Dzień II – 07.02.18

Dzień II – 07.02.18
Siema,
(…) tak jak planowaliśmy, wyruszyliśmy przed wschodem. Pobudka koło godziny siódmej (na Islandii hasło, na które zwykle włosy dęba stają, czyli pobudka przed brzaskiem nabiera nowego wydźwięku. Zwykle jest to godz. 5, tutaj natomiast człowiek może się spokojnie wyspać i wstać w okolicach 7 lub 8.), wyjazd przed 9, a wschód zastał nas dopiero w trakcie trasy. Polecam taką taktykę, jeśli zależy wam na oszczędności dnia i podobnie jak my dysponujecie jedynie kilkoma godzinami kiedy świeci słońce 😉


Chuchaliśmy na zimne i dosyć często tankowaliśmy bak do pełna auta (swój zresztą też). Litr benzyny (nie pamiętam jakiej) kosztował ok. 200 ISK, a za 7000 tamtejszych wariatów można było go zalać do pełna. Słowo na zbiorniku z benzyną oznaczające do pełna to – filla. Większość stacji jest czynna tylko w określonych godzinach, ale na szczęście dystrybutory, w których można płacić kartą stoją otworem niezależnie od pory dnia i nocy. Nasze auto paliło jak smok, także byliśmy w tych miejscach częstym gościem.

Wg wcześniej ułożonego planu, w asyście kolegi TomToma obraliśmy kierunek południowy, a ściślej na okolice parku geotermalnego Hveragerdi. Po drodze nie widzieliśmy praktycznie żadnych dzieci i większość ludzi, których spotykaliśmy to Azjaci. Wbrew pozorom wschodzące słońce na niebie (które to nad Islandią nigdy nie jest czyste, a zawsze towarzyszy mu jakaś chmurka) nie zagwarantowało nam pięknej pogody, która zwykle zmienia się co kilkadziesiąt minut. Dodatkowe atrakcje zapewniała nam zamieć śnieżna, która przykryła odcinek „jedynki” (tak nazywa się główna droga, która biegnie dookoła wyspy), którym się posuwaliśmy. Fakt, faktem, dostaliśmy przedsmak tego czego się możemy spodziewać. PRZEDSMAK.

Jeśli nie macie terenowego samochodu z napędem na cztery koło to podczas islandzkiej zimy lepiej trzymać się drogi nr 1 i odbijać w boczne arterie tylko na krótkich odcinkach prowadzących do danej atrakcji. Po tzw. „interiorze” czyli małymi „jezdniami” prowadzącymi w głąb wyspy poruszajcie się tylko odpowiednio przystosowanym do tego autem. W innym wypadku skutki mogą być tragiczne. Pamiętajcie o tym, że są to odcinki, na których nie panuje duże natężenie ruchu i np. gdy wpadniecie w zaspę i nie będziecie mieć zasięgu w telefonie nikt nie przyjedzie wam na pomoc. Będziecie zdani tylko na siebie.

IMG_1014

Obraliśmy taką taktykę, żeby trzymać się samochodu jadącego przed nami. Największe frontalne uderzenia śniegu brał na siebie, torował i zarazem pokazywał nam drogę. Na szczęście wiedzieliśmy gdzie jezdnia kończy się po lewej i prawej, bo ktoś wpadł na pomysł, aby postawiać co chwila ostrzegawcze słupki. Jak kogoś zwieje, albo zjedzie z drogi to się od nich odbije. W Polsce częściej niż słupki przy drogach posadzone są drzewa. Polska nie wybacza błędów. W końcu zacząłem doceniać ten cud techniki nawigacji i bezpieczeństwa.


Hveragerdi

Pierwszy przystanek dzisiejszego dnia to usiany geotermalnymi źródłami i słynną gorącą rzeką Reykjadalur teren parku Hveragerdi. Wstęp do tego miejsca (podobnie zresztą jak i wszystkie miejsca jakie odwiedziliśmy) był darmowy, oraz paradoksalnie nie zaobserwowaliśmy tam tłumów turystów.

IMG_0384

Na miejscu można się zrelaksować kąpielą na „dziko” w tejże rzece, w otoczeniu której znajdują się liczne źródełka z gotującą się wodą. Wszystko to wokół kilku tysiącletniego lawowego pola. Malowniczy widok. Mimo braku znaków podczas zimy trudno nie zauważyć termalnych źródełek, bo są to jedyne miejsca nie pokryte śniegiem, z których w dodatku unosi się para. W cieplejsze pory roku lepiej na nie uważać, ponieważ czasami są to tylko niewielkie kałuże w dodatku niczym nie ogrodzone. Kontakt z wodą w temperaturze wrzenia może skończyć się poważnymi oparzeniami i uszczerbkiem na zdrowiu. Raz tylko natknąłem się tylko na ostrzegawczą tabliczkę. Może to i lepiej. Za głupotę trzeba płacić, selekcja naturalna.

DSC_0147 DSC_0151

Widok wynagrodził cały trud.

Btw. idąc w górę rzeki waszym oczom ukażą się piękne górskie szczyty. Rzecz jasna postanowiłem wejść na jeden z nich, oraz finalnie w nagrodę wykąpać się w cieplutkiej rzece. Plan spalił na panewce, bo wędrówka tak mnie wyczerpała, że nie miałem już na to siły. Wysokie to, to nie było. Droga w te i nazad zajęła nam (tylko, sic!) ponad dwie godziny, ale częsty brak widocznego szlaku (tyłek ratowały tyczki, które pokazywały prawidłowy kierunek), oblodzone skały, brak raków, gumowe podeszwy na butach, grad i zamieć nie pomagały. To co zrobiliśmy nie było może mądre i odpowiedzialne, ale stało się 😉 Kolejnym razem muszę jedynie zapuścić wąsy i brodę, oraz zadbać o zwisające z nich sople lodu. Gdy w końcu udało mi się dojść na szczyt, którego nazwy nawet nie znam – poczułem się jak himalaista zdobywający K2 😀

IMG_0426

PS Podczas długich i trudnych wspinaczek w pewnym momencie nie ma już drogi odwrotu. W naszym przypadku powrót liczyłby się z ponownym szukaniem szlaku, chodzeniem na przełaj i pokonywaniem wszystkich trudności do kwadratu dodając do tego towarzyszące zmęczenie. Tak najczęściej giną alpiniści. Nawet w stanie skrajnego wyczerpania, gdy organizm odmawia posłuszeństwa, wiedząc że od szczytu dzieli ich już nie dużo zmuszają się do dalszej drogi…

Z góry udało nam się zejść z tarczą. Weszliśmy do naszego rydwanu i ruszyliśmy dalej na południe wyspy.


Kerið

Skoro jestem na Islandii to grzechem by było nie zobaczyć wulkanu. Zatrzymaliśmy się przy kraterze jednego z dwunastki wulkanów w okolicy – dziadku Grimsnes (powstał ok. 6500 lat temu). Co prawda nie jest aktywny, ale w jego wnętrzu znajduję się piękne lazurowe jezioro, nazywające się Kerið. Niestety nie dane mi było napawać się jego cudowną barwą, bo było zamarznięte i przysypane śniegiem…W ciepłe miesiące, gdy jezioro nie jest zamarznięte, organizowane są na nim występy różnych artystów grających swoje koncerty na pływających tratwach.

DSC_0179

Krater można obejść wytyczoną ścieżką. Jeśli będziecie tam w podobnej porze co ja, rzecz jasna wskazane abyście mięli raki. Momentami ścieżka jest oblodzona i w połączeniu z mocnym wiatrem mogą stwarzać niezbyt sprzyjające bezpiecznemu zwiedzaniu okoliczności. Cały spacer zbiera kilkadziesiąt minut, więc długi stop to, to nie jest. Dla chętnych istnieje możliwość zejścia w dół krateru po kilkuset stopniach, aż do brzegu jeziora. Zapłaciliśmy tylko za parking 400 ISK, aczkolwiek nikt tego nie weryfikował, więc myślę, że też nic by się nie stało jakbyśmy nie zapłacili.


Seljalandsfoss

Kierując się nadal trasą nr „1”, w okolicach miasta Vik zrobiliśmy postój przy jednym z najpiękniejszych islandzkich wodospadów – Seljalandsfoss (oczywiście zapamiętanie jego nazwy graniczy z niemożliwością. Tutaj mały life hack – nazwy wodospadów zwykle poznacie po końcówce „foss” 😀 ). Parking kosztował 700 ISK, ale jakiś dobry duszek, który akurat odjeżdżał podarował nam swój bilet.

01817f1edcdd5ee89210ad989f45350825c280ae29 IMG_6142

Ten diabeł jest wysoki na ok. 65 metrów i znany jest z tego, że można przejść za spływającą kaskadą wody. Niestety w zimę przejście jest zamykane, gdyż droga jest oblodzona i łatwo stracić równowagę.

W bezpośrednim sąsiedztwie polecam jeszcze odwiedzić ukryty w skałach wodospad – Gljúfrabúi. Ze względu na swoje położenie jest omijany przez tabuny turystów. Podczas zimy podejście ze względu na śliskie skały może być utrudnione, dlatego ja sobie odpuściłem tą przyjemność. Co by tu nie było, nie trafiliśmy na najlepszą porę roku aby zwiedzać wodospady ;P


Anyway, komu w drogę temu czas. Następnym przystankiem naszej wesołej wycieczki miał być wulkan – Eyjafjallajökull. Ha! To spróbujcie wymówić! Niestety „miał być”. Przed wyjazdem zbyt mało czasu spędziłem przed mapami i przeoczyłem pewien istotny fakt. Pod tą dziwną nazwą kryje się całe pasmo górskie, którego wulkan jest jedynie małą częścią. Aby dojechać do interesującego nas punktu, potrzebowaliśmy przejechać ok. 50 km w jedną stronę…Niestety nie mięliśmy tyle czasu, a dzień uciekał i zaczynało się ściemniać…

Skógafoss

Odpuściliśmy sobie wulkan i jadąc ciągle wzdłuż tej samej drogi zatrzymaliśmy się podziwiać następny wodospad – Skógafoss. O dziwo parking nie był wyjątkowo płatny. Przed naszymi ukazał się 60 metrowy, szeroki na ponad 20 metrów kolos.

013ed866e16e6ed1f17a9cdb8eba7db94efa055faf

W przeciwieństwie do poprzednika można było wejść na jego szczyt, pokonując niekończące się schody, liczące ponad pół tysiąca stopni 😉 Widok z wieńczącej je platformy zapierał dech w piersiach. Co zaczynało być standardem towarzyszyły nam atrakcje w postaci śnieżnej zamieci i wiatru o prędkości miliona pierdyliardów na sekundę. Czasami było blisko do tego, żeby człowieka zwiało w te hektolitry wody, ale na szczęście zapierałem się dzielnie moimi gumowymi podeszwami. W 2013 właśnie ta sceneria posłużyła za tło w jednej ze scen filmu z uniwersum Marvela o nordyckim bogu Thorze.

IMG_1025


Wejście na szczyt wodospadu przywitało nas coraz większym widmem mroku, co przypomniało nam o znalezieniu noclegu. Kilka kliknięć na telefonie i już znana aplikacja pomagająca w lokalizacji noclegów wyszukała kilka odpowiednich propozycji. Najbliżej był hostel znajdujący się pod wodospadem. Ze względu na astronomiczne ceny nie polecam. Zdecydowaliśmy się na guest house w wiosce Laugardaelir koło Viku. W cenie 15 000 ISK dostaliśmy czteroosobowy pokój, w pełni wyposażoną kuchnię i inne luksusy. Najważniejszym faktem, który nas ucieszył była wanna z gorącą wodą obok naszego domku 🙂 IMG_0538

…cdn…

Serdecznie pozdrawiam,

Bartosz Kwiek, 27.02.18, Londyn

2 myśli w temacie “Dzień II – 07.02.18”

  1. Fajnie, uwielbiam Islandię 🙂 Tylko sprostuję- litr benzyny to ok. 200 ISK, bak do pełna (zależy jaki) to ok. 7000 ISK 😉

    1. Dzięki wielkie, już poprawione 😀 Pomyliły mi się widocznie pojęcia. Anyway, Islandia zapiera dech w piersiach, to fakt!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *