o 93 m. 😉

Ze wcześniej wspomnianego żelastwa, zeszliśmy późnym popołudniem. Hostel standardowo zarezerwowałem przez booking.com. Nocleg nie dość, że znajdował się przy stacji metra i dworcu, z którego odjeżdżają pociągi Eurostar, to jeszcze jak na Paryż był bajecznie tani (£47 za noc). Fakt, faktem minus był taki, że pluskwy dały się we znaki. Po raz n-ty się powtórzę. Zabierajcie zawsze z recepcji wizytówki hostelu, w którym śpicie. W krajach gdzie komunikacja w języku angielskim jest utrudniona, lub funkcjonuje inny alfabet niż łaciński, gdy się zgubicie może uratować wam to życie…

Nazajutrz rano wróciliśmy do Londynu.


Do kolejnego,

Strzałka,

Bartosz Kwiek, 20.05.18, Londyn.

Kierunek Paryż – Pociąg Eurostar

Siema,

Tym razem padło na owianą romantycznym mitem stolicę Francji jako cel mojego kolejnego wyjazdu. Nie przepadam za tym miastem, oraz za francuzami i ich mentalnością. Większość rzeczy, które są warte zobaczenia już zaliczyłem podczas mojego pobytu w Paryżu w 2003 r., więc pewnie jesteście ciekawi po co zmarnowałem swoje pieniądze i czas na ponowny wypad do tej metropolii…

Otóż wymyśliłem sobie, że odwiedzę grób Jima Morrisona i zapalę blanta za jego duszę. Powiedzmy, że można to dodać do mojego bucket list.  Z tytułu, że Anno Domini 2018 jest wyjątkowy, bo wypadają w nim moje trzydzieste urodziny, zdecydowałem się na ten króciutki wyjazd. Tylko i wyłącznie w tym celu. Mój plan standardowo uległ nieznacznym modyfikacjom, ale mniejsza z jedzeniem pieczonych kasztanów na Placu Pigalle…

images
Źródło: https://encrypted-tbn0.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcR03GR61EsEJus-QnSCNGzPkJrxlecEIpQsIc7fXTjfuqUyNXM2


Na moim pobycie w tej stolicy skupię się w kolejnym wpisie. Teraz meritum i koniec wstępu 🙂

Zakup biletów

Najtańszy i najszybszy sposób (może i nie najtańszy z możliwych, ale tańszy niż samolot) dostania się do Paryża z Londynu oferują kolejowe linie Eurostar. Bilet kupiony na kilka dni przed wyjazdem (możliwy zakup online na www.eurostar.uk), w dwie strony (sobota i niedziela-wolny weekend w pracy 😉 ) kosztował mnie około £150. Za same bilety lotnicze zapłacił bym może i mniej, ale doliczając koszt dojazdu i powrotu z lotniska, zmarnowany czas (vide dojazd na terminal lotniczy) etc. nie sądzę, żeby się to kalkulowało.

Eurostar map_F_NR-1027-page-001
Źródło: https://www.railplus.com.au/cms/uploads/Eurostar%20map_F_NR-1027-page-001.jpg

Z Londynu za pośrednictwem Eurostar możliwa jest również podróż do: Amsterdamu, Avignonu, Brukseli, Disneylandu, Lyonu, Lille i Marsylii,

Odjazd

A propos czasu. Podróż pociągiem trwa tylko ok. dwie i pół godziny. Eurostar odjeżdża ze znanej londyńskiej stacji kolejowej St Pancras International, do której dojazd znając możliwości tutejszego transportu powinien zająć tylko chwilę (www.tfl.gov – strona internetowa z rozkładem jazdy autobusów/metra/kolejki/pociągów/itp. w Londynie). Przydatne dla podróżnych powinno być to, że do dworca bezpośrednio prowadzi metro (stacja King’s Cross St. Pancras).

Londyn wrzesień - pazdziernik 2007 513
Źródło: http://infointravel.com/image/447/Londyn%20wrzesie%C5%84%20-%20pazdziernik%202007%20513.jpg

Sprzedam wam ciekawostkę, że na tym dworcu znajduję się gratka dla fanów Harrego Pottera – peron 9  3/4.

Na pociąg trzeba stawić się min. pół godziny przed planowanym odjazdem. Aby dostać się na jego pokład trzeba wcześniej wylegitymować się posiadanym biletem (wystarczy wersja elektroniczna na telefonie), oraz następnie przejść odprawę wyglądającą identycznie jak na lotnisku (koniecznie pamiętajcie o paszporcie!).

Ciekawostki

Dla głodomorów i tych co nie zdążyli spakować jedzenia spieszę z krzepiącą informacją – podczas jazdy można zamówić jedzenie (i nie tylko w jednym przeznaczonym do tego wagonie jak w swego czasu w rodzimym Warsie). Ceny są dosyć wysokie, no ale już jak kogoś przypnie do muru to nie ma co wybrzydzać…Niestety nie jest mi dane wkleić zdjęcia menu z cennikiem, bo część materiału przepadła wraz z telefonem, który zgubiłem.

Prócz bufetu komfortową podróż w Matrixie umożliwiają: wszechobecne kontakty, darmowe WiFi i filmy, które na czas podróży udostępnia Amazon Prime (odtwarzane poprzez stronę internetową www.onboard.eurostar.com). Gratką dla dzieciaków będzie zapewne aplikacja typu virtual reality tworząca złudzenie obecności trójwymiarowych ryb za oknami pociągu. Chcącym odprężyć się dorosłym zapewne nie spodoba się całkowity zakaz palenia i używania różnych alternatywnych dziwactw pełniących rolę substytutu.

maxresdefault
Źródło: https://i.ytimg.com/vi/p9H-GeQir2A/maxresdefault.jpg

Pociąg średnio porusza się 267 km/h, a jego rekord prędkości to 334,7 km/h. Po kilkudziesięciu minutach jazdy czeka was przeprawa Kanałem La Manche biegnącym pod Morzem Północnym. Łączy on Anglię z Francją, a od 1994 roku wybudowanym w jego wnętrzu tunelem kolejowym (Eurotunel) zostały poprowadzone linie kolejowe pomiędzy tymi państwami. Największa głębokość pod poziomem morza, którą osiągniecie podczas jazdy to 75 metrów, natomiast cała droga Eurotunelem potrwa około 51 kilometrów.

624246174001_5737152954001_5737149584001-vs
Źródło: https://f1.media.brightcove.com/8/624246174001/624246174001_5737152954001_5737149584001-vs.jpg?pubId=624246174001&videoId=5737149584001

Jedyny postój na trasie mieści się godzinę jazdy za kanałem, na stacji (z której także korzystają linie TGV tj. teżewe) w mieście Lille. Jeszcze drugie tyle oddziela was od celu, jakim jest Paryż. Ostatecznie podróż zakończy się na jednym z największych paryskich dworców – Gare du nord.

324597-la-gare-du-nord-se-dote-d-un-nouveau-point-d-information-tourisme-2
Komunikaty informacyjne związane z pociągami sygnalizują pierwsze dźwięki piosenki Davida Gilmoura – Rattle Than Rock (https://www.youtube.com/watch?v=L1v7hXEQhsQ). Źródło: https://www.sortiraparis.com/images/2/57915/324597-la-gare-du-nord-se-dote-d-un-nouveau-point-d-information-tourisme-2.jpg

Stamtąd już nie powinno stanowić kłopotu dostanie się do każdego miejsca w tym mieście. Dworzec znajduję się w 10 dzielnicy (grunt, że nie jest to osławiona 13 😉 ), przy stacji metra pod tą samą nazwą i obsługuję nitki metra nr 4 i 5. Następnie w pewnym towarzystwie wyłoniłem się z jego czeluści i realizowałem dalsze części planu…

…cdn…

PS W kolejnym wpisie tyle o ile przybliżę wam kilka przydatnych informacji odnośnie poruszania się po Paryżu i atrakcji w tym mieście. Porobiłem kilka ładnych zdjęć, ale niestety przepadły wraz z zepsutym komputerem (może na dniach odzyskam te dane)…Najwyżej będę się posiłkował zasobami z Internetu ;P

 

Do kolejnego,

Serdecznie pozdrawiam,

Bartosz Kwiek, 05.05.18, Londyn.

Dzień VII i VIII – 12.02.18 i 13.02.18

Dzień VII – 12.02.18

Siema,

(…) Niestety nasz pobyt na Islandii chylił się ku końcowi. Rześcy i w pełni sił, a co najważniejsze z w pełni wypoczętym kierowcą wkroczyliśmy w przedostatni dzień naszej podróży. Jeśli wszystkie prognozy pogody się sprawdzą (a to akurat czysta loteria) i wszystko pójdzie zgodnie z planem popołudniu powinniśmy dojechać do Reykjaviku. Tam pomyślimy co dalej i gdzie szukać noclegu.


Złoty Krąg

W pierwszej kolejności przed ponownym przyjazdem do stolicy postanowiliśmy odwiedzić kilka miejsc należących do tzw. Złotego Kręgu. Mianem tym określono najpopularniejszą turystyczną trasę mającą początek w Reykjaviku i dalej biegnącą na wschód, by ostatecznie się zapętlić. Jej trzy główne atrakcje to: wodospad Gulfoss, geotermalny obszar Geysir i Narodowy Park Þingvellir. Oczywiście pomiędzy nimi jak to na Islandię przystało, znajdują się dziesiątki innych atrakcji. Jako namiastka tego czego się można spodziewać po drodze, niech posłuży mój OPIS wizyty w kraterze wygasłego wulkanu – Kerid. Zatrzymujecie się gdzie wam się podoba, hulaj dusza piekła nie ma! 😉


Kuce Islandzkie

CSC_0524 DSC_0516 DSC_0520

Relacja z mojego pobytu w tym państwie nie byłaby kompletna bez poświęcenia kilku linijek tekstu naszym stałym gościom – kucom islandzkim. Gdziekolwiek pojechałyśmy, tam były. Śnieg, mróz, deszcz, zawieja, zadyma, pustkowia – dzielnie znoszą wszystko i dostosowują się do każdych warunków. Zapewne spowodowane jest to tym, że ich przodkowie sprowadzeni tu około 1000 lat temu przez Wikingów, żyjąc w całkowitej izolacji nie mięli innego wyjścia jak zaadoptować się do tego surowego środowiska. Z tytułu mijanych lat, wieków, a nawet epok ich cechy wbrew pozorom nie ulegają recesji, a wręcz przeciwnie. Na pewno przysłużyło się tu embargo nałożone na import koni na wyspę, co ma zapobiec krzyżowaniu się kuców islandzkich z innymi rasami i powolnemu zanikowi ich wyjątkowości. Prócz możliwości egzystencji w różnym środowisku, konie te charakteryzuje niski wzrost (ok. 140 cm), siła i wytrzymałość, bujne owłosienie (grzywa, ogon, okolice kopyt) i lekki, płynny sposób poruszania się.


Ze względu na akcenty humorystyczne droga do pierwszego odcinka, którego pokonanie sobie założyliśmy minęła w mgnieniu oka. Standardowo ja robiłem za pajaca, ale niestety skecz ze zjazdem na jabłuszku spalił na panewce. Śniegu było za dużo i zamiast zjeżdżać, bezwładnie zapadałem się w zaspy. Wszyscy się śmieli oprócz mnie, ale grunt, że humor dopisywał 😉 (#PatchAdams)

  1. Gulfoss

DSC_0544

Najbliżej mieliśmy do jednego z ogniw Złotego Łańcucha (tfu kręgu) – wodospadu Gulfoss. Niestety, ale jest to strasznie tłoczne miejsce, nastawione na dojenie turystów z gotówki. W związku z tym nie powinno dziwić, że wstęp do toalety publicznej to koszt 200 ISK. Jednak prawdziwa maszynka do pieniędzy znajduje się zaraz przy parkingu. Jest to sklepik z pamiątkami i jedzeniem. Napisałem sklepik? Odpowiedniejsze słowo to moloch. Jeżeli macie dużo niepotrzebnych pieniędzy, gwarantuję że z wydaniem ich nie powinniście mieć żadnych kłopotów. Ceny raczej do normalnych nie należały i były porządnie windowane. Zwykła zapalniczka była w cenie 380 koron, a przykładowo za duży magnes trzeba było wręczyć 600 ISK. W posiadanie pięknego wełnianego swetra z islandzkich owieczek, można było wejść za 30 000 tamtejszych wariatów. Drogo? Kto bogatemu zabroni J Z moim budżetem na pamiątkę mogłem sobie wziąć co najwyżej islandzkie monety i powietrze…

DSC_0539

Miałem się jednak skupić na wodospadzie. Oczywiście, podobnie jak i wszystkich miejsc, które opisałem i opiszę, zwiedzanie tego, także jest darmowe. Do Gulfossu prowadzą dwie ścieżki (których zresztą ze względu na tabuny podążających gęsiego turystów trudno nie zauważyć). Jedna z nich prowadzi schodami w dół i daje możliwość podziwiania tego 32 metrowego kolosa z perspektywy najniższego poziomu. Idąc jednak ciągle przed siebie i nie zbaczając ze szlaku, dojdziecie do drewnianych platform. Roztacza się z nich cudowny widok na liczne wielopoziomowe spady nadających rwącej rzece Hvita co raz to większej prędkości, która ostatecznie z hukiem spływa w dół tworząc cały wodospad.  Wisienką na torcie niech będzie tęcza, która ukaże się co szczęśliwszym 🙂

DSC_0536

A propos rzeki. Jest bohaterką pewnej miłosnej historii. Swego czasu (XVII w.) przypadła jej niechlubna rola bariery pomiędzy parą zakochanych. Pasący owce syn farmera z pobliskiej wsi Brattholt, na drugim brzegu rzeki dostrzegł kobietę, w której zakochał się od pierwszego wejrzenia. Pastereczkę z miasteczka Hamarsholt. Zauroczenie zadziałało w dwie strony. Dziewczyna zaprosiła go do siebie, a chłopak nie bacząc na rwącą rzekę, kierując się płyciznami szczęśliwie przeprawił się do niej. Wiadomo tylko tyle, że Amor spisał się na piątkę. Zakochani się pobrali, a z ich miłości zrodziło się liczne potomstwo. Pastuszek zasłynął jako jedyna osoba, która przekroczyła ­­Hvitę ponad wodospadem.

DSC_0526

  1. Park Geotermalny Geysir

Veni, vidi, vici. Jedziemy dalej. W tzw. międzyczasie minęliśmy kilka aut nieszczęśników, którzy przegrali z siłami natury. Szczęście w nieszczęściu, że samochody były puste, a właściciele zapewne zostali odstawieni do jakiejś ciepłej noclegowni.

DSC_0573 IMG_6649

Do geotermalnego pola Geysir mięliśmy raptem około 10 km jazdy. Oczywiście jest to kolejny magnes  na turystów, co jest niestety równoznaczne z tym, że to punkt z rodzaju must see. Jego nazwa wzięła się od praojca wszystkich gejzerów o nazwie…(werble!) – Geysir!

Krótko i zwięźle. Cały teren przypomina iście księżycowy krajobraz. Krater na kraterze, kilka gejzerów na krzyż, zero zieleni, a wszystko to otulone w opary siarki. Sielankę psuję jednak wszechobecna międzynarodowa tłuszcza, ogromny parking zapchany do granic możliwości i nie można zapomnieć przede wszystkim o sklepo-restauracyjnym tworze 😉 .

We wcześniej wspomnianym przybytku dla chętnych istnieje możliwość spróbowania oryginalnej kuchni opartej na gorących źródłach. Zachęcam chociażby do spróbowania wypiekanego przez dobę, za pośrednictwem wysokich podziemnych temperatur chlebka – Rúgbrauð.

Geysir

Miejsce położenia tego gejzeru jest niepozorne i przysypane śniegiem, bo wybucha on tylko co około dwa dni. Staruszek ten nie jest już tak fenomenalny, jak kilkadziesiąt lat temu, kiedy to wytryskał wodą na 70/80 metrów. Teraz jest już to tylko kilka (gejzery mają to samą przypadłość co ludzie. Z wiekiem opadają na siłach 😀 ), a i tak zaobserwujecie to kiedy będzie wam towarzyszyło niesamowite szczęście.

DSC_0569

Strokkur

IMG_4508

Głównym aktorem na scenie jest osławiony gejzer Strokkur. W nieregularnym odstępie czasu, co około kilka minut, wystrzeliwuje wiązką wrzątku na wysokość 30 metrów. Kwestia nieznania dokładnego czasu wytrysku nie ułatwia wcale czatowaniu ze statywem na siarczystym mrozie, żeby uchwycić ten moment…

IMG_4509
Było ciężko, ale jakoś się udało sfotografować ten cud natury.

DSC_0567
Lepiej niech nikomu nie przyjdzie do głowy wrzucanie monet do gejzerów, bo sutki mogą być tragiczne… Nie tylko dla zdrowia, ale również dla tego cudu natury.


  1. Þingvellir

Trzecim i zarazem ostatnim muszkieterem jest leżąca w pobliżu perła w koronie islandzkich rezerwatów – Park Narodowy Þingvellir. Jest on o swego rodzaju skarbem Islandii, gdyż zaliczany jest do grona miejsc światowego dziedzictwa UNESCO. Nie będę się rozwodził na jego temat, bo jak mam być szczery to tylko przejeżdżałem obok. Niestety upływający czas nie sprzyjał ponadprogramowym postojom. Wiem tylko tyle co usłyszałem i wyczytałem… Mianowicie pośród pięknych niczym nie skażonych jezior (park leży przy największym islandzkim jeziorze Þingvallavatn), łąk, etc. Znajduję się na miejscu zazębienia dwóch płyt tektonicznych (eurazjatyckiej i północnoamerykańskiej), których wyrwa jest rajem dla rządnych wrażeń płetwonurków. A propos rządu. W obrębie tego parku narodowego w 930 roku mieściła się siedziba pierwszego na świecie parlamentu.


Reykajvik

Do Reykjaviku dojechaliśmy drogą nr 36, w ponad pół godziny. Kolega z ekipy, zbierający płyty winylowe z każdego państwa, które odwiedza nie podarowałby odpuszczenia sobie Islandii. W związku z tym nie omieszkaliśmy wspólnie odwiedzić salonu muzycznego (stary winyl to wydatek 300 ISK, a coś znanego i w miarę nowego nabędziecie za 2/3 k.). Z początku towarzyszyliśmy mu całą paczką, potem nasze drogi się rozeszły…

IMG_4512
Jedna z ozdób na ścianach we wcześniej wspomnianym sklepie. PS Podobieństwo do polskiego polityka jest zupełnie przypadkowe. Chyba 😉


PS Okoliczności ku temu sprzyjają, tak więc podzielę się z wami ciekawym odkryciem z dziedziny islandzkiej muzyki. Słyszeliście kiedyś tamtejszy hip-hop? Jestem w stanie domyślić się odpowiedzi 😀 Pozwólcie, że zareklamuję tu dosyć młody (początki w 2013 r.) zespół o nazwie Reykjavíkurdætur (tłum. Córy Rejkjaviku). Tworzy go 11 dziewczyn, których flow i ekspresja na pewno wywołają na waszych twarzach szeroki uśmiech od ucha do ucha i poprawią humor 🙂

Jeśli jesteście ciekawi niszowej muzyki z najodleglejszych zakątków świata, gorąco polecam sprawdzić kanał na Youtube o nazwie KEXP. To właśnie tam pojawił się występ zespołu, który wcześniej wspomniałem. Zbaczając nieznacznie z tematu Islandii, aczkolwiek pozostając ciągle w Skandynawii… Może wam się spodoba ta duńska perełka będąca moim najnowszym odkryciem – zespół Heilung.


…Kiedy on kontynuował swoje tournee po kolejnych sklepach, my odwiedziliśmy Vinbudin (a jakże!) i udaliśmy się do Bonusu po spożywcze zakupy. W tzw. międzyczasie znaleźliśmy odpowiadający każdemu nocleg. W stolicy mijało to się z celem, bo wszystko tam jest najzwyczajniej w świecie drogie, więc wybór padł na Keflavik, do którego jest bliziutko i obok niego leży lotnisko. Anyway, przy lokalnym odpowiedniku McDonalds (jakbyście zgłodnieli to dobrze wiedzieć, że hamburger z frytkami to koszt 1700 ISK) – Aktu-Taktu wszyscy się spotkaliśmy i odjechaliśmy w miejsce noclegu.


Dzień VIII – 13.02.18

Nara,

Lot powrotny do Londynu mięliśmy około 10, za to Mateusz do Gdańska z sześć godzin później. Niby mógł później samodzielnie dojechać na lotnisko, aczkolwiek wybrał nasze towarzystwo i zabrał się tam z nami, nad ranem. Spakowani i przygotowani do wyjazdu udaliśmy się w ostatnią podróż naszą wysłużoną Toyotką. Samochód należało odstawić do wypożyczalni w okolicach wcześniej ustalonej godziny. Pamiętajcie, że przy zdaniu wypożyczonego auta musi być obecny pierwszy (główny) kierowca (ten, na którego podpisano umowę). Jako ostatnią posługę zagwarantowano nam bezpośredni dowóz na pobliskie lotnisko firmowym minivanem. Po dziesięciu minutach byliśmy na miejscu. Jeszcze tylko bramki, odprawa i wylądowaliśmy na angielskiej ziemi.

Podsumowując jestem strasznie zadowolony z tego wyjazdu. Najbardziej cieszy mnie fakt, że było mi dane spełnić swoje marzenie (obserwację zorzy polarnej). Islandia jest tego typu krajem, że bez samochodu ani rusz…Jak mam być szczery to już po raz kolejny dotarło do mnie, że nieustannie trzeba szlifować swoje umiejętności jazdy samochodem. Jak to odpuszczę to ciągle będę od kogoś zależny. No nic… Jak będą pieniądze i czas to się zmobilizuję, inwestując w jakiś sposób w praktykę.

Tymczasem dziękuję, że poświęciliście swój cenny czas na czytanie moich wywodów 🙂 W zanadrzu mam jeszcze kilka ciekawych planów na wyjazd, także bądźcie cierpliwi i czujni. Widzimy się niedługo. Czołem!

PS Zapraszam do zapoznania się z relacjami z poprzednich dni mojej podróży po Islandii – http://kwieqnahamaq.pl/bunkrow-nie-ma-ale-tez-jest-zajebiscie-islandia-2018/


Do następnego razu,

Serdecznie pozdrawiam,

Bartosz Kwiek, 24.04.18, Londyn.