Dzień II – 07.02.18

Dzień II – 07.02.18
Siema,
(…) tak jak planowaliśmy, wyruszyliśmy przed wschodem. Pobudka koło godziny siódmej (na Islandii hasło, na które zwykle włosy dęba stają, czyli pobudka przed brzaskiem nabiera nowego wydźwięku. Zwykle jest to godz. 5, tutaj natomiast człowiek może się spokojnie wyspać i wstać w okolicach 7 lub 8.), wyjazd przed 9, a wschód zastał nas dopiero w trakcie trasy. Polecam taką taktykę, jeśli zależy wam na oszczędności dnia i podobnie jak my dysponujecie jedynie kilkoma godzinami kiedy świeci słońce 😉


Chuchaliśmy na zimne i dosyć często tankowaliśmy bak do pełna auta (swój zresztą też). Litr benzyny (nie pamiętam jakiej) kosztował ok. 200 ISK, a za 7000 tamtejszych wariatów można było go zalać do pełna. Słowo na zbiorniku z benzyną oznaczające do pełna to – filla. Większość stacji jest czynna tylko w określonych godzinach, ale na szczęście dystrybutory, w których można płacić kartą stoją otworem niezależnie od pory dnia i nocy. Nasze auto paliło jak smok, także byliśmy w tych miejscach częstym gościem.

Wg wcześniej ułożonego planu, w asyście kolegi TomToma obraliśmy kierunek południowy, a ściślej na okolice parku geotermalnego Hveragerdi. Po drodze nie widzieliśmy praktycznie żadnych dzieci i większość ludzi, których spotykaliśmy to Azjaci. Wbrew pozorom wschodzące słońce na niebie (które to nad Islandią nigdy nie jest czyste, a zawsze towarzyszy mu jakaś chmurka) nie zagwarantowało nam pięknej pogody, która zwykle zmienia się co kilkadziesiąt minut. Dodatkowe atrakcje zapewniała nam zamieć śnieżna, która przykryła odcinek „jedynki” (tak nazywa się główna droga, która biegnie dookoła wyspy), którym się posuwaliśmy. Fakt, faktem, dostaliśmy przedsmak tego czego się możemy spodziewać. PRZEDSMAK.

Jeśli nie macie terenowego samochodu z napędem na cztery koło to podczas islandzkiej zimy lepiej trzymać się drogi nr 1 i odbijać w boczne arterie tylko na krótkich odcinkach prowadzących do danej atrakcji. Po tzw. „interiorze” czyli małymi „jezdniami” prowadzącymi w głąb wyspy poruszajcie się tylko odpowiednio przystosowanym do tego autem. W innym wypadku skutki mogą być tragiczne. Pamiętajcie o tym, że są to odcinki, na których nie panuje duże natężenie ruchu i np. gdy wpadniecie w zaspę i nie będziecie mieć zasięgu w telefonie nikt nie przyjedzie wam na pomoc. Będziecie zdani tylko na siebie.

IMG_1014

Obraliśmy taką taktykę, żeby trzymać się samochodu jadącego przed nami. Największe frontalne uderzenia śniegu brał na siebie, torował i zarazem pokazywał nam drogę. Na szczęście wiedzieliśmy gdzie jezdnia kończy się po lewej i prawej, bo ktoś wpadł na pomysł, aby postawiać co chwila ostrzegawcze słupki. Jak kogoś zwieje, albo zjedzie z drogi to się od nich odbije. W Polsce częściej niż słupki przy drogach posadzone są drzewa. Polska nie wybacza błędów. W końcu zacząłem doceniać ten cud techniki nawigacji i bezpieczeństwa.


Hveragerdi

Pierwszy przystanek dzisiejszego dnia to usiany geotermalnymi źródłami i słynną gorącą rzeką Reykjadalur teren parku Hveragerdi. Wstęp do tego miejsca (podobnie zresztą jak i wszystkie miejsca jakie odwiedziliśmy) był darmowy, oraz paradoksalnie nie zaobserwowaliśmy tam tłumów turystów.

IMG_0384

Na miejscu można się zrelaksować kąpielą na „dziko” w tejże rzece, w otoczeniu której znajdują się liczne źródełka z gotującą się wodą. Wszystko to wokół kilku tysiącletniego lawowego pola. Malowniczy widok. Mimo braku znaków podczas zimy trudno nie zauważyć termalnych źródełek, bo są to jedyne miejsca nie pokryte śniegiem, z których w dodatku unosi się para. W cieplejsze pory roku lepiej na nie uważać, ponieważ czasami są to tylko niewielkie kałuże w dodatku niczym nie ogrodzone. Kontakt z wodą w temperaturze wrzenia może skończyć się poważnymi oparzeniami i uszczerbkiem na zdrowiu. Raz tylko natknąłem się tylko na ostrzegawczą tabliczkę. Może to i lepiej. Za głupotę trzeba płacić, selekcja naturalna.

DSC_0147 DSC_0151

Widok wynagrodził cały trud.

Btw. idąc w górę rzeki waszym oczom ukażą się piękne górskie szczyty. Rzecz jasna postanowiłem wejść na jeden z nich, oraz finalnie w nagrodę wykąpać się w cieplutkiej rzece. Plan spalił na panewce, bo wędrówka tak mnie wyczerpała, że nie miałem już na to siły. Wysokie to, to nie było. Droga w te i nazad zajęła nam (tylko, sic!) ponad dwie godziny, ale częsty brak widocznego szlaku (tyłek ratowały tyczki, które pokazywały prawidłowy kierunek), oblodzone skały, brak raków, gumowe podeszwy na butach, grad i zamieć nie pomagały. To co zrobiliśmy nie było może mądre i odpowiedzialne, ale stało się 😉 Kolejnym razem muszę jedynie zapuścić wąsy i brodę, oraz zadbać o zwisające z nich sople lodu. Gdy w końcu udało mi się dojść na szczyt, którego nazwy nawet nie znam – poczułem się jak himalaista zdobywający K2 😀

IMG_0426

PS Podczas długich i trudnych wspinaczek w pewnym momencie nie ma już drogi odwrotu. W naszym przypadku powrót liczyłby się z ponownym szukaniem szlaku, chodzeniem na przełaj i pokonywaniem wszystkich trudności do kwadratu dodając do tego towarzyszące zmęczenie. Tak najczęściej giną alpiniści. Nawet w stanie skrajnego wyczerpania, gdy organizm odmawia posłuszeństwa, wiedząc że od szczytu dzieli ich już nie dużo zmuszają się do dalszej drogi…

Z góry udało nam się zejść z tarczą. Weszliśmy do naszego rydwanu i ruszyliśmy dalej na południe wyspy.


Kerið

Skoro jestem na Islandii to grzechem by było nie zobaczyć wulkanu. Zatrzymaliśmy się przy kraterze jednego z dwunastki wulkanów w okolicy – dziadku Grimsnes (powstał ok. 6500 lat temu). Co prawda nie jest aktywny, ale w jego wnętrzu znajduję się piękne lazurowe jezioro, nazywające się Kerið. Niestety nie dane mi było napawać się jego cudowną barwą, bo było zamarznięte i przysypane śniegiem…W ciepłe miesiące, gdy jezioro nie jest zamarznięte, organizowane są na nim występy różnych artystów grających swoje koncerty na pływających tratwach.

DSC_0179

Krater można obejść wytyczoną ścieżką. Jeśli będziecie tam w podobnej porze co ja, rzecz jasna wskazane abyście mięli raki. Momentami ścieżka jest oblodzona i w połączeniu z mocnym wiatrem mogą stwarzać niezbyt sprzyjające bezpiecznemu zwiedzaniu okoliczności. Cały spacer zbiera kilkadziesiąt minut, więc długi stop to, to nie jest. Dla chętnych istnieje możliwość zejścia w dół krateru po kilkuset stopniach, aż do brzegu jeziora. Zapłaciliśmy tylko za parking 400 ISK, aczkolwiek nikt tego nie weryfikował, więc myślę, że też nic by się nie stało jakbyśmy nie zapłacili.


Seljalandsfoss

Kierując się nadal trasą nr „1”, w okolicach miasta Vik zrobiliśmy postój przy jednym z najpiękniejszych islandzkich wodospadów – Seljalandsfoss (oczywiście zapamiętanie jego nazwy graniczy z niemożliwością. Tutaj mały life hack – nazwy wodospadów zwykle poznacie po końcówce „foss” 😀 ). Parking kosztował 700 ISK, ale jakiś dobry duszek, który akurat odjeżdżał podarował nam swój bilet.

01817f1edcdd5ee89210ad989f45350825c280ae29 IMG_6142

Ten diabeł jest wysoki na ok. 65 metrów i znany jest z tego, że można przejść za spływającą kaskadą wody. Niestety w zimę przejście jest zamykane, gdyż droga jest oblodzona i łatwo stracić równowagę.

W bezpośrednim sąsiedztwie polecam jeszcze odwiedzić ukryty w skałach wodospad – Gljúfrabúi. Ze względu na swoje położenie jest omijany przez tabuny turystów. Podczas zimy podejście ze względu na śliskie skały może być utrudnione, dlatego ja sobie odpuściłem tą przyjemność. Co by tu nie było, nie trafiliśmy na najlepszą porę roku aby zwiedzać wodospady ;P


Anyway, komu w drogę temu czas. Następnym przystankiem naszej wesołej wycieczki miał być wulkan – Eyjafjallajökull. Ha! To spróbujcie wymówić! Niestety „miał być”. Przed wyjazdem zbyt mało czasu spędziłem przed mapami i przeoczyłem pewien istotny fakt. Pod tą dziwną nazwą kryje się całe pasmo górskie, którego wulkan jest jedynie małą częścią. Aby dojechać do interesującego nas punktu, potrzebowaliśmy przejechać ok. 50 km w jedną stronę…Niestety nie mięliśmy tyle czasu, a dzień uciekał i zaczynało się ściemniać…

Skógafoss

Odpuściliśmy sobie wulkan i jadąc ciągle wzdłuż tej samej drogi zatrzymaliśmy się podziwiać następny wodospad – Skógafoss. O dziwo parking nie był wyjątkowo płatny. Przed naszymi ukazał się 60 metrowy, szeroki na ponad 20 metrów kolos.

013ed866e16e6ed1f17a9cdb8eba7db94efa055faf

W przeciwieństwie do poprzednika można było wejść na jego szczyt, pokonując niekończące się schody, liczące ponad pół tysiąca stopni 😉 Widok z wieńczącej je platformy zapierał dech w piersiach. Co zaczynało być standardem towarzyszyły nam atrakcje w postaci śnieżnej zamieci i wiatru o prędkości miliona pierdyliardów na sekundę. Czasami było blisko do tego, żeby człowieka zwiało w te hektolitry wody, ale na szczęście zapierałem się dzielnie moimi gumowymi podeszwami. W 2013 właśnie ta sceneria posłużyła za tło w jednej ze scen filmu z uniwersum Marvela o nordyckim bogu Thorze.

IMG_1025


Wejście na szczyt wodospadu przywitało nas coraz większym widmem mroku, co przypomniało nam o znalezieniu noclegu. Kilka kliknięć na telefonie i już znana aplikacja pomagająca w lokalizacji noclegów wyszukała kilka odpowiednich propozycji. Najbliżej był hostel znajdujący się pod wodospadem. Ze względu na astronomiczne ceny nie polecam. Zdecydowaliśmy się na guest house w wiosce Laugardaelir koło Viku. W cenie 15 000 ISK dostaliśmy czteroosobowy pokój, w pełni wyposażoną kuchnię i inne luksusy. Najważniejszym faktem, który nas ucieszył była wanna z gorącą wodą obok naszego domku 🙂 IMG_0538

…cdn…

Serdecznie pozdrawiam,

Bartosz Kwiek, 27.02.18, Londyn

Dzień I – 06.02.18

Dzień I – 06.02.18

Siema,
(…)Z samego rana (po godzinie 9) wylądowaliśmy na lotnisku (KEF) w Keflaviku. Jest to lotnisko odległe o około 50 km od stolicy Islandii i naszego pierwszego punktu wizyty – Reykjaviku. Dlaczego polecieliśmy tam, a nie prosto do stolicy? Ponieważ to lotnisko obsługuje wszystkie loty międzynarodowe, natomiast w Reykjaviku tylko wewnętrzne. Macie ciekawostkę 🙂

IMG_0341

Skorzystaliśmy z usług tanich skandynawskich linii lotniczych – Air Norwegian. W tym przypadku przedrostek był odwrotnie proporcjonalny do warunków serwowanych przez polskich przewoźników tanich linii lotniczych. Standard, czystość i przestrzeń nie pozostawiały wiele do życzenia.


Pierwsze co po wylądowaniu chciałem się przekonać czy faktycznie „kranówa” jest zdatna do picia, zdrowa i nie występują po jej spożyciu jakieś niepożądane efekty. W WC uzupełniłem butelki z wodą i w ten sposób przyoszczędziłem ponad sto koron (#Janusz) ;P Anyway, butelkowana woda na Islandii to jedna z tych rzeczy, na których możecie przyoszczędzić pieniądze. Nawet ta lejąca się z kranu jest najczystszą na kuli ziemskiej. Kolejna moja rada to alkohol kupić w strefie wolnocłowej. Po za lotniskiem jego ceny przyprawią was o zawrót głowy. Ale o tym później…

Pewnie jesteście ciekawi jaka pogoda panowała na miejscu. Otóż islandzka zimna nie jest tak straszna jak ją malują. Temperatura około -9 stopni. Śniegu po pachy. Zawieja jak ********* (jak to ujął Spięty z zespołu Lao Che „Wiatr wieje, jak dunder bezpański”). Jednym słowem nic wielkiego. Zima jak 20 lat temu w Polsce. Wschód słońca jest przed 10, a zachód około 17.30. Idealne warunki do „upolowania” zorzy polarnej. O to chodziło.


Pomijając kwestie, o których wcześniej wspominałem (vide prowiant, bagaż, itp.), wypada, żebym napisał kilka zdań o wypożyczeniu samochodu. Naturalnie z przyzwyczajenia wraz z moimi współtowarzyszami podróży zrobiliśmy to przed wylotem, bo jak wiadomo zwykle robienie tego ad hoc na lotnisku jest dużo droższe. Jeśli chodzi jednak o Islandię różnica cenowa jest niewielka i nie trzeba się tym zawczasu przejmować. Tutaj wszystko jest drogie 😉 Jak pisałem my załatwiliśmy to dużo wcześniej. Z lotniska po odbiór samochodu zabrał nas shuttle bus. Furę wypożyczyliśmy od firmy Orange Car Rental, w której to placówce oczywiście obsługiwali nas Polacy (nasi rodacy są jedną z najliczniejszych mniejszości na tej wyspie. W sumie ciężko się temu dziwić, bo w końcu czy istnieje miejsce gdzie nas nie ma?).

IMG_1005
Cennik

Na nas powinna czekać Dacia Duster z napędem na cztery koła. Auto nie było akurat dostępne, więc w nasze ręce wpadła Toyota Rav 4×4. W sumie lepszy model, ale i tak z czasem okazało się, że jego możliwości nie są wystarczalne na jazdę w czasie islandzkiej zimy. Na oponach były kolce (koniecznie zwróćcie uwagę na łańcuchy lub kolce, które są w zimę praktycznie niezbędne!), które szybko „poodpadały” z opon, a napęd na cztery koła odmawiał posłuszeństwa, wtedy kiedy był najbardziej potrzebny…

Summa summarum wóz wypożyczyliśmy na osiem dni za około £380 plus £70 za ubezpieczenie depozytu, który wyniósł £2500. Suma ta została „zamrożona” na karcie debetowej, więc brak kredytówki nie był problemem. Dodatkowo skorzystaliśmy z promocyjnej darmowej opcji drugiego kierowcy, która to zwykle jest płatna. W ostatecznym rozrachunku nie skorzystaliśmy z opcji dodatkowego ubezpieczenia, gdyż zależało nam na funciakach. Doradzano nam zabezpieczenie się przed wiatrem, który często porywa lub wgniata drzwi. Jako Janusze postanowiliśmy po prostu uważać jak będziemy otwierać drzwi, zamiast wydawać pieniądze na dodatkowe ubezpieczenie. Pozostało również pilnować brawury (zabroniony off road) , odpowiednich pasów (ruch prawostronny) i limitu prędkości, który wynosi 90 km/h. Ze względu na napęd 4×4 mogliśmy pozwolić sobie na przejazd drogami przeznaczonymi tylko dla takich samochodów oznaczonymi literą „F”.

PS Sprzedam wam ciekawostkę odnośnie ruchu prawostronnego. Obowiązuje on od roku 1968, wcześniej natomiast na modłę angielską był lewostronny. Dlaczego tak? Funkcjonuje kilka hipotez. Jedna z nich twierdzi, że wszystko to przez II Wojnę Światową, podczas której oficjalnie Islandia była neutralna. Nieoficjalnie natomiast wspierała Aliantów, którym na rękę był ruch lewostronny. Jak postanowiono tak i zostało. Fakt, faktem jedynie przez kilkadziesiąt lat.


Swoją limuzyną udaliśmy się w stronę Reykjaviku. Jest to najdalej na północ wysunięta stolica i zarazem największe miasto Islandii. Populacja Reykjaviku wynosi 3/4 zaludnienia państwa. Na całej wyspie żyje ok. 338 000 ludzi, z czego ok. 123 000 w stolicy.  Na miasto składa się 10 dzielnic z czego odwiedziliśmy jedynie Miðborg (jedynie to chyba słowo nie na miejscu. W sumie przylecieć do Islandii i zwiedzać tylko Reykjavik to głupota w najczystszej postaci 😉 ), które jest jego ścisłym centrum. Jak ono wygląda? Mi przychodzi na myśl porównanie z Sopotem i jego główną ulicą – Monte Casino.

Na samym szczycie tegoż Monciaka (ul. Sæbraut) figuruje moim zdaniem najbardziej rozpoznawalna i jedna z najwyższych budowli Reykjaviku – kościół Hallgrimskirkjam. Nazwa podobnie zresztą jak inne islandzkie słowa przyprawiała mnie o zawrót głowy i była niemożliwa do wymówienia.

Mała dygresja. Jeśli znacie język niemiecki, nie powinniście mieć większych kłopotów z komunikacją z Islandczykami. Obydwa pochodzą z tego samego pnia języków nordyckich. Przykładowo niemieckie Guten Tag to islandzkie Góðan dag. Z przydatnych „magicznych” zwrotów warto znać również: Takk fyrir (dziękuję), bless (dowidzenia), Ja (tak) i Nei (nie). W strasznym przybliżeniu: ð – wymawiamy jako „D”, þ – jako „T”, æ – jako „a”. Każdy mieszkaniec wyspy uczy się języka angielskiego od małego, także nie powinny występować kłopoty z komunikacją w tym języku. W razie „W” zawsze pozostają gesty i mimika. Islandczycy są bardzo mili i cierpliwi, więc „dialog” przeprowadzony w ten sposób może być niezłą przygodą 😉

Kościółek jest dobrym punktem orientacyjnym, oraz zarazem punktem widokowym. Jego częścią jest ponad 70 metrowa wieża, na którą za skromną opłatą 1000 ISK można wjechać windą i podziwiać piękną panoramę miasta (a jest co!).

PS Uwaga na postoje, bo parkometry są dosłownie wszędzie, a godzina wynosi 150 ISK). Bez obawy w każdym sklepie w okolicy rozumieją język angielski i spokojnie rozmienią gotówkę.

DSC_0051
Przed kościołem stoi pomnik wikinga (ochrzczonego za życia) Leifa Erikssona – domniemanego odkrywcy Ameryki.

Kierując się w dół ulicy mijaliśmy gro kolorowych domków wykończonych blachą falistą (zapewne kwestia ocieplenia). W razie „W” głód możecie zaspokoić kebabem za 1300 ISK, lub w restauracjach gdzie ceny są w granicach 8000 ISK.

DSC_0071 DSC_0085 DSC_0086 DSC_0087 DSC_0088

U kresu ulicy czeka zapierający dech w piersiach widok. Ocean (Reykjavik to portowe miasto) i widok na góry.

Zaraz przy „widoczku” jest rzeźba – Sólfarið (ang. Sun Voyager) będąca wariacją na temat łodzi Wikingów.

DSC_0078

W zasięgu wzroku, po lewej stronnie znajduje się centrum konferencyjne i sala koncertowa Islandzkiej Orkiestry Symfonicznej – Harpa (nazwa znaczy tyle co harfa po islandzku). W pobliżu jest nabrzeże gdzie cumują statki, oraz okręty. Gmach powstał całkiem niedawno, bo w 2011 roku i jest uważany za jedną z najpiękniejszych sal koncertowych na świecie.

01ce3c0c0f5e33798570630bc991c40c7cd290680c

Jak mam być szczery to warte to, to kilku zdjęć i nic ponad to. Szkoda czasu, bo jak mówiłem – Islandia to nie kierunek odpowiedni na zwiedzanie miast. Dla mnie wystarczało zwiedzania stolicy…Dla chętnych, którzy mają zbyt dużo pieniędzy (bo nie jest to najtańsze) stoją otworem dziesiątki muzeów – dosłownie wszystkiego (od penisów, po islandzkiego punka).


Kolejny punkt do odhaczenia to powrót na lotnisko w Keflaviku, odbiór kolegi, ponowna wizyta w wypożyczalni i zarejestrowanie dodatkowego kierowcy naszego rydwanu. Ostatecznie wieczorem zjechaliśmy do Guest Housu, który prowadziły dwie Polki. Za jedną noc, w pokoju czteroosobowym zapłaciliśmy 13000 ISK. Zaobserwowałem tam ciekawą rzecz,a mianowicie to, że na Islandii ludzie są bardzo ufni wobec obcych. Mianowicie drzwi do naszego miejsca akomodacji były szeroko otwarte, w środku nikogo nie było. Czekała na nas w pełni wyposażona kuchnia, sprzęt elektroniczny, itp. Nikt tego nie pilnował. Zastała nas jedynie karteluszka z informacją, że przyjezdnych uprasza się o wykonanie telefonu do właścicieli w celu zameldowania. Po niniejszej czynności przekazano nam klucze do pokoju i właścicielka odjechała samochodem zapewne do swojego mieszkania. Wart dodania, wyjaśniający wszystko fakt to, to że Islandia to najbezpieczniejsze państwo na świecie (no może spokojnie stawać w szranki z Bhutanem ;P ) 🙂

…ciąg dalszy nastąpi…

Pozdrawiam serdecznie,

Bartosz Kwiek, Londyn, 25.02.18 r.

Bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście – Islandia 2018

Siema,
Aklimatyzacja za sobą. Ochłonąłem. Zdjęcia i filmiki ogarnięte. Jet lag przeżyty, a więc przyszedł najwyższy czas na opisanie mojego ostatniego pobytu (06.02.18-13.02.18) na Islandii.
Genezę i szkic tripu opisałem w poprzednim poście (http://kwieqnahamaq.pl/islandia-korona-kraina-lodu/), jednak jak to w życiu bywa nic nie jest pewne i kilka rzeczy uległo zmianie. W pierwszej kolejności przedstawię wam jak wyglądała ostateczna wersja naszego planu podróży. Następnie postaram się jak najszybciej uzupełnić każdy dzień o osobny wpis dotyczący atrakcji jakie widzieliśmy. Przybliżę wam warte uwagi miejsca gdzie zrobiliśmy przystanki. Zaserwuję kilka ciekawostek/rad/informacji ich dotyczących i przyprószę to dawką (mam nadzieję) zabawnych anegdotek 😉
PS Pewne punkty pomijam, typu np.: zakupy, przystanek na wschód/zachód słońca, tankowanie, etc. Jak przyjdzie wena to w praniu wspomnę o tym kilka słów ;P


Dzień 1 (06.02.18)
(TU PRZECZYTASZ RELACJĘ)
1. Keflavik International Airport (Przylot – 09.15),
2. Reykjavik:
• Hallgrimskirkjam – charakterystyczny kościół,
• Sólfarið – Sun Voyager – rzeźba przedstawiająca łódź Wikingów,
• Harpa – centrum konferencyjne i sala koncertowa,
3. Nocleg w Keflavik – Hostel „Iron Guesthouse”,

Dzień 2 (07.02.18)
(TU PRZECZYTASZ RELACJĘ)
1. Reykjadalur Hot Spring Thermal River,
2. Hveragerdi – wejście na szczyt,
2. Kerið – jezioro w kraterze wygasłego wulkanu,
3. Seljalandsfoss – wodospad, za którym da się przejść,
4. Skógafoss – jeden z największych i najsłynniejszych wodospadów na wyspie,
5. Nocleg w Laugardælir – Hostel „Country Dream – Langholt 2”,

Dzień 3 (08.02.18)
(TU PRZECZYTASZ RELACJĘ)
1. Reynisfjara Black Sand Beach – plaża z czarnym piaskiem,
2. Solheimasandur Plane Wreck – wrak samolotu,
3. Reynisfjara Black Sand Beach (cz. 2) – plaża z czarnym piaskiem (dwa Trolle, formacje skalne półwyspu Dyrhólaey),
4. Bazaltowe kolumny,
5. Hálsanefshellir Cave – jaskinia przy powyższej plaży,
6. Laufskálavarða – miejsce pełne kamiennych stożków zostawianych przez podróżników,
7. Fjaðrárgljúfur – najpiękniejszy kanion Islandii,
8. Svínafellsjökull – język największego lodowca Europy,
9. Zorza polarna,
10. Nocleg w okolicy Höfn – Hostel ” Ártún Apartment „;

Odcinek specjalny – Polowanie na zorze polarną i islandzkie zakupy (08.02.18 i 09.02.18)
(TU PRZECZYTASZ RELACJĘ)
Dzień 4 (09.02.18)
(TU PRZECZYTASZ RELACJĘ)

  1. Renifery,
  2. Skaftafellsjökull View Point – język tegoż lodowca,
  3. Jökulsárlón Diamond Beach – plaża z bryłami lodu,
  4. Jökulsárlón Iceberg Lagoon – jezioro lodowcowe,
  5. Fjallsárlón Iceberg Lagoon – jezioro lodowcowe (2),
  6. Hofskirkja – stary kościółek, cały pokryty mchem. Wygląda jak domek z Hobbitonu,
  7. Svínafellsjökull View Point – język lodowca,
  8. Nocleg w okolicy Höfn – Hostel „Ártún Apartment „;

Dzień 5 (10.02.18)
(TU PRZECZYTASZ RELACJĘ)

– postanowiliśmy jechać przy wybrzeżu wyspy w stronę północną (główną krajową drogą nr „1”), aby zobaczyć fiordy, oraz wodospad znany z filmu „Prometeusz” – Dettifoss. Wciąż narastające opady śniegu i pogarszające się warunki pogodowe, niestety zmusiły nas do powrotu.
Jedynym plusem jest to, że noc spędzamy w naszej furze, na campingu w Vatnajökull National Park w bezpośrednim sąsiedztwie największego lodowca kontynentu,

Dzień 6 (11.02.18)
(TU PRZECZYTASZ RELACJĘ)

– wyjazd o 8.40, spieszymy się,
1. Skeiðará Bridge Monument – część zniszczonego na skutek wulkanicznego ciepła i powodzi lodowcowych mostu,
2. Eldhraun – pola mchów,
3. Nocleg w Laugardælir – Hostel „Country Dream – Langholt 2”,

Dzień 7 (12.02.18)
(TU PRZECZYTASZ RELACJĘ)

1. Kuce islandzkie,
2. Gullfoss Falls – najpiękniejszy wodospad Islandii,
3. Park geotermalny Geysir,
4. Geysir – ojciec wszystkich gejzerów,
5. Strokkur – ciągle aktywny gejzer,
6. Reykjavik – sklep z winylami,
7. Nocleg w Keflavik – Hostel „Iron Guesthouse”,

Dzień 8 (13.02.18)
(TU PRZECZYTASZ RELACJĘ)

1. Keflavik International Airport (Odlot – 10.00);


PS Plan naszego wyjazdu szału nie robi, ale jak pisałem – chciałem przede wszystkim zobaczyć zorzę polarną. Po zaliczeniu tego punktu (marzenia) byłem spełniony. Reszta sopelków, wulkanów i igloo to tylko dodatek. Wypada również wspomnieć, że większość atrakcji mogliśmy ujrzeć w pełnej krasie jedynie w świetle dziennym. W związku z powyższym ograniczało nas jedynie siedem godzin słońca, oraz pogoda (która z czasem diametralnie pomieszała nam szyki). Anyway, jeszcze tam wrócę zobaczyć jak wygląda Islandia bez ton śniegu 😉

Kolejny wpis już opisujący pierwszy dzień naszego pobytu już niedługo. Stay tuned!
Z Panem Bogiem,
Bartosz Kwiek, 18.02.18, Londyn