Etap nr 2: Lukla-Phakding-Benkhar-Monjo-Jorsale-Namche Bazaar

Dzień 3 - 14.03.19

Lukla c. d.

Naprowadzeni drogowskazami i dodatkowo kierujący się jedną z niewielu (chyba jedyną) dróg, nie mieliśmy żadnego kłopotu z udaniem się we właściwym kierunku. Wyruszyliśmy po godzinie 9 z ambitnym planem dojścia tego samego dnia (najprawdopodobniej późną nocą) do Namche Bazaar. Tak, jestem tego świadomy, że to nie najlepszy pomysł chodzić po ciemku, ale ten odcinek naszej podróży miał pozostać wyjątkiem od reguły. Mrok zapadał około 19 i w późniejszych etapach zamierzaliśmy już pilnować, żeby trafić na jakikolwiek nocleg co najmniej godzinę przed zmierzchem.

Z początku nawet szło mi się całkiem klawo. W otoczeniu lasku rzucającego przyjemnie chłodny cień, schodziliśmy coraz niżej kamienistą ścieżką. Jednak jak to się mówi: „im dalej w las, tym więcej drzew”. Z biegiem czasu kropelki potu zaczęły zraszać moje czoło, a ciężar plecaka był coraz bardziej odczuwalny. Opuściwszy cień piekące słońce również dawało się we znaki. Ze względu na krótkie włosy nie zważając na upał musiałem ciągle pamiętać o nakryciu głowy. Raz to zlekceważyłem i na drugi dzień obudziłem się z zasklepionymi i łuszczącymi się ranami na całej głowie. A propos słońca. Pamiętajcie przede wszystkim o ochronnym filtrze do skóry (minimum +30) i zwilżającej pomadce do ust (spierzchnięte, pękające wargi będą wam ciągle dokuczały). Ważne aby pamiętać, że w trakcie trekku powyżej wysokości 3000 m n. p. m. zaleca się spożywanie od 2 do 3 litrów wody dziennie aby przeciwdziałać chorobie wysokościowej. Po drodze co jakiś czas mijaliśmy domki miejscowych, w których mieściły się guest housy i prowizoryczne sklepy.­­

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Dziecko jednych z mieszkańców owych chatek. Jeden balonik, a tyle radości 🙂

Kierowaliśmy się wzdłuż rzeki Dudh Koshi zwaną „Mleczną Rzeką”. Okazała się ona stałym elementem towarzyszącego nam krajobrazu. Czasem zanikała, czasem pojawiała się, ale ciągle nieświadomie kierowaliśmy się z jej biegiem. Jej źródło bije w jednym z jezior znajdujących się w obrębie Gokyo, w którym zaplanowaliśmy jeden z postoi. Swego czasu była tłem jednej z naszych przygód, która mogła się skończyć tragicznie, ale o tym opowiem później. Jako ciekawostkę warto wspomnieć, że jej ujście znajduję się w Gangesie.

„Mleczna rzeka”.

Pierwszą rzeczą, która dała nam do zrozumienia, że faktycznie jesteśmy w tych Himalajach, o które podziwiało się w kinie i telewizji były wiszące mosty. Widok jak z bajki. Może nie tyle co ich obecność, ale fakt, że aby iść dalej musieliśmy koniecznie przez nie przejść. Należy pamiętać o pierwszeństwie przejścia, które należy do tragarzy i karawan bydła. Najczęściej są to dzo (hybryda krowy i jaka) i osły.  Jako ciekawostkę wspomnę, że jaki ze względu na przyjazną im temperaturę występują jedynie od wysokości około 4 km n. p. m. wzwyż. Szczęśliwcy może natkną się na dziki okaz tego zwierzęcia.

Stałym elementem większości wiszących mostów w Nepalu są flagi modlitewne. Są to prostokątne kawałki materiału występujące w pięciu kolorach (niebieski, biały, czerwony, zielony i żółty). Są zapisane tekstami sutr, czyli nauk Buddy. Strasznie spłycając przynoszą one szczęście i niosą w świat (poprzez wiatr) tybetańskie modlitwy. Dla pragnących bardziej szczegółowo zgłębić ich temat polecam zapoznać się z artykułem widniejącym na oficjalnej stronie internetowej „Związku Buddyjskiego Bencien Karma Katsang Polska” – https://www.benchen.org.pl/pl/kalendarz-tybetanski/wieszanie-flag-modlitewnych

Phakding (2610 m n. p. m.).

Po ponad dwóch godzinach doszliśmy do wioski Phakding. Większość ludzi robi sobie tutaj aklimatyzacyjną (przynajmniej dwa dni) przerwę w trekku. Ale nie my! Kozaki znad polskiego morza dojdą do Namche Bazar, bo przecież nie jesteśmy mięczakami! G…. prawda… Dla mnie, żółtodzioba było ciężej i ciężej…

Zrobiliśmy sobie małą przerwę na ciepły posiłek. Byłem padnięty i głodny jak wilk. Kondycja zaczynała szwankować. Potrzebowałem regeneracji i odpoczynku. Padło na jedną z licznych knajpek, w której zamówiłem osławioną zupę czosnkową , pierożki Momo i herbatę z mlekiem. O pierożkach już wspomniałem w poprzednim wpisie, więc przyszedł czas na ulubioną zupę górskich piechurów. Istnieje teoria, że zupa czosnkowa pomaga przeciwdziałać skutkom choroby wysokościowej. Prawda to czy nie prawda, nie jest to naukowo udowodnione (każdy organizm funkcjonuje inaczej). Jednakowoż nie zaszkodzi profilaktycznie jej spożywać, szczególnie, że jest sycąca, tania i smakowita (przynajmniej dla mnie). Zawsze to jakieś exotico. Wcinałem ją z ochotą praktycznie codziennie podczas naszej wędrówki.  

Najedzeni i wypoczęci ruszyliśmy dalej. Szczerze to po Mateuszu w ogóle nie było widać zmęczenia i miałem wrażenie jakby ono tylko mi doskwierało. Po drodze mijaliśmy tzw. „kamienie Mani”, które często mijaliśmy wzdłuż dróg i strumieni. Są to głazy z m . in. wyrytą buddyjską mantrą: Om mani padme hum co znaczy tyle co „bądź pozdrowiony, klejnocie w kwiecie lotosu”. Są one swego rodzaju ofiarą dla bóstw sprawujących opiekę nad danymi miejscem. Kamienie należy okrążać zgodnie z wskazówkami zegara lub dla bardziej leniwych po prostu ominąć z lewej strony.

W tym momencie należy wspomnieć o tzw. „ścianach Mani”. Mianowicie czasami głazy Mani przybierają postać kamiennych tablic, które spoczywając poustawiane obok siebie tworząc coś na kształt długiego, poziomego murku. Częstym dodatkowym elementem są spoczywające na nich czaszki jaków.

„Ściany Mani”.
(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Kamień Mani.

W czasie kiedy przemierzaliśmy Himalaje natknęliśmy się jeszcze na całe mrowie różnych struktur o charakterze sakralnym. Chyba nie muszę wspominać o tym, że wspomnę o nich w dalszych wpisach? 😉

Kierowaliśmy się ciągle ku górze. Z jednej strony mieliśmy ścianę jakiejś góry, a z prawej przepaść z rzeką (zapewne lodowatą). Widoki cudowne, ale przypadkowy upadek w nie tę stronę co trzeba, mógł skończyć się śmiercią. Teraz wyobraźcie sobie, że tym szlakiem chodzili tragarze w wieku mojego dziadka i karawany bydła. Co by tu nie mówić, okolica, którą mijaliśmy z każdym kolejnym zakrętem stawała się jeszcze piękniejsza i intrygująca.

Ku mojej uciesze ciągle trwało nasze rendez-vous z wiszącymi mostami. Przechodząc przez nie za pierwszym razem miałem strasznego pietra. Trzymałem się kurczowo barierek i nie mogłem patrzeć w dół. Mimo wszystko z każdym kolejnym razem byłem bardziej odważny i czerpałem z tych przepraw coraz większą frajdę.

Hillary Suspension Bridge. Dwa wiszące mosty, które pojawiły się w filmie „Everest”.

Po drodze przeszliśmy jeszcze przez kolejną oazę cywilizacji, wioskę Benkhar. Zatrzymaliśmy się tam tylko by uzupełnić płyny i przy okazji zakupić mapę regionu Khumbu. Z Internetem i bateriami w telefonie nie staliśmy najlepiej, więc stare, dobre metody nawigacji po raz kolejny okazały się najlepsze i najbardziej niezawodne.

Monjo (2835 m n. p. m.).

W okolicach godziny 17 doczłapaliśmy się do Monjo. Pomimo tego, że od dłuższego czasu tylko ja narzekałem na zmęczenie obydwoje padaliśmy na pysk… Nie mieliśmy siły iść dalej. Uznaliśmy, że najbardziej racjonalną decyzją będzie zrobienie tu przystanku na nocleg, porządne najedzenie się i zebranie sił na dalszy marsz. W tym celu czym prędzej udaliśmy się do pierwszej lepszej lodgy. Tutaj sprzedam wam ciekawostkę, że lodga jest tym samym co tea house. Natomiast guest house różni się tym, że ma pokój, w którym mieszka gospodarz. Ot cała tajemnica. Dobra, koniec mądrzenia się.

Znaleźliśmy dach nad głową, gdzie miejsce od łebka w pokoju dwu osobowym kosztowało 200 rupii nepalskich. Wewnątrz pokoju brak elektrycznych gniazdek i ogrzewania (trzeba było się do tego przyzwyczaić. Im szybciej tym lepiej). Pomimo zapewnionej pościeli (z doświadczenia mogę powiedzieć, że to standard w pokojach dwuosobowych), bez puchowego śpiwora można porządnie z(a)marznąć w nocy.

Swego rodzaju alternatywę dla pewnych „luksusów” znaleźliśmy w stałym i najważniejszym punkcie każdego schroniska – jadalni. Mam tu na myśli piec znany wam z wizyt u dziadków na wsi. Starą, dobrą „kozę”. Rozpala się w niej podczas kolacji (18/19 godzina), lub kiedy włodarze uznają to za stosowne (czytaj kiedy popchnie ich do tego zimno 😉 ). Zwykle przy stanowisku „recepcji” znajduję się również listwa zasilająca, do której można się podpiąć w różnych cenach. W tea housie, gdzie się znajdowałem koszt użytkowania jednego kontaktu był równy cenie noclegu (hahaha! Witamy w Himalajach :D). Czasami jeśli wam się poszczęści jest to darmowa usługa. Najlepszy patent to po prostu ładować do pełna power banki (polecam minimum 30 000 mAp). Niestety nie w każdym miejscu na to zezwalają.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Nasz pokój i oczywiście papier toaletowy, który tachaliśmy przez całe Himalaje 😉

Drążąc dalej temat wydatków. Koszt prysznica to 400 wariatów (równowartość dwudniowej akomodacji). Wygląda on różnie (powrócę jeszcze do tego tematu w późniejszych wpisach). Czasami prysznicem jest tylko z nazwy. Często leci z niego tylko zimna woda jak w pierdlu. Nie bójcie się. Na szczęście tylko czasem 😉 Wi-Fi czasem jest płatne, a czasem udostępnione w ramach noclegu. Jedną z opcji na pozyskanie sygnału jest zakup w recepcji specjalnej karty zdrapki.

Zdrapka z kodem do Wi-Fi. Z tego co pamiętam problemy z zasięgiem mogły występować w wysokich partiach gór oraz w okolicach Everest Base Camp.

Dla chcących posmakować lokalnych specjałów polecam spróbować steku z j(n)aka (uwaga ja coś wiem! Jak to nazwa samca, a nak samicy) w cenie 750 NPR. Szczerze mówiąc smakowało to jak zwykłe mielone, aczkolwiek zawsze miło spróbować czegoś nowego. Przecież o poszerzanie swoich horyzontów chodzi w podróżowaniu, nieprawdaż? 😉 Z czasem okazało się, że menażka i palnik gazowy nie są mi potrzebne. Wolałem smakować się w lokalnej kuchni, niż oszczędzać na jedzeniu… Anyway, rybka lubi pływać (j(n)aki chyba też), więc szef kuchni do popicia na lepsze trawienie poleca kieliszek regionalnego ryżowego alkoholu – Raksi (250 NPR). Jest to normą, że wszystkie wydatki można pokryć przy wymeldowaniu się. Rachunek jest przypisywany do numeru pokoju.

Miłe urozmaicenie na ostatniej stronie menu. Dla chcących zgłębić meandry nepalskiego savoir-vivre zafundowano ściągę z najbardziej przydatnymi tamtejszymi zwrotami.

Z takim podkładem definitywnie lepiej się myślało. Stan ten wykorzystaliśmy na przyjrzenie się zakupionej na szlaku mapie, analizę opisanych tras w książce Janusza Kurczaba – „Himalaje Nepalu” i zaplanowanie dalszej drogi. Kompletnie nie pamiętam skąd się wzięła decyzja wykluczenia kilku elementów z wcześniej ustalonego planu. Mimo wszystko, żeby niniejsza relacja była kompletna uznałem, że należy wspomnieć o tym fakcie. Może decydujący głos miał ograniczony czas, lub to, że było nam to nie po drodze. Czort wie. Było minęło. W każdym razie zrezygnowaliśmy z: Renjo Pass (jedna ze szlaku „Trzech Przełęczy”), Everest Base Camp, Gorak Shep (punkt wypadowy do EBC), zdobycia Kala Patthar i podejścia pod Lhotse. Oczywiście szkoda tych miejscówek, ale może kiedyś tam wrócę. Nigdy nie mów nigdy… Z drugiej strony pokłosiem wspomnianej selekcji było wytypowanie najważniejszych punktów trekku: przejście pozostałych przełęczy (Kongma La Pass i Cho La Pass), oraz zdobycie dwóch szczytów (Chuckung Ri i Gokyo Ri).

Z pełnymi brzuchami, wróciliśmy do pokoju. Przed nami pierwsza noc na szlaku. Przeżyliśmy ;P

Dzień 4 - 15.03.19

Z samego rana byliśmy już w pełni zmobilizowani i gotowi do dalszego marszu. Zakupiliśmy jeszcze tylko gorącą wodę (1 litr – 100 rupii), zjedliśmy to co zwykle na śniadanie, uregulowaliśmy rachunki i w drogę.

Park Narodowy Sagarmatha (SNP)

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Brama wejściowa do Parku Sagarmatha.

W pobliżu naszego tea house znajdował się punkt kontrolny wejścia do „Parku Narodowego Sagarmatha”. Wstępu pilnowało kilka smutnych panów z karabinami, w tym jeden sprzedawał bilety zezwalające na pobyt w tym miejscu. Nie była to tania impreza, bo kosztowało to 3000 NPR, ale na pewno było warto, a do tego nie mogliśmy ominąć tego miejsca gdyż większość naszej trasy znajduję się na terenie tego parku. Wypada was uczulić na to abyście trzymali najlepiej na wierzchu dodatkowe dokumenty wielokrotnie przydające się na trekku. Mam tu na myśli paszport oraz pozwolenie na wstęp do regionu Khumbu, o które poproszą was m. in. w tym miejscu.

Mapa "Parku Narodowego Sagarmatha”. Znajdowaliśmy się na samym dole, a w założeniu mieliśmy udać się na północ by potem odbić na wschód i wrócić do punktu wyjścia.

Przytoczę tu kilka faktów o naszym gospodarzu. Niniejszy rezerwat przyrody został otwarty w 1976 roku, a trzy lata później został uznany za część światowego dziedzictwa UNESCO. Obejmuję teren o wielkości 1148 km kwadratowych, na których znajdują się trzy ośmiotysięczniki: Lhotse (8516 m n. p. m.)(miejsce śmierci Jerzego Kukuczki), Cho Oyu (8188 m n. p. m.) i najwyższa góra świata Mount Everest (8848 m n. p. m.). To właśnie „SNP” przejęło swoją nazwę od Everestu nazywanego przez Nepalczyków – Sagarmatha, natomiast Chińczyków i Tybetańczyków – Czomolungma. Podobnie jak Legion, tak i ten szczyt ma wiele imion 😉

Ssaki występujące w Parku Sagarmatha.

 Bramy parku przekroczone, czas kontynuować marsz. Na początku strome zejście z górki, a potem na spokojnie przed siebie. Podobnie jak podczas wcześniej pokonywanego odcinka nadal posuwaliśmy się wzdłuż „Mlecznej Rzeki”. Minęliśmy wioskę Jorsale, za którą przyszło nam ponownie mieć do czynienia z wiszącym mostem. W sumie podczas tego dnia zdążyłem już naliczyć ich co najmniej kilka.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Przeprawa przez przełęcz Kyashar Khola. 2885 m n.p.m. – najwyżej położony most nad rzeką Dudh Khosi (okolice wioski Jorsale).

Po jakimś czasie straciliśmy z pola widzenia rzekę i kierowaliśmy się coraz wyżej stromym podejściem. Droga była wyboista, wysypana kamieniami w losowych miejscach – o tyle dobrze, że w cieniu. Po drodze mijaliśmy karawany bydła oraz multum porterów.

Poświęćmy tym ostatnim kilka linijek tekstu. Jednym z ich zadań jest dostarczanie do sklepów towarów z niższych partii gór bądź też zaopatrywanie różnych osad w materiały budowlane. Służą oni również pomocą  turystom, którzy z różnych powodów nie mogą nosić swoich bagaży. Oferują swoje towarzystwo podczas trekku, albo gwarantują dostarczenie bagażu w konkretne miejsce o wcześnie ustalonej porze. Zaliczka nie jest konieczna, a zapłata jest możliwa przy odbiorze. Wiele lodgy oferuje pośrednictwo w ich usługach. Ich praca jest niezwykle ważna i nieoceniona. Tragarz to jedno z najbardziej opłacalnych źródeł zarobku w Nepalu. Im wyżej się poruszają, tym wzrasta zapłata.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Tak zwany chłop jak dąb 😉

Aby odciążyć plecy tragarze pomagają sobie mocując taśmy wokół czoła. Służą one również jako dodatkowy uchwyt umożliwiający zamocowanie ochrony (szmatka/daszek) przed prażącym słońcem. Ich nieodłącznymi atrybutami są wiklinowy kosz na przenoszony towar (z jego boków wystają sznurki ułatwiające zwrotność) oraz masywna drewniana laska do podpierania się. Trud, który pokonują rekompensuje zapłata, gdyż jest to bardzo opłacalny interes.

U krańca ścieżki, po lewej stronie znajdował się punkt kontrolny (budka), gdzie zostaliśmy poproszeni o udzielenie informacji o szacunkowym planie naszego trekkingu. Oczywiście prócz tego nakazano nam pokazać zezwolenia na przebywanie w „SNP”  oraz paszporty. Wszystko to dla naszego bezpieczeństwa. Na trasie co jakiś czas natykaliśmy się na podobne punkty, w których to sprawdzano czy żyjemy 😉

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Jeden z kontrolnych punktów.

Coraz bardziej zahartowani i obyci w marszu nie mieliśmy już kłopotu z pokonywaną trasą. W tej o to pięknej scenerii w końcu przyszło nam powitać nieoficjalną stolicę Szerpów – Namche Bazaar. Szczegółów o tym miejscu i opisu  dalszej wędrówki dowiecie się standardowo w kolejnym wpisie 😉 Do następnego!

Jeśli zaciekawił cię ten wpis, zapraszam również do poprzednich części niniejszej relacji:

  1. Jak zorganizować trekking w Himalajach?
  2. Etap nr 1: Londyn – Muskat – Katmandu – Lukla

Chętnych do zapoznania się z materiałem fotograficznym dokumentującym poruszany w tym wpisie etap trekkingu odsyłam do albumu na moim fanpage.

Serdecznie pozdrawiam,

Bartosz Kwiek, 31.05.19 r., Londyn.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *