Dzień VII i VIII – 12.02.18 i 13.02.18

Dzień VII – 12.02.18

Siema,

(…) Niestety nasz pobyt na Islandii chylił się ku końcowi. Rześcy i w pełni sił, a co najważniejsze z w pełni wypoczętym kierowcą wkroczyliśmy w przedostatni dzień naszej podróży. Jeśli wszystkie prognozy pogody się sprawdzą (a to akurat czysta loteria) i wszystko pójdzie zgodnie z planem popołudniu powinniśmy dojechać do Reykjaviku. Tam pomyślimy co dalej i gdzie szukać noclegu.


Złoty Krąg

W pierwszej kolejności przed ponownym przyjazdem do stolicy postanowiliśmy odwiedzić kilka miejsc należących do tzw. Złotego Kręgu. Mianem tym określono najpopularniejszą turystyczną trasę mającą początek w Reykjaviku i dalej biegnącą na wschód, by ostatecznie się zapętlić. Jej trzy główne atrakcje to: wodospad Gulfoss, geotermalny obszar Geysir i Narodowy Park Þingvellir. Oczywiście pomiędzy nimi jak to na Islandię przystało, znajdują się dziesiątki innych atrakcji. Jako namiastka tego czego się można spodziewać po drodze, niech posłuży mój OPIS wizyty w kraterze wygasłego wulkanu – Kerid. Zatrzymujecie się gdzie wam się podoba, hulaj dusza piekła nie ma! 😉


Kuce Islandzkie

CSC_0524 DSC_0516 DSC_0520

Relacja z mojego pobytu w tym państwie nie byłaby kompletna bez poświęcenia kilku linijek tekstu naszym stałym gościom – kucom islandzkim. Gdziekolwiek pojechałyśmy, tam były. Śnieg, mróz, deszcz, zawieja, zadyma, pustkowia – dzielnie znoszą wszystko i dostosowują się do każdych warunków. Zapewne spowodowane jest to tym, że ich przodkowie sprowadzeni tu około 1000 lat temu przez Wikingów, żyjąc w całkowitej izolacji nie mięli innego wyjścia jak zaadoptować się do tego surowego środowiska. Z tytułu mijanych lat, wieków, a nawet epok ich cechy wbrew pozorom nie ulegają recesji, a wręcz przeciwnie. Na pewno przysłużyło się tu embargo nałożone na import koni na wyspę, co ma zapobiec krzyżowaniu się kuców islandzkich z innymi rasami i powolnemu zanikowi ich wyjątkowości. Prócz możliwości egzystencji w różnym środowisku, konie te charakteryzuje niski wzrost (ok. 140 cm), siła i wytrzymałość, bujne owłosienie (grzywa, ogon, okolice kopyt) i lekki, płynny sposób poruszania się.


Ze względu na akcenty humorystyczne droga do pierwszego odcinka, którego pokonanie sobie założyliśmy minęła w mgnieniu oka. Standardowo ja robiłem za pajaca, ale niestety skecz ze zjazdem na jabłuszku spalił na panewce. Śniegu było za dużo i zamiast zjeżdżać, bezwładnie zapadałem się w zaspy. Wszyscy się śmieli oprócz mnie, ale grunt, że humor dopisywał 😉 (#PatchAdams)

  1. Gulfoss

DSC_0544

Najbliżej mieliśmy do jednego z ogniw Złotego Łańcucha (tfu kręgu) – wodospadu Gulfoss. Niestety, ale jest to strasznie tłoczne miejsce, nastawione na dojenie turystów z gotówki. W związku z tym nie powinno dziwić, że wstęp do toalety publicznej to koszt 200 ISK. Jednak prawdziwa maszynka do pieniędzy znajduje się zaraz przy parkingu. Jest to sklepik z pamiątkami i jedzeniem. Napisałem sklepik? Odpowiedniejsze słowo to moloch. Jeżeli macie dużo niepotrzebnych pieniędzy, gwarantuję że z wydaniem ich nie powinniście mieć żadnych kłopotów. Ceny raczej do normalnych nie należały i były porządnie windowane. Zwykła zapalniczka była w cenie 380 koron, a przykładowo za duży magnes trzeba było wręczyć 600 ISK. W posiadanie pięknego wełnianego swetra z islandzkich owieczek, można było wejść za 30 000 tamtejszych wariatów. Drogo? Kto bogatemu zabroni J Z moim budżetem na pamiątkę mogłem sobie wziąć co najwyżej islandzkie monety i powietrze…

DSC_0539

Miałem się jednak skupić na wodospadzie. Oczywiście, podobnie jak i wszystkich miejsc, które opisałem i opiszę, zwiedzanie tego, także jest darmowe. Do Gulfossu prowadzą dwie ścieżki (których zresztą ze względu na tabuny podążających gęsiego turystów trudno nie zauważyć). Jedna z nich prowadzi schodami w dół i daje możliwość podziwiania tego 32 metrowego kolosa z perspektywy najniższego poziomu. Idąc jednak ciągle przed siebie i nie zbaczając ze szlaku, dojdziecie do drewnianych platform. Roztacza się z nich cudowny widok na liczne wielopoziomowe spady nadających rwącej rzece Hvita co raz to większej prędkości, która ostatecznie z hukiem spływa w dół tworząc cały wodospad.  Wisienką na torcie niech będzie tęcza, która ukaże się co szczęśliwszym 🙂

DSC_0536

A propos rzeki. Jest bohaterką pewnej miłosnej historii. Swego czasu (XVII w.) przypadła jej niechlubna rola bariery pomiędzy parą zakochanych. Pasący owce syn farmera z pobliskiej wsi Brattholt, na drugim brzegu rzeki dostrzegł kobietę, w której zakochał się od pierwszego wejrzenia. Pastereczkę z miasteczka Hamarsholt. Zauroczenie zadziałało w dwie strony. Dziewczyna zaprosiła go do siebie, a chłopak nie bacząc na rwącą rzekę, kierując się płyciznami szczęśliwie przeprawił się do niej. Wiadomo tylko tyle, że Amor spisał się na piątkę. Zakochani się pobrali, a z ich miłości zrodziło się liczne potomstwo. Pastuszek zasłynął jako jedyna osoba, która przekroczyła ­­Hvitę ponad wodospadem.

DSC_0526

  1. Park Geotermalny Geysir

Veni, vidi, vici. Jedziemy dalej. W tzw. międzyczasie minęliśmy kilka aut nieszczęśników, którzy przegrali z siłami natury. Szczęście w nieszczęściu, że samochody były puste, a właściciele zapewne zostali odstawieni do jakiejś ciepłej noclegowni.

DSC_0573 IMG_6649

Do geotermalnego pola Geysir mięliśmy raptem około 10 km jazdy. Oczywiście jest to kolejny magnes  na turystów, co jest niestety równoznaczne z tym, że to punkt z rodzaju must see. Jego nazwa wzięła się od praojca wszystkich gejzerów o nazwie…(werble!) – Geysir!

Krótko i zwięźle. Cały teren przypomina iście księżycowy krajobraz. Krater na kraterze, kilka gejzerów na krzyż, zero zieleni, a wszystko to otulone w opary siarki. Sielankę psuję jednak wszechobecna międzynarodowa tłuszcza, ogromny parking zapchany do granic możliwości i nie można zapomnieć przede wszystkim o sklepo-restauracyjnym tworze 😉 .

We wcześniej wspomnianym przybytku dla chętnych istnieje możliwość spróbowania oryginalnej kuchni opartej na gorących źródłach. Zachęcam chociażby do spróbowania wypiekanego przez dobę, za pośrednictwem wysokich podziemnych temperatur chlebka – Rúgbrauð.

Geysir

Miejsce położenia tego gejzeru jest niepozorne i przysypane śniegiem, bo wybucha on tylko co około dwa dni. Staruszek ten nie jest już tak fenomenalny, jak kilkadziesiąt lat temu, kiedy to wytryskał wodą na 70/80 metrów. Teraz jest już to tylko kilka (gejzery mają to samą przypadłość co ludzie. Z wiekiem opadają na siłach 😀 ), a i tak zaobserwujecie to kiedy będzie wam towarzyszyło niesamowite szczęście.

DSC_0569

Strokkur

IMG_4508

Głównym aktorem na scenie jest osławiony gejzer Strokkur. W nieregularnym odstępie czasu, co około kilka minut, wystrzeliwuje wiązką wrzątku na wysokość 30 metrów. Kwestia nieznania dokładnego czasu wytrysku nie ułatwia wcale czatowaniu ze statywem na siarczystym mrozie, żeby uchwycić ten moment…

IMG_4509
Było ciężko, ale jakoś się udało sfotografować ten cud natury.
DSC_0567
Lepiej niech nikomu nie przyjdzie do głowy wrzucanie monet do gejzerów, bo sutki mogą być tragiczne… Nie tylko dla zdrowia, ale również dla tego cudu natury.

  1. Þingvellir

Trzecim i zarazem ostatnim muszkieterem jest leżąca w pobliżu perła w koronie islandzkich rezerwatów – Park Narodowy Þingvellir. Jest on o swego rodzaju skarbem Islandii, gdyż zaliczany jest do grona miejsc światowego dziedzictwa UNESCO. Nie będę się rozwodził na jego temat, bo jak mam być szczery to tylko przejeżdżałem obok. Niestety upływający czas nie sprzyjał ponadprogramowym postojom. Wiem tylko tyle co usłyszałem i wyczytałem… Mianowicie pośród pięknych niczym nie skażonych jezior (park leży przy największym islandzkim jeziorze Þingvallavatn), łąk, etc. Znajduję się na miejscu zazębienia dwóch płyt tektonicznych (eurazjatyckiej i północnoamerykańskiej), których wyrwa jest rajem dla rządnych wrażeń płetwonurków. A propos rządu. W obrębie tego parku narodowego w 930 roku mieściła się siedziba pierwszego na świecie parlamentu.


Reykajvik

Do Reykjaviku dojechaliśmy drogą nr 36, w ponad pół godziny. Kolega z ekipy, zbierający płyty winylowe z każdego państwa, które odwiedza nie podarowałby odpuszczenia sobie Islandii. W związku z tym nie omieszkaliśmy wspólnie odwiedzić salonu muzycznego (stary winyl to wydatek 300 ISK, a coś znanego i w miarę nowego nabędziecie za 2/3 k.). Z początku towarzyszyliśmy mu całą paczką, potem nasze drogi się rozeszły…

IMG_4512
Jedna z ozdób na ścianach we wcześniej wspomnianym sklepie. PS Podobieństwo do polskiego polityka jest zupełnie przypadkowe. Chyba 😉

PS Okoliczności ku temu sprzyjają, tak więc podzielę się z wami ciekawym odkryciem z dziedziny islandzkiej muzyki. Słyszeliście kiedyś tamtejszy hip-hop? Jestem w stanie domyślić się odpowiedzi 😀 Pozwólcie, że zareklamuję tu dosyć młody (początki w 2013 r.) zespół o nazwie Reykjavíkurdætur (tłum. Córy Rejkjaviku). Tworzy go 11 dziewczyn, których flow i ekspresja na pewno wywołają na waszych twarzach szeroki uśmiech od ucha do ucha i poprawią humor 🙂

Jeśli jesteście ciekawi niszowej muzyki z najodleglejszych zakątków świata, gorąco polecam sprawdzić kanał na Youtube o nazwie KEXP. To właśnie tam pojawił się występ zespołu, który wcześniej wspomniałem. Zbaczając nieznacznie z tematu Islandii, aczkolwiek pozostając ciągle w Skandynawii… Może wam się spodoba ta duńska perełka będąca moim najnowszym odkryciem – zespół Heilung.


…Kiedy on kontynuował swoje tournee po kolejnych sklepach, my odwiedziliśmy Vinbudin (a jakże!) i udaliśmy się do Bonusu po spożywcze zakupy. W tzw. międzyczasie znaleźliśmy odpowiadający każdemu nocleg. W stolicy mijało to się z celem, bo wszystko tam jest najzwyczajniej w świecie drogie, więc wybór padł na Keflavik, do którego jest bliziutko i obok niego leży lotnisko. Anyway, przy lokalnym odpowiedniku McDonalds (jakbyście zgłodnieli to dobrze wiedzieć, że hamburger z frytkami to koszt 1700 ISK) – Aktu-Taktu wszyscy się spotkaliśmy i odjechaliśmy w miejsce noclegu.


Dzień VIII – 13.02.18

Nara,

Lot powrotny do Londynu mięliśmy około 10, za to Mateusz do Gdańska z sześć godzin później. Niby mógł później samodzielnie dojechać na lotnisko, aczkolwiek wybrał nasze towarzystwo i zabrał się tam z nami, nad ranem. Spakowani i przygotowani do wyjazdu udaliśmy się w ostatnią podróż naszą wysłużoną Toyotką. Samochód należało odstawić do wypożyczalni w okolicach wcześniej ustalonej godziny. Pamiętajcie, że przy zdaniu wypożyczonego auta musi być obecny pierwszy (główny) kierowca (ten, na którego podpisano umowę). Jako ostatnią posługę zagwarantowano nam bezpośredni dowóz na pobliskie lotnisko firmowym minivanem. Po dziesięciu minutach byliśmy na miejscu. Jeszcze tylko bramki, odprawa i wylądowaliśmy na angielskiej ziemi.

Podsumowując jestem strasznie zadowolony z tego wyjazdu. Najbardziej cieszy mnie fakt, że było mi dane spełnić swoje marzenie (obserwację zorzy polarnej). Islandia jest tego typu krajem, że bez samochodu ani rusz…Jak mam być szczery to już po raz kolejny dotarło do mnie, że nieustannie trzeba szlifować swoje umiejętności jazdy samochodem. Jak to odpuszczę to ciągle będę od kogoś zależny. No nic… Jak będą pieniądze i czas to się zmobilizuję, inwestując w jakiś sposób w praktykę.

Tymczasem dziękuję, że poświęciliście swój cenny czas na czytanie moich wywodów 🙂 W zanadrzu mam jeszcze kilka ciekawych planów na wyjazd, także bądźcie cierpliwi i czujni. Widzimy się niedługo. Czołem!

PS Zapraszam do zapoznania się z relacjami z poprzednich dni mojej podróży po Islandii – http://kwieqnahamaq.pl/bunkrow-nie-ma-ale-tez-jest-zajebiscie-islandia-2018/


Do następnego razu,

Serdecznie pozdrawiam,

Bartosz Kwiek, 24.04.18, Londyn.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *