Dzień I – 06.02.18

Dzień I – 06.02.18

Siema,
(…)Z samego rana (po godzinie 9) wylądowaliśmy na lotnisku (KEF) w Keflaviku. Jest to lotnisko odległe o około 50 km od stolicy Islandii i naszego pierwszego punktu wizyty – Reykjaviku. Dlaczego polecieliśmy tam, a nie prosto do stolicy? Ponieważ to lotnisko obsługuje wszystkie loty międzynarodowe, natomiast w Reykjaviku tylko wewnętrzne. Macie ciekawostkę 🙂

IMG_0341

Skorzystaliśmy z usług tanich skandynawskich linii lotniczych – Air Norwegian. W tym przypadku przedrostek był odwrotnie proporcjonalny do warunków serwowanych przez polskich przewoźników tanich linii lotniczych. Standard, czystość i przestrzeń nie pozostawiały wiele do życzenia.


Pierwsze co po wylądowaniu chciałem się przekonać czy faktycznie „kranówa” jest zdatna do picia, zdrowa i nie występują po jej spożyciu jakieś niepożądane efekty. W WC uzupełniłem butelki z wodą i w ten sposób przyoszczędziłem ponad sto koron (#Janusz) ;P Anyway, butelkowana woda na Islandii to jedna z tych rzeczy, na których możecie przyoszczędzić pieniądze. Nawet ta lejąca się z kranu jest najczystszą na kuli ziemskiej. Kolejna moja rada to alkohol kupić w strefie wolnocłowej. Po za lotniskiem jego ceny przyprawią was o zawrót głowy. Ale o tym później…

Pewnie jesteście ciekawi jaka pogoda panowała na miejscu. Otóż islandzka zimna nie jest tak straszna jak ją malują. Temperatura około -9 stopni. Śniegu po pachy. Zawieja jak ********* (jak to ujął Spięty z zespołu Lao Che „Wiatr wieje, jak dunder bezpański”). Jednym słowem nic wielkiego. Zima jak 20 lat temu w Polsce. Wschód słońca jest przed 10, a zachód około 17.30. Idealne warunki do „upolowania” zorzy polarnej. O to chodziło.


Pomijając kwestie, o których wcześniej wspominałem (vide prowiant, bagaż, itp.), wypada, żebym napisał kilka zdań o wypożyczeniu samochodu. Naturalnie z przyzwyczajenia wraz z moimi współtowarzyszami podróży zrobiliśmy to przed wylotem, bo jak wiadomo zwykle robienie tego ad hoc na lotnisku jest dużo droższe. Jeśli chodzi jednak o Islandię różnica cenowa jest niewielka i nie trzeba się tym zawczasu przejmować. Tutaj wszystko jest drogie 😉 Jak pisałem my załatwiliśmy to dużo wcześniej. Z lotniska po odbiór samochodu zabrał nas shuttle bus. Furę wypożyczyliśmy od firmy Orange Car Rental, w której to placówce oczywiście obsługiwali nas Polacy (nasi rodacy są jedną z najliczniejszych mniejszości na tej wyspie. W sumie ciężko się temu dziwić, bo w końcu czy istnieje miejsce gdzie nas nie ma?).

IMG_1005
Cennik

Na nas powinna czekać Dacia Duster z napędem na cztery koła. Auto nie było akurat dostępne, więc w nasze ręce wpadła Toyota Rav 4×4. W sumie lepszy model, ale i tak z czasem okazało się, że jego możliwości nie są wystarczalne na jazdę w czasie islandzkiej zimy. Na oponach były kolce (koniecznie zwróćcie uwagę na łańcuchy lub kolce, które są w zimę praktycznie niezbędne!), które szybko „poodpadały” z opon, a napęd na cztery koła odmawiał posłuszeństwa, wtedy kiedy był najbardziej potrzebny…

Summa summarum wóz wypożyczyliśmy na osiem dni za około £380 plus £70 za ubezpieczenie depozytu, który wyniósł £2500. Suma ta została „zamrożona” na karcie debetowej, więc brak kredytówki nie był problemem. Dodatkowo skorzystaliśmy z promocyjnej darmowej opcji drugiego kierowcy, która to zwykle jest płatna. W ostatecznym rozrachunku nie skorzystaliśmy z opcji dodatkowego ubezpieczenia, gdyż zależało nam na funciakach. Doradzano nam zabezpieczenie się przed wiatrem, który często porywa lub wgniata drzwi. Jako Janusze postanowiliśmy po prostu uważać jak będziemy otwierać drzwi, zamiast wydawać pieniądze na dodatkowe ubezpieczenie. Pozostało również pilnować brawury (zabroniony off road) , odpowiednich pasów (ruch prawostronny) i limitu prędkości, który wynosi 90 km/h. Ze względu na napęd 4×4 mogliśmy pozwolić sobie na przejazd drogami przeznaczonymi tylko dla takich samochodów oznaczonymi literą „F”.

PS Sprzedam wam ciekawostkę odnośnie ruchu prawostronnego. Obowiązuje on od roku 1968, wcześniej natomiast na modłę angielską był lewostronny. Dlaczego tak? Funkcjonuje kilka hipotez. Jedna z nich twierdzi, że wszystko to przez II Wojnę Światową, podczas której oficjalnie Islandia była neutralna. Nieoficjalnie natomiast wspierała Aliantów, którym na rękę był ruch lewostronny. Jak postanowiono tak i zostało. Fakt, faktem jedynie przez kilkadziesiąt lat.


Swoją limuzyną udaliśmy się w stronę Reykjaviku. Jest to najdalej na północ wysunięta stolica i zarazem największe miasto Islandii. Populacja Reykjaviku wynosi 3/4 zaludnienia państwa. Na całej wyspie żyje ok. 338 000 ludzi, z czego ok. 123 000 w stolicy.  Na miasto składa się 10 dzielnic z czego odwiedziliśmy jedynie Miðborg (jedynie to chyba słowo nie na miejscu. W sumie przylecieć do Islandii i zwiedzać tylko Reykjavik to głupota w najczystszej postaci 😉 ), które jest jego ścisłym centrum. Jak ono wygląda? Mi przychodzi na myśl porównanie z Sopotem i jego główną ulicą – Monte Casino.

Na samym szczycie tegoż Monciaka (ul. Sæbraut) figuruje moim zdaniem najbardziej rozpoznawalna i jedna z najwyższych budowli Reykjaviku – kościół Hallgrimskirkjam. Nazwa podobnie zresztą jak inne islandzkie słowa przyprawiała mnie o zawrót głowy i była niemożliwa do wymówienia.

Mała dygresja. Jeśli znacie język niemiecki, nie powinniście mieć większych kłopotów z komunikacją z Islandczykami. Obydwa pochodzą z tego samego pnia języków nordyckich. Przykładowo niemieckie Guten Tag to islandzkie Góðan dag. Z przydatnych „magicznych” zwrotów warto znać również: Takk fyrir (dziękuję), bless (dowidzenia), Ja (tak) i Nei (nie). W strasznym przybliżeniu: ð – wymawiamy jako „D”, þ – jako „T”, æ – jako „a”. Każdy mieszkaniec wyspy uczy się języka angielskiego od małego, także nie powinny występować kłopoty z komunikacją w tym języku. W razie „W” zawsze pozostają gesty i mimika. Islandczycy są bardzo mili i cierpliwi, więc „dialog” przeprowadzony w ten sposób może być niezłą przygodą 😉

Kościółek jest dobrym punktem orientacyjnym, oraz zarazem punktem widokowym. Jego częścią jest ponad 70 metrowa wieża, na którą za skromną opłatą 1000 ISK można wjechać windą i podziwiać piękną panoramę miasta (a jest co!).

PS Uwaga na postoje, bo parkometry są dosłownie wszędzie, a godzina wynosi 150 ISK). Bez obawy w każdym sklepie w okolicy rozumieją język angielski i spokojnie rozmienią gotówkę.

DSC_0051
Przed kościołem stoi pomnik wikinga (ochrzczonego za życia) Leifa Erikssona – domniemanego odkrywcy Ameryki.

Kierując się w dół ulicy mijaliśmy gro kolorowych domków wykończonych blachą falistą (zapewne kwestia ocieplenia). W razie „W” głód możecie zaspokoić kebabem za 1300 ISK, lub w restauracjach gdzie ceny są w granicach 8000 ISK.

DSC_0071 DSC_0085 DSC_0086 DSC_0087 DSC_0088

U kresu ulicy czeka zapierający dech w piersiach widok. Ocean (Reykjavik to portowe miasto) i widok na góry.

Zaraz przy „widoczku” jest rzeźba – Sólfarið (ang. Sun Voyager) będąca wariacją na temat łodzi Wikingów.

DSC_0078

W zasięgu wzroku, po lewej stronnie znajduje się centrum konferencyjne i sala koncertowa Islandzkiej Orkiestry Symfonicznej – Harpa (nazwa znaczy tyle co harfa po islandzku). W pobliżu jest nabrzeże gdzie cumują statki, oraz okręty. Gmach powstał całkiem niedawno, bo w 2011 roku i jest uważany za jedną z najpiękniejszych sal koncertowych na świecie.

01ce3c0c0f5e33798570630bc991c40c7cd290680c

Jak mam być szczery to warte to, to kilku zdjęć i nic ponad to. Szkoda czasu, bo jak mówiłem – Islandia to nie kierunek odpowiedni na zwiedzanie miast. Dla mnie wystarczało zwiedzania stolicy…Dla chętnych, którzy mają zbyt dużo pieniędzy (bo nie jest to najtańsze) stoją otworem dziesiątki muzeów – dosłownie wszystkiego (od penisów, po islandzkiego punka).


Kolejny punkt do odhaczenia to powrót na lotnisko w Keflaviku, odbiór kolegi, ponowna wizyta w wypożyczalni i zarejestrowanie dodatkowego kierowcy naszego rydwanu. Ostatecznie wieczorem zjechaliśmy do Guest Housu, który prowadziły dwie Polki. Za jedną noc, w pokoju czteroosobowym zapłaciliśmy 13000 ISK. Zaobserwowałem tam ciekawą rzecz,a mianowicie to, że na Islandii ludzie są bardzo ufni wobec obcych. Mianowicie drzwi do naszego miejsca akomodacji były szeroko otwarte, w środku nikogo nie było. Czekała na nas w pełni wyposażona kuchnia, sprzęt elektroniczny, itp. Nikt tego nie pilnował. Zastała nas jedynie karteluszka z informacją, że przyjezdnych uprasza się o wykonanie telefonu do właścicieli w celu zameldowania. Po niniejszej czynności przekazano nam klucze do pokoju i właścicielka odjechała samochodem zapewne do swojego mieszkania. Wart dodania, wyjaśniający wszystko fakt to, to że Islandia to najbezpieczniejsze państwo na świecie (no może spokojnie stawać w szranki z Bhutanem ;P ) 🙂

…ciąg dalszy nastąpi…

Pozdrawiam serdecznie,

Bartosz Kwiek, Londyn, 25.02.18 r.

Jedna myśl w temacie “Dzień I – 06.02.18”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *