Dzień III – 08.02.18

Dzień III – 08.02.18

Siema,
(…)Nazajutrz wyspani, wypoczęci i z pełnymi brzuchami opuściliśmy hostelowe pielesze. W obawie przed szkorbutem udaliśmy się do pierwszego sklepu na trasie w celu zakupu owoców, które w tym państwie ze względu na trudność w uprawę i marże narzucone na transport na wyspę do najtańszych nie należą (kg jabłek to wydatek w okolicach 200 ISK). Korzystając z okazji nie omieszkałem przy okazji zakupić narodowego specjału – „Hakarla”. Nazywa się tak sfermentowane mięso z rekina polarnego, które jest sprzedawane w postaci małych kosteczek. Kosztowało to, to 750 ISK. Naczytałem się wcześniej, że ładnie mówiąc ta potrawa ma dość intensywny zapach, więc doszedłem do wniosku, że bezpieczniej będzie to otworzyć dopiero wieczorem na kwaterze ;P Streszczając, czuć od tego spoconymi skarpetami, nie zdejmowanymi co najmniej przez tydzień. W smaku przypomina…hmm…no właśnie? Jeśli zatkacie nos jakoś idzie to zjeść. Po konsumpcji dowiedziałem się, że wskazana jest popijanie tego mocnym brandy. Niestety było już za późno….IMG_1033

Zakupy uzupełniły: litr wody (700 ISK), oraz bochenek chleba (600 ISK). Wiem, że to nic istotnego, ale zapewne jesteście ciekawi cen produktów na Islandii.


Niewątpliwym profitem płynącym z wczesnego wyruszenia w drogę jest podziwianie wschodu słońca. W otoczeniu, wśród którego przyszło mi przebywać – gór i idealnie białego śniegu było wyjątkowo pięknym widowiskiem. Anyway, nie byliśmy jedynymi gośćmi na tym spektaklu 🙂

DSC_0204 DSC_0339


Czarna plaża „Solheimasandur”.

DSC_0245

Wobec tego, że kolejne miejsca do odwiedzenia w dzisiejszym dniu są wysunięte na wschód, a poprzedniego dnia musieliśmy się porządnie cofnąć kilkadziesiąt kilometrów aż za pasmo górskie Eyjafjallajökull aby znaleźć jakiś nocleg, czekała nas długa powrotna jazda. Pierwszy punkt „must see” znajdował się jedynie ok. 11 km od jednej z ostatnich miejscówek, które dane nam było zobaczyć poprzedniego dnia – wodospadu Skógafoss. Naszym celem był spacer po jednej z Czarnych Plaż. Nazwa (Polska) wzięła się z koloru „piachu”. W skutek wulkanicznych oddziaływań składają się na niego czarne kamienie, oraz pył wulkaniczny. Jak nie trudno się domyśleć w zimę większość gruntu przykryta jest śniegiem, więc widok na pewno nie robi takiego wrażenia jak w cieplejsze miesiące, ale i tak warto odwiedzić to miejsce.

DSC_0209 DSC_0242

Do brzegu porywczego Oceanu Atlantyckiego prowadzi długa kilkukilometrowa ścieżka (Po środku niczego. No OK. Zakrzepłych pól lawy.). Niestety samochody nie mają tam wjazdu, więc przynajmniej się przewietrzycie (liczcie, że zejdzie wam ok. 2 godzin na miejscu). Ja na pewno się przewietrzyłem za wszystkie czasy mając twarz nieustannie bombardowaną tnącym jak żyletki śniegiem.

0150d77dc622dc905cf0b1578080d61993e8f6ef83

DSC_0270

Wrak samolotu Dakota C-117

Jeśli plaża wywarła na was zbyt małe wrażenie, małym urozmaiceniem w drodze do oceanu może być wrak samolotu. Leży on powiedzmy w 3/4 drogi i niestety zawsze i niezależnie od pogody oblegają go tłumy turystów. Dzieje się tak niestety dopiero od zeszłego roku, kiedy to wytyczono ścieżkę prowadzącą do niego, oraz wytyczono parking przed wstępem na wcześniej wspomnianą.

DSC_0227 DSC_0237 IMG_0689(1)

Ustrojstwo to znalazło się w tym miejscu w 1973 roku, kiedy to prawdopodobnie na skutek braku benzyny doszło do awaryjnego lądowania. Szczęśliwie wszyscy spośród załogi przeżyli. Samolot pozostawiono na miejscu. Z czasem coraz bardziej ogałacany przez szabrowników ostał się jedynie jego korpus, wypatroszony z resztą z co cenniejszych części.

0102d6a97367793aa383520ef222d1976dab295514


Czarna plaża Reynisfjara.

IMG_0667(1)

Od kolejnego cudu natury, najsłynniejszej z czarnych plaż – Reynisfjary, mieszczącej się w okolicach miasteczka Vik dzieli nas niespełna 20 minut jazdy. Jadąc tamtejszą obwodnicą nr 1 w odpowiednim miejscu należy skręcić w drogę nr 215. Plaża ta, pomimo braku warunków do swobodnej i spokojnej kąpieli, możliwości leniwego leżakowania i iście ascetycznej scenerii uplasowała się na 20tym miejscu w rankingu 50 najpiękniejszych plaż na Ziemi ułożonego przez kanadyjską agencję turystyczną – FlightNetwork. Biorąc pod uwagę niniejsze fakty jak nie trudno się domyślić jest to miejsce pielgrzymki turystów z całego świata (przede wszystkim z Azji).

Bazaltowe kolumny – Gardar.

Są częścią większej góry o nazwie Reynisfjall. Te fantazyjne, wydawało by się równo ciosane pionowe megality są pamiątką po wypiętrzonej i spękanej  skale w skutek schnięcia lawy. Podobne zjawisko można zaobserwować w wielu miejscach na świecie, np. Giant’s Causeway w Irlandii Północnej (i oczywiście do każdego z tych miejsc przypisana jest inna legenda, której zwykle bohaterem jest olbrzym).

DSC_0263

IMG_0653(1)

Jaskinia Hálsanefshellir.

DSC_0261

DSC_0269  DSC_0268

Poruszając się wzdłuż linii brzegowej tuż za nimi jest mała nazwijmy to „pół jaskinia” z widokiem na ocean. Tak naprawdę jest to niewielkiej głębokości kopulaste wcięcie w skale. W mroźne dni lepiej uważać na zwisające sople, które mogą mieć spotkanie pierwszego stopnia z czyjąś głową, oraz aby nie zastać na miejscu przypływu. Jedyna droga ratunku wówczas prowadzi jedynie w ogromnych rozmiarów fale.

IMG_0647(1)

A propos. Fale, a raczej prawdziwe bałwany morskie są tak silne, że często dają się we znaki. Turyści aby wykonać coraz to lepsze zdjęcie podchodzą blisko oceanu nie spodziewając się szybkiego powrotu wody, która cofa się z potężną siłą i prędkością, a prąd jest wyjątkowo porywczy. Za przestrogę niech służy to, że w 2016 roku fale pochłonęły turystę z Azji, a w 2007 kobietę z U.S.A.. Czy zdjęcie tej pięknej plaży warte jest tak wiele?

Reynisdrangar

IMG_0661(1)

Zza zakrętu wyłaniają się dwie monumentalne skalne iglice. Bez zbędnego wdawania się w szczegóły są to po prostu bazaltowe słupy wyrastające z oceanu. Żeby wytłumaczyć sobie genezę ich powstania owiane są pewną legendą. Otóż nasi bohaterowie to niesforne trolle, które nie zdążyły wyciągnąć na brzeg dryfującego żaglowca. Ślamazary zaskoczyło słoneczne światło, na skutek czego zamieniły się w kamienie.

Dyrhólaey

DSC_0277

Po drugiej stronie, w oddali, rysuje się półwysep znany pod nazwą Dyrhólaey. Już z daleka rozpoznawalny jest po łuku skalnym. Część tego cypla jest letnim terytorium lęgowym maskonurów. W tym okresie wstęp nań jest całkowicie zakazany (od początku maja do 25 czerwca). Skoro już jesteśmy przy ssakach to jednym z niewielu ludzkich zabudowań w okolicy jest wymarzona posiadłość Ernesta Hemingwaya – czyli prawie stu letnia latarnia morska na tym totalnym za*****.


Laufskálavarða

DSC_0286 DSC_0287

Następny przystanek na trasie to islandzkie Pompeje w dużo mniejszej skali.  Na tym terenie w 894 roku wybuch wulkanu Kafla zakończył egzystencję jakiejś wiejskiej farmy. Przyjęło się, że turyści stawiają w tym miejscu kamienne wieżyczki. Ułożenie takowej ma zapewniać powodzenie w dalszej podróży. Mi w pewnym stopniu przepowiednia się sprawdziła pozytywnie. Żeby było dziwniej to w tym miejscu kamieni nigdy nie braknie, bo regularnie są dowożone 😀


Kanion Fjaðrárgljúfur.

OK będę szczery. Temu miejscu totalnie odebrała urok zima. No szkoda, ale cóż nie można mieć wszystkiego. Nie dość, że jest najpiękniejszym kanionem na Wyspie to plasuje się w ścisłym top islandzkich atrakcji.  Powstał około dwa miliony lat temu, a jego meandry wyżłobiła erozja powstała w skutek spływających wód z lodowca. Brzmi obiecująco? Jasne! W końcu docenił to sam król Justin:

IMG_4159Obiekt znajduje się przy obwodnicy, więc znalezienie jego nie powinno stanowić problemu. Należy nadmienić, żebyście zwracali uwagę na znaki zakazu używania dronów. Większość z nich, również drogowych może być zasłonięta warstwą śniegu co niestety nie zobowiązuje od ich przestrzegania. Niestety nic mi nie wiadomo o wymiarze kary jaka czeka za TEN NIECNY WYSTĘPEK…

 

DSC_0296
Głęboki na ponad 100 metrów i długi na 2 kilometry jest ciężki do przeoczenia 😉

DSC_0297


Co chyba widać po poprzednich zdjęciach ściemniało się i to na poważnie. Pomimo stopniowego braku słońca łapczywie nie podarowaliśmy sobie odwiedzenia ostatniego z dzisiejszych punktów – punktu widokowego na lodowiec Svínafellsjökull. Jak zwykle podczas jazdy oprócz totalnego mroku towarzyszyła nam śnieżna zamieć. Zbyt mądre to nie było, ale jechaliśmy dalej. Na miejscu (zaskoczenie!) przez te egipskie ciemności nic nie widzieliśmy, ale postanowiliśmy sobie wpaść tam ponownie innego dnia.

Podczas powrotnej drogi do hotelu (cena to 17 000 ISK za cztery osoby) oczekiwała nas miła niespodzianka na niebie…(ale o tym w kolejnym wpisie, bo dzisiejszy jest już za długi ;P

…cdn…

Serdecznie pozdrawiam,

Bartosz Kwiek, 12.03.18, Londyn

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *