Etap nr 1: Londyn-Muskat-Katmandu-Lukla

Teoretycznie powinien się tu znaleźć wstęp, ale praktycznie cały niniejszy wpis winien być traktowany jako wstęp przed właściwym tripem. Mimo wszystko pokusiłem się o kilka zdań wprowadzenia… Gwoli przypomnienia, w kilku słowach. W tym miejscu sprezentuję wam relację z trzy tygodniowego pobytu w Nepalu i trekkingu w Himalajach. Czasem będzie przydługo, czasami przykrótko, ale mam nadzieję, że niniejszy tekst nie będzie zionąć nudą.  Posiadam tak dużo ciekawych informacji do na temat tego wyjazdu, że streszczenie tego co mam do przekazania uznałbym za zbrodnię (a i tak na pewno niektóre kwestię pominę, bo chyba musiałbym książkę napisać). Aby ułatwić selekcję najprzydatniejszych wg mnie informacji (przynajmniej w tym wpisie) wyróżniłem je pogrubioną czcionką. Miło mi będzie jak ktoś będzie miał siłę przebrnąć przez to wszystko 🙂

W podróż wyruszyłem wraz ze starym kumplem ze studenckich czasów – Mateuszem. O wstępnym planie oraz zarysie całego wyjazdu wspomniałem w jednej z wcześniejszych publikacji (https://kwieqnahamaq.pl/jak-zorganizowac-trekking-w-himalajach-cz-i/). Niestety kilka czynników wpłynęło na duże ograniczenie wcześniej ustanowionego harmonogramu i co za tym idzie rezygnację z większości założonych punktów, ale o tym wspomnę w odpowiednim czasie. Teraz rozsiądźcie się wygodnie, przynieście kawę i zapraszam do lektury. Mam nadzieję, że spodoba wam się ta relacja oraz, że w pewnych kwestiach będzie pomocna. Wpisy postaram się ubarwić ciekawymi zdjęciami z pobytu w tym miejscu. Swoją drogą wrócić do pisania po dłuższej przerwie to bardzo miłe uczucie 🙂

Jeszcze tylko mała dygresja. Jeśli szukasz w niniejszej relacji suchych danych, encyklopedycznych definicji i równie sztywnego tekstu – omijaj ten wpis szerokim łukiem. Stracisz tylko swój cenny czas. Znajdują się tu moje spostrzeżenia, przyodziane w humorystyczną otoczkę, która nie każdemu trafi w jego gusta (swoją wiedzę zaczerpnąłem z: ulotek, biletów, wizytówek, opowieści miejscowych i własnych obserwacji). W innym wypadku mam nadzieję, że drogi czytelniku będziesz w pełni usatysfakcjonowany 🙂

Dzień 1 – 12.03.19

Londyn – lotnisko Heathrow

Cytując mędrca, a konkretniej to pisarkę Jennifer Weiner: „Nawet najdłuższa podróż zaczyna się od pierwszego kroku”. Jak przystało na XXI wiek krokiem tym był lot samolotem. Miejscem, które żegnało nas z europejską ziemią był największy angielski port lotniczy – londyńskie Heathrow. Biorąc pod uwagę to, że wyjazd do Nepalu porządnie naruszył mój budżet zależało mi na każdym groszu i co za tym idzie wybrałem najtańszą drogę transportu na powyższe lotnisko, czyli metro. Z drugiego końca Londynu, przejazd dwoma liniami (Piccadilly i Jubilee) podczas trwania godzin szczytu wyniósł mnie jedynie (cena za płatność kartą zbliżeniową – najtańsza opcja) 5.10 GBP. Podróż trwała 1.30 h.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Pewnego razu w Londynie...

Na miejscu  byliśmy kilka godzin za wcześnie co w sumie dało nam dużo czasu na błąkanie się bez celu po Heathrow 😉 Zaczęliśmy od odprawy bagażu. Podczas oficjalnego ważenia (#FameMMA) wszystko przebiegło bez najmniejszych zarzutów. Idealnie wpasowałem się w wymagania wagowe (miałem duży plecak i dodatkowo mały na m. in. elektronikę i „kruche” przedmioty). Obsługa pozwoliła mi na zważenie z ciekawości mojego bagażu podręcznego, który jak się okazało ważył tylko kilka śmiesznych kilo. Nie wiem po co marnować pieniądze na płatne wagi na terenie lotniska kiedy wszystko można załatwić szerokim uśmiechem i miłym głosem 😀 W tzw. międzyczasie wrzuciliśmy coś na ruszt w jednej z tamtejszych restauracji (Tu lifehack – wybierajcie miejsca przy ścianie. Najczęściej znajdują się tam gniazdka elektryczne). Zwykły hamburger kosztował niestety miliony monet, z czego definitywnie nie byłaby zadowolona Katarzyna Figura 😉 Czas wylotu w końcu co raz bardziej się zbliżał, a wiadomość o opóźnieniu lotu (Planowana 20.05) wcale nie krzepiła serc. Na szczęście było to tylko 20 minut.

Przed 21 weszliśmy do „ugulem spanialego” Boeinga 787 Dreamlinera obsługiwanego przez linie Oman Air. W środku odezwał się we mnie typowy Janusz i poczułem się „jakby luksusowo” 😀 DVD w zagłówkach i słuchawki , skarpetki, szczoteczka i pasta do zębów, zasłonki na oczy, poduszka i kocyk (tak wiem to standardowe wyposażenie w długich lotach). AMERYKA!  Słuchawki i kocyk trzeba było oddać przy lądowaniu 🙁 Dodatkowym bonusem było Wi-Fi. Niestety płatne za minimum $10 za 30 minut.

Wspomnieć należy również o serwowanych posiłkach. Wyprzedzając pytania. Tak, na życzenie obsługa donosi darmowy alkohol i napoje.

Lot trwał 6 godzin. Pierwszy i jedyny przystanek w drodze do Katmandu  mieliśmy w stolicy Omanu – Muskacie.

Dzień 2 – 13.03.19

Muskat – Muscat International Airport

Wylądowaliśmy jakoś nad ranem (nie ogarniam tych zmian czasowych) i o to po raz pierwszy w życiu byłem w Omanie 😀 Nie był to zbyt długi flirt z tym państwem, gdyż z tytułu spóźnionego samolotu w Londynie nie mieliśmy zbyt dużo czasu na przesiadkę. Zdążyłem tylko posłuchać kawałka „Omen” zespołu Prodigy, zrobić pseudo śmieszne zdjęcie i tyle po mnie było.

Prodigy – „Omen”. Polecam. Jak wszystko od tego zespołu – sztos.

Z rozbiegu otworzyłem nie te drzwi co trzeba i uruchomiłem w nich alarm. Na szczęście obyło się bez przykrych konsekwencji. Udało nam się trafić do podstawionego samolotu. Tym razem była to o niebo niższej klasy maszyna. Plus taki, że były zapewnione darmowe posiłki. Niestety minus taki, że trafiłem na przeterminowany jogurt, a spałaszowanie reszty skończyło się źle dla mojego układu pokarmowego. Nie będę wnikał w szczegóły. Grunt, że zabrałem odpowiednie tabletki i na miejscu wszystko wróciło do normy. Dolecieliśmy o 14.30 lokalnego czasu.

Katmandu - Tribhuvan International Airport

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Ja zapomniałem o tym wspomnieć, a sam Mateusz na to nie wpadł, żeby uchwycić napis „Welcome to Nepal”. Niestety wyszło jak wyszło. Mimo wszystko – zdjęcie jest z lotniska 😉

Pierwsze wrażenie, które odniosłem po wkroczeniu do hali przylotów – tłumy ludzi i totalny chaos. Pełno kolejek w różnych kierunkach, nie wiadomo po co i dokąd. Jednak jak wiadomo z Czech – pozory mylą 😉 Z początku nie wiedziałem o co w tym wszystkim chodzi, ale gdy kilkukrotnie stanąłem w błędnej kolejce dowiedziałem się w końcu co piszczy w trawie. Otóż w jednym miejscu znajduję się kantor, punkt zakupu wizy,  a inne drogi prowadzą do stanowisk kontroli paszportowej. Dzielą się one na kilka wariantów: obywateli Nepalu, posiadaczy wizy, osoby, które dopiero co kupiły ową pieczątkę i czort wie kogo jeszcze.  Jedno jest pewne. Obowiązkowym dokumentem w każdej opcji jest posiadanie wypełnionej karty przylotu do Nepalu, którą znajdziecie po lewej, przy oknach na parapetach. Wyprzedzając pytania. W pytaniu o adres, pod którym się zatrzymacie wpisujecie byle co…

Karta przylotu do Nepalu.

Jeśli chcecie zaoszczędzić czas na staniu w kolejce (a trwa to naprawdę długo) to załatwcie sobie wizę wcześniej, a nie na lotnisku… Kolejna rada to pamiętajcie, żeby wymienić pieniądze przed przejściem przez punkty sprawdzania paszportów. Cofnięcie się po udanej kontroli ze względu na pasażerów w kolejce i zajętych urzędników może być dość problematyczne. Po drugiej stronie „barykady” nie zauważyłem żadnego punkt wymiany gotówki. W nie mających końca kolejkach znów poczułem się jak gówniarz, którego matka zabrała do „lumpeksu”. Totalnie znudzony, szukający swego miejsca w czasie i przestrzeni. Nienawidziłem tych niekończących się wypraw do „szmateksów”.

Szczęśliwie po dłuższym czasie osiągnąłem cel i przebrnąłem przez te wszystkie zawiłe ścieżki. Szkoda jedynie, że Mateusz nie wyrobił sobie nepalskiej wizy przed przyjazdem. Mogę go po części zrozumieć, bo najbliższa Polsce ambasada Nepalu znajduję się w Berlinie. Napisałem „po części”, bo wniosek można również złożyć online… Wszystkie formalności oraz odstanie swego zajęło mu kolejną godzinę. Gdy w końcu się go doczekałem, kierując się w lewo i schodząc na niższe piętro odebraliśmy bagaż główny i udaliśmy się do wyjścia. W tzw. międzyczasie dzięki aplikacji Booking zlokalizowałem nam nocleg blisko lotniska. Nazajutrz rano mieliśmy zaplanowany wylot z tego samego miejsca do wioski w Himalajach – Lukli, więc nie chcieliśmy zbytnio się oddalać.  Przed budynkiem poszukaliśmy taryfy i tak jak się spodziewałem – nie było to trudne zadanie. Zaatakowały nas tabuny taksówkarzy, proponujących identyczne ceny za przejazd. Oczywiście wypada się z nimi targować, lecz po chwili namysłu doszliśmy do wniosku, że szkoda marnować na to czasu (którego i tak za wiele nie mamy). Skorzystaliśmy z taksówek „Pre-paid”. Są to samochody jeżdżące po stałych kursach, które gwarantują bezpieczeństwo i  ich parking znajduję się centralnie przed lotniskiem. Kwota była tak niska, w dodatku do podziału na dwie osoby, że nie było co sensu wybrzydzać. Najlepszy sposób podróżowania to jazda w kilka osób. Koszta transportu rozkładają się na wszystkich. Za przejazd około 2 km zapłaciliśmy 500 NPR (Rs), czyli w zaokrągleniu 5 USD. Nocleg w hotelu wyniósł nas już $11, ale patrząc na to, że spaliśmy w stolicy to cena wydaję się w zupełności normalna. Pamiętajcie, że w niektórych tego typu miejscach w stolicy płacąc na miejscu dodatkowo doliczane jest 10% tzw. „tourism tax”.

Mieliśmy niecały dzień do dyspozycji, tak więc nie będę ukrywał, że pomyśleliśmy po prostu o zaspokojeniu najważniejszych potrzeb, a zwiedzanie Katmandu odłożyliśmy na powrót. W skrócie nasz grafik na bieżący dzień wyglądał następująco: rozpakować się, wziąć prysznic (jak się okazało lodowaty, co stało się normą), zjeść jakiś ciepły lokalny posiłek (padło na pierożki Momo), spróbować tamtejszego piwa (Gorkha – bardzo dobre, polecam!) i pójść spać. Mało ambitnie, no ale cóż… Z każdym kolejnym dniem będzie ciekawiej 🙂

Ot tak w ramach ciekawostki. Chciałem pokazać wam jak wyglądają nepalskie zapałki, które znalazłem w swoim pokoju 😀 Moją uwagę przykuł ich rozmiar. Są połowę mniejsze niż zwykle.

PS Jeszcze kilka słów o pierożkach. Jak się okazało jest to jedna z najpopularniejszych nepalskich potraw. Chyba nie muszę wspominać, że nadzienie jest wegetariańskie lub mięsne 😉 Pierożki ułożone są wokół małego naczynka z pikantnym sosem (w razie zbyt ostrego sosu, polecam załagodzić smak równie popularną herbatą z mlekiem zwaną Masala). Można wybrać pomiędzy opcją gotowaną na parze i podsmażaną. Dla ciekawskich i znających język angielski, przepis – http://visitnepal.com/restaurants/how_to_make_momo.php

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Pierożki Momo

Dzień 3 - 14.03.19

Z rana taryfą podjechaliśmy na lotnisko. O rezerwację wczesnego kursu warto poprosić obsługę hotelu. Cenę z kierowcą ustaliliśmy przed odjazdem i standardowo były to jakieś grosze.

Jakimś cudem od razu trafiliśmy na skromne, malutkie stanowisko przewoźnika (Tara – Yeti Airlines), gdzie  po wcześniejszym zważeniu odprawiliśmy swoje bagaże. Naczytałem się dużo o restrykcyjnych przepisach dotyczących wagi przewożonych. Nie pamiętałem wagi swoich tobołków, wszystko oceniałem na oko i obawiałem się, że procedura trochę się przedłuży i skomplikuje ze względu na mój nadbagaż. Jak już wspomniałem w swoim wpisie odnośnie przygotowań do tego wyjazdu: „jest to 10 kg bagażu rejestrowanego oraz podręczny o wadze 5 kg. Każde kilo nadwagi to koszt $1.”. Standardowo, okazało się, że nie potrzebnie się stresowałem, bo obsługa przymykała oko na dodatkowe kilogramy. Zapewne z tego tytułu, że samolot nie był aż tak obciążony.

Następnie skierowaliśmy swe kroki do dość obszernej poczekalni. W środku darmowa woda i stacje ładowania telefonów. Czegoż więcej do szczęścia potrzeba! Dla burżui jest kilka punktów gdzie można kupić kawę/herbatę lub słodycze. Jeśli zamierzacie tachać ze sobą pamiątki podczas trekkingu w Himalajach w poczekalni znajdziecie również kilka sklepów z pamiątkami, a nawet książkami z Nepalu.

Co chwila zerkaliśmy na tablicę odlotów sprawdzając czy nasz górnolotnie mówiąc „gate” jest już otwarty i samolot przyleci na czas. Ponownie przez informacje jakie zawczasu wyczytałem w Internecie siedziałem jak na szpilkach. Chodzi mi dokładnie o ostrzeżenia o przekładanych ze względu na złe warunki pogodowe lotach. Dookoła miasteczka, do którego się udajemy znajdują się Himalaje , także nie ma w sumie czemu się dziwić, że pogoda płata figle na trasie do tego miejsca. Szczęśliwie wszystko przebiegło po naszej myśli i zdołaliśmy odlecieć co do minuty na czas.

Za transport posłużył nam mały samolocik lub jak kto woli awionetka. Loty do Lukli obsługiwane są jedynie przez tego typu maszyny albo śmigłowce. W każdym razie wewnątrz są tylko miejsca przy oknach (dwa rzędy – po prawej i lewej), więc nie trzeba się martwić o zaprzepaszczenie  szansy na podziwianie pięknych (a są naprawdę cudowne!) widoków.

Widok z samolotu na Himalaje.

Sufit na pokładzie jest tak nisko zawieszony, że jedyna obecna stewardesa musiała stać z ciągle schyloną głową. Na odwagę każdy został poczęstowany cukierkiem” made in Nepal”, a na tych którym nie starczyło kurażu w pełnej turbulencji podróży czekały torebki na wymioty. Taki lot wśród najwyższych gór na planecie Ziemia to strasznie ekscytujące przeżycie. Szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że kropką nad i jest lądowanie na najniebezpieczniejszym lotnisku świata (jego historię przybliżam w innym poście – https://kwieqnahamaq.pl/jak-zorganizowac-trekking-w-himalajach-cz-i/ ) – imienia Tenzinga-Hillary’ego (pierwszych zdobywców Mount Everest).

Lukla (2840 m n. p. m.).

Po wylądowaniu na jedynym pasie i opuszczeniu samolotu, przywitały nas twarze dziesiątków Nepalczyków obecnych wokół lotniska.  Mnożyły się pytania miejscowych o wynajem tragarza, lub przewodnika. Nie ma się co dziwić. Białe bankomaty właśnie przyleciały, więc głupio by było nie wykorzystać okazji do zarobku. Zresztą obserwowanie życia lotniska to chyba jedna z niewielu rozrywek autochtonów.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Lukla. Tenzing-Hillary Airport. Płyta lotniska. W centralnej części zdjęcia szczyt – Nupla (5855 m n. p. m.).
(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Lukla. Tenzing-Hillary Airport. Pas startowy.

Naładowani pozytywnymi emocjami wstąpiliśmy do pobliskiego losowo wybranego hostelu, aby coś wrzucić na ruszt i przepakować się do jednego plecaka. Od tego momentu został nieodłącznym elementem naszej garderoby na ponad dwa tygodnie. Cały mandżur ważył z 20 kg, więc chodząc z nim po górach zafundowałem sobie niezły trening siły i wytrzymałości… W końcu jak to mówią „każdy swój krzyż nosi”…

Jeżeli chodzi o posiłek to adekwatnie do pory dnia zdecydowałem się na typowe nepalskie śniadanie. Prawdziwie męska decyzja! Z czasem się okazało, że potrawy jakie zamówiłem stały się stałym elementem menu nadchodzących dni. Były to Tibetan bread, albo Chapati (uogólniając są to rodzaje okrągłego, białego chleba) do wyboru z dżemorem, lub miodem. Chapati – dmuchany, natomiast Tibetan brean – płaski i chrupki. Do tego zamówiłem płatki musli.

Chapati.

Do popicia soczek czy inna herbata. Lekko, pożywnie, zdrowo i tanio. Prócz jedzenia zaopatrzyliśmy się w kilka litrów gorącej wody (oczywiście płatna, jak wszędzie na wysokości), której używaliśmy do zaparzania Yerba Mate, która ma te same właściwości co kawa i przede wszystkim jest bardziej zdrowa dla organizmu. O posiłkach i Lukli szczegółowo wspomnę w późniejszych wpisach, bo nie chcę przedłużać tego i tak już nad wyraz długiego elaboratu. Nie wszystko na raz…

Bym zapomniał wspomnieć o małych zakupach przed opuszczeniem tej mieściny. Kilka butelek wody pitnej (miałem również bidon z filtrem, z którego ze względu na oszczędność pieniędzy coraz częściej korzystałem), batonów (żeby mieć jakiś zastrzyk energii) i rolek papieru toaletowego (warto go mieć, bo jest ciężko go kupić na górskich szlakach i przełajach, a niestety zwykle nie jest on na stanie w guest housach/lodgeach). Jak już wspomniałem im wyżej, tym drożej. No może wyjątkiem od tej zasady są jedynie koszta noclegów, które są tańsze od większości posiłków. Nie miałem tylko trekkingowych kijków, ale postanowiłem je nabyć w innym miejscu. Jak się później okazało od samego początku drogi strasznie ułatwiałyby mój marsz…

Przedsionek trasy w Lukli.

Na ścieżce wyjściowej z miasta w przydrożnej budce zakupiliśmy jeszcze bilet wstępu pozwalający na przebywanie na terenie regionu Khumbu (2000 NPR) i w końcu opuściliśmy ten „ciepły kurwidołek”. Tak oto oficjalnie rozpoczęliśmy nasz trekk przez Himalaje. Obraliśmy azymut na największe miasto w tej części Nepalu i ostatni duży przyczółek turystów, czyli Namche Bazaar. Ciąg dalszy w kolejnym wpisie…

PS Zdjęcia z opisywanego etapu znajdziecie na moim fanpage, a dokładniej przy informacji o opublikowanym wpisie.

Serdecznie pozdrawiam,

Bartosz Kwiek, 15.05.19 r., Londyn.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *