Etap nr 3: Namche Bazaar – Khumjung – Dole

Namche Bazaar (3440 m n. p. m.).

Plan „miasta”, które wbrew pozorom nie jest aż tak duże. Moim zdaniem bardziej pasuje do niego określenie duża wieś.

Osiągnęliśmy ostatni tak duży turystyczny bastion na naszej trasie. Ostatnie miejsce gdzie można czerpać pełnymi garściami ze zdobyczy cywilizacyjnych. Za przykład niech posłużą: kantor, bankomaty, apteka, kafejki internetowe, najwyższy irlandzki pub i zakład dentystyczny na świecie oraz stragany gdzie można kupić prawie wszystko czego dusza zapragnie. W dalszych stronach nie będzie już to tak proste i oczywiste. Za przykład niech posłuży kantor, który po raz ostatni uświadczymy w tym miejscu. Później MOŻE uda wam się zamienić pieniądze na lokalną walutę jedynie u jakiegoś nepalskiego cinkciarza i to w dodatku po stratnym kursie.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Namche Bazaar. Na drugim planie widokiem przypominający koronę jest masyw Kusum Kanguru, natomiast z lewej strony szczyt Thamserku (6623 m n. p. m.).

Coś co zdradza, że jednak nie jesteśmy w Zakopanem to brak samochodów, asfaltu i fakt, że brak tu dróg dojazdowych. Trafić do Namche Bazaar można jedynie śmigłowcem lub na piechotę.  Turyści dosłownie wylewają się tu z każdego miejsca. O dziwo wyjątkowo mało było Polaków (tylko raz słyszałem ojczysty język). Widziałem nawet jednego murzyna, o!

Na dole zdjęcia wprawne oko dostrzeże kobiety piorące ubrania tradycyjną metodą. W sumie innego wyjścia nie mają, bo pralek tam nie ma.

Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy po przekroczeniu bram miasta była przepiękna stupa. Nie każdy musi wiedzieć czym są te osobliwe budowle, także już spieszę z wyjaśnieniem. Określenie stupa pochodzi z sanskrytu (uogólniając pierwotny język używany m. in. na terenie dzisiejszego Nepalu), natomiast na swojej trasie natknę się również na jej tybetańskie odpowiedniki czyli czorteny. Jest to budowla (zwykle o kształcie przypominającym piramidę, lub charakterystycznych słupków/kopców) o charakterze religijnym. W ich wnętrzu są składowane relikwie Buddy, bądź też inne cenne artefakty dla buddyzmu. Aby towarzyszyła wam pozytywna karma powinno się ją okrążyć trzy razy, z lewej do prawej (absolutne minimum to minąć ją z lewej strony. Z szacunku). Czasami kopuła, lub inna część stupy przyozdobiona jest malunkiem tzw. „wszystkowidzących oczu Buddy”. Żeby spotęgować szczęście czasem u podstawy towarzyszą jej młynki modlitewne, których wprowadzenie w ruch w założeniu powinno mu dopomóc 😉

Przede mną stupa, a z prawej flanki natomiast młynki modlitewne. Poczułem się jak w małym buddyjskim Watykanie.
Przede mną stupa, a z prawej flanki natomiast młynki modlitewne. Poczułem się jak w małym buddyjskim Watykanie.

Minąwszy ją udaliśmy się do pierwszego lepszego miejsca z obrazkami jedzenia, żeby wrzucić coś na ruszt. Trafiliśmy do zwykłej chałupy, którą spośród innych wyróżniała jedynie wyeksponowana przed wejściem oferta gorących posiłków. Wszystko było w nepalskim języku, a niestety z szyldu nie szło nic upatrzyć co by nas satysfakcjonowało. Nie było menu, a gospodarze nie władali angielskim. Czy można trafić lepiej? 🙂 Jakoś się dogadaliśmy. Uśmiechy, domysły, łamany język i migi robią swoje. Zawsze to jakieś wyzwanie – bum, hej przygodo ;P Summa summarum zdaliśmy się na sprawdzoną zupę czosnkową i poprosiliśmy pozostałych obecnych o doradzenie nam co do drugiego dania (szczerze to nie jestem pewien czy zrozumieli). Zaufaliśmy ich gustowi i podali nam jedno z najpopularniejszych nepalskich dań – tzw. Dal Bhat. Z grubsza – nic skomplikowanego. Talerz z ryżem, smażonymi warzywami (tarkari) i małą miską zupy z soczewicy. Dobrze zaznaczyć, że dopóki kucharz posiada resztki ryżu i warzyw, dopóty przysługuję wam darmowa dokładka. Zdrowe, tanie i pożywne danie. W dodatku świetny zapychacz – polecam. Częsty element mojej kolacji na trekku.

Kolejny krok to wymiana gotówki w kantorze i małe zakupy. Garść batonów mających zapewnić zastrzyk glukozy, woda (cena wzrasta wraz z wysokością) oraz w końcu kijki trekkingowe. Jeśli nie chcecie być oszwabieni wręcz wypada negocjować cenę towaru ze sprzedawcą. Przykładowo za pierwszym razem usłyszałem, że koszt kijków to „handred tałzen”. Faktyczna cena to 1100 NPR i nie, nie była to wina słabej znajomości języka angielskiego tego handlarza. Po prostu był cwany. Identyczną sytuację miałem w Katmandu, ale o tym potem opowiem… Anyway, niemożliwym okazało się zejście poniżej wcześniej podanej kwoty, bo sklepikarz tłumaczył się tym, że taka cena obowiązuję na każdym stoisku. Jak prawdziwy Janusz nie omieszkałem sprawdzić jego słów. Mówił prawdę.

Nasza wizyta w Namche Bazaar długo nie potrwała. Nie mieliśmy zamiaru spędzić tam czasu przeznaczonego na aklimatyzację. W tym celu udaliśmy się w dalszą drogę (około godzina marszu) do pobliskiej wioski – Khumjung. Z Namche nasze drogi jeszcze się skrzyżują…

Opuszczając miasto, po drodze minęliśmy jeszcze lotnisko Syangboche (3720 m n. p. m.). De facto wyglądało jak zwykły, pusty, wyrównany plac. Nie zauważyłem tam żadnej infrastruktury typowej dla portów lotniczych. Zapewne był to po prostu podniebny parking dla gości eksluzywnego stojącego w okolicy hotelu „Everest View”.Ku przestrodze pamiętajcie, żeby patrzeć pod nogi i uważać na każdy krok. Najczęstszym typem nawierzchni przez, którą przeszło nam pokonywać było błoto. Nie byłbym sobą gdybym pomimo swojej nadmiernej ostrożności graniczącą z paranoją nie wywinął orła na takiej ścieżce. Miałem jedynie tyle szczęścia, że cały nie upaćkałem się w tym syfie. Pocieszał też fakt, że było to niedaleko naszego najbliższego celu i szybko wypiorę te ciuchy ;P

Khumjung (3790 m n. p. m.).

Podobnie jak w miejscu, w którym gościliśmy wcześniej tak i wejście do wioski Khumjung zwiastowała brama. Tym razem wg mnie większa, bardziej kolorowa, bogato zdobiona i upiększona młynkami modlitewnymi umieszczonymi pod jej strzechą. Mając przed sobą jedyną (póki co) drogę udaliśmy się wzdłuż niej zatrzymując się w losowej lodgy. Padło na „Buddha/Alpine lodge & restaurant”, gdzie mieściła się również piekarnia szwajcarskiego pieczywa. Czemu szwajcarskiego? Właściciel tego przybytku swego czasu często był członkiem wypraw górskich na terenie tego państwa. Widocznie tak mu zasmakowały tamtejsze wyroby piekarskie, że postanowił rozpocząć ich wypiek w swojej rodzinnej nepalskiej wiosce.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Trzej muszkieterowie.

Na miejsce dotarliśmy późnym popołudniem. Za godzinę lub dwie spodziewaliśmy się mroku, więc nie było sensu szukać przygód w pobliżu i eksplorować okolicy. Skierowaliśmy się do pokoju i zaczęliśmy wić gniazdko na nocleg. Z mojej strony wyglądało to jak typowy tzw. „pilot”, z którym miałem do czynienia na harcerskich obozach. Po prostu czym prędzej wyrzuciłem wszystko z plecaka, przywdziałem czyste ciuchy i udałem się uprać upaćkane błotem rzeczy. Córka gospodarza udostępniła mi mydło i dwie miski z ciepłą wodą, więc nie było aż tak spartańsko. No może z wyjątkiem faktu, że część prania robiłem już po ciemku, piździało jak w Kieleckiem, a ja miałem na sobie tylko klapki i coś na kształt pidżamy. Robotę wykonałem co prawda wzorowo, aczkolwiek rano wszystkie wywieszone na dworze ciuchy były skostniałe i pokryte lodem 🙂 Najważniejsze, że czyste. Zawsze poprawia to samopoczucie.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek)

Po praniu przyszedł czas na szybki, relaksujący prysznic. Tzn. był z nim tylko z nazwy. Szyjkę prysznica zastępowała miska, do której wlewało się ciepłą wodę z wcześniej przygotowanego kanistra. Za kabinę służyła jakaś drewniano-blaszana buda. Jeśli chcecie orzeźwić się gorącą bieżącą wodą zawsze wybierajcie lodge gazowym ogrzewaniem prysznica. Anyway, im szybciej przyzwyczaję się do takich warunków tym lepiej. W sumie to nie traktowałem tego jako dyskomfort, ale jako ciekawe doświadczenie.

Wieczorem zeszliśmy do jadalni i wrzuciliśmy coś na ząb. Jak już wspomniałem. Czas spędzony w Khumjung postanowiliśmy zaliczyć w poczet aklimatyzacji, więc czekały nas dwie noce w tym miejscu. Skoro ustaliliśmy już, że dysponujemy sporym zapasem czasu, mogliśmy pozwolić sobie na dłuższą chwilę relaksu. Zaprosiliśmy kierownika tego całego biznesu do wspólnej konsumpcji alkoholu, przy wieczerzy i ciepełku płynącym z kozy. Zapomniałem wspomnieć, że Mateusz przywiózł z sobą prosto z Polski pigwową Soplicę. Dużo tego nie było, bo raptem 0.7, ale cel był nie żeby się urżnąć w trupa, ale żeby otworzyć tę flaszkę w Himalajach 😀

Mogę się poszczycić tym, że to ja przejąłem inicjatywę w rozpalaniu pieca. W tym celu dorzucałem do niego placki z zaschniętego łajna jaka (wannabe strażnik ognia ;)).

Pan domu nazywał się Mingma Nuru Sherpa. Najłatwiej przyszło mi zapamiętać jego imię, które kojarzyło mi się z pigwą – składnikiem naszego napoju bogów z ojczyzny. Co do jego nazwiska (Sherpa) to wstyd się przyznać, ale miałem na jego temat totalnie mylne przekonania. Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć,  że zapewne większość osób też takie ma/miało… Otóż po pierwsze primo myślałem, że Sherpa to nie nazwisko tylko wykonywany zawód. Po drugie primo sądziłem, że Szerpa to synonim słowa tragarz. Jak bardzo się myliłem… Prostując i z grubsza tłumacząc. Jest to nazwa ludu zamieszkałego Himalaje (w większości po nepalskiej stronie). Szerpowie trudnią się: rolą, hodowlą bydła, handlem oraz są przewodnikami i tragarzami. Ich głównym źródłem chleba jest turystyka. Na pewno głównym motorem napędowym tego faktu był najsłynniejszy z Szerpów, zdobywca Mount Everest (29.05.53 r.) – Tenzing Norgay. Członkowie tego szczepu nieznacznie różnią się wyglądem od reszty mieszkańców Nepalu, a ich organizmy (przede wszystkim płuca i serca) są przystosowane do życia na wysokości i zwiększonego wysiłku fizycznego. Standardem jest, że w dowodzie osobistym jednym z członów nazwiska jest – Sherpa. Ciekawostką jest fakt, że klan ten posiada swój własny język. Zapamiętałem, że tashi delek znaczy namaste, a thuuche oznacza dziękuję.

Kocham erę konsumpcjonizmu i XXI wiek…

Mingma podobnie jak kilku innych właścicieli schronisk, których spotkaliśmy na szlaku zdobył Everest, z czego jest bardzo dumny, a jego ścianę zdobią liczne dyplomy i zdjęcia z górskich wypraw. Nie omieszkał uraczyć nas kilkoma opowieściami z wcześniej wspomnianych i opowiedzieć co nie co o Nepalu. Z tego co zanotowałem (uwaga, mogę się mylić co do ceny!) to mówił nam, że skorzystanie z usług przewodnika to wydatek (w przypadku grupy dwuosobowej) 30 dolarów na głowę. Trzeba pamiętać o tym, że nie można wynająć go tylko na kilka dni, ale na całość planowanej trasy. Dobrze również wiedzieć, że będzie on nocował i jadł we własnym zakresie. Za najpopularniejszą nepalską grę karcianą uważa „Puls” (w Internecie nic nie znalazłem na jej temat), natomiast sportem wg niego jest piłka nożna. W bezpośrednim sąsiedztwie jego włości mieści się szkoła średnia założona przez pierwszego zdobywcę Sagarmathy (znaczy to Czoło Nieba) – sir Edmunda Hillarego, której częścią jest boisko dla dzieciaków. Młodzi ostro trenują co niestety nie przekłada się na sukcesy reprezentacji Nepalu. Zero awansów do Pucharu Azji oraz do Mistrzostw Świata…

Alkohol i jedzenie się skończyło (Mingma obiecał rewanż ze swojej strony :D), w piecu już nie grzało, czas palić wrotki do spania. W łóżku mojego organizmu nie czekała łatwa przeprawa. Trudno mi było złapać powietrze, co było zapewne pokłosiem reakcji układu oddechowego na pierwszą noc spędzoną na wysokości. Skutkiem były problemy ze snem. Na szczęście mogłem sobie pozwolić na dłuższy pobyt w łóżku z tytułu na nadchodzący dzień aklimatyzacyjny

Dzień 5 (aklimatyzacja) – 16.03.19

Mięliśmy do dyspozycji cały wolny dzień, aby oswoić nasze organizmy z wysokością, na której się znajdujemy. Bez żadnych planów, pozwoliliśmy sobie na młodzieżową spontaniczność. Abym miał zdrowie i siłę, jak to wmawiano mi przez całe życie ranek rozpocząłem wzorowo. Nepalską wersją owsianki, czyli tsampą. Jej głównym składnikiem jest m. in. gruboziarnista jęczmienna mąką. Ciekawostką niech będzie fakt, że wraz z solą i masłem z mleka naka używa się jako składniki popularnej wśród Szerpów nepalskiej herbaty (su cha), którą rzecz jasna wielokrotnie raczyłem się na szlaku. Anyway, ciekawy naszych planów Mingma zaoferował swojego młodego synka (Fure) jako przewodnika po okolicy. Oczywiście darmowo (i tak młody dostał kilka słodkości 😉 ).Bardzo miło z jego strony. Fura przynajmniej miał okazję produktywnie spędzić wolny czas, podszlifować swój angielski i posłuchać kilku ciekawostek o świecie od dwóch białasów z Europy.

                Zaprowadził nas aż na drugi koniec wioski, na górę u podnóża najwyższego wzniesienia w okolicy – świętej góry Khumbili (5761 m n. p. m.). Odpuszczę wam szczegółowe pisanie po raz kolejny o drodze na szczyt. Zwykły spacer pod górkę po błotnistej i kamienistej ścieżce. Spocony jak prosiak, w końcu się tam wczłapałem (aż wstyd się przyznać, ale Młody kilkukrotnie musiał na mnie czekać), ale było warto. Bezustannie zaznaczały swoją obecność chmary skrzeczących wieszczków – nepalskiej odmiany krukowatych (czarne ubarwienie, żółty dziób). Na bezkresnym niebie zaobserwowałem również kilka szybujących majestatycznych sępów himalajskich. U kresu naszej drogi powitał nas punkt obserwacyjny, z którego to rozpościerały się przepiękny widok na himalajskie olbrzymy. Dla mnie największą atrakcją było znalezienie pośród nich tego najwyższego – Mount Everest. Naprawdę trudno opisać uczucie kiedy widzi się na własne oczy najwyższe miejsce na planecie.

Góra, Fura i komóra.
DSC_0043-2
Zapierający dech w piersiach widok. Od lewej strony Mount Everest (8848 m n. p. m.) i po środku Nuptse (7861 m n. p. m.). Ostatni z prawej to południowa ściana Lhotse (8516 m n. p. m.). Szczyt, którego nieudaną próbę zdobycia w 1989 roku, polski himalaista Jerzy Kukuczka przypłacił życiem.

Po chwili wytchnienia zeszliśmy ponownie w dół i odprowadziliśmy Fure do domu. My natomiast ruszyliśmy dalej eksplorować górską okolicę wioski. Prowizorycznymi schodkami weszliśmy na jedno ze wzgórz, gdzie otoczeni kamiennym murkiem mięliśmy idealne warunki do chilloutu pełną gębą wśród widoków rodem z National Geographic. Wkoło flagi modlitewne, cisza, spokój, słońce i świeże powietrze. Kogoś nawet na tyle poniosła magia tego miejsc, że rozpalił sobie tam ognisko. Niezbyt mądre, no ale cóż. Niestety nic mi niewiadomo o nazwie tej miejscówki. Pamiętam tylko tyle, że było to na prawo od wejścia do Khumjung.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Mateusz we wcześniej wspomnianym miejscu. W tle, w centralnej części zdjęcia, uważana za najbardziej charakterystyczną i zarazem najpiękniejszą gór Himalajów – Ama Dablam (6812 m n. p. m.).

Wpadła nam w oko jedno z wysokich wzgórz z czortenem lub stupą na szczycie. Nie wydało się, że znajduję się strasznie daleko i oceniliśmy, że w ciągu dnia zdążymy zaliczyć tam drogę w tę i nazad. Nie spoczywamy na laurach. W końcu trzeba się trochę rozruszać. Challenge accepted! Góra, którą obraliśmy sobie za cel znajdowała się poza bramą wejściową do lokacji, w której przebywaliśmy. Minęliśmy ją, aczkolwiek cywilizowanej drogi na szczyt ani widu, ani słychu. Skoro takowej brak próbowaliśmy znaleźć mniej uczęszczane podejście. Jak mam być szczery to tak intensywnie penetrowaliśmy okolicę aż w końcu kompletnie zgubiliśmy cel 😀 Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Błąkając się jak dzieci we mgle zaliczyliśmy przynajmniej spacer poza Khumjung i rozgrzaliśmy się przed kolejnym dniem. Minęliśmy: stupę, czorten, pasące się j(n)aki a w tle towarzyszył nam piękny górski krajobraz. Typowy himalajski obrazek. W spacerze towarzyszył nam pies przybłęda, któremu chyba spodobało się towarzystwo dwóch turystów z Polski (albo zasmakowały słodycze 😉 ).

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Nasz companero na tle Thamserku. Jak wszystkie spotkane przeze mnie psy w okolic i ten miał czerwone oczy. Może spowodowane to jest ciśnieniem? W każdym razie w połączeniu z czarną sierścią wyglądał jak diabeł 😉

W jednym z miejsc gdzie przycupnęliśmy odpocząć zwrócił moją uwagę podniszczony napis „save the musk deer”. Sprzedam wam ciekawostkę kim otóż jest ów delikwent.  Niby to nic nadzwyczajnego, bo rozchodzi się o zwykłego przypominającego jelenia ssaka, który występuję m. in. w Himalajach. Nie obawiajcie się, nie zamierzam was zanudzać nudnym bełkotem o królestwie zwierząt, zwyczajach żywieniowych i innych szczegółach z życia tego parzystokopytnego. Jest w nim jedna specyficzna anatomiczna ciekawostka. Ogromne kły jak w prehistorycznego tygrysa szablo zębnego. Jak łatwo się domyśleć był to główny powód (oraz piżmo produkowane przez tego piżmowca) częstych polowań na tego zwierza. Jest to gatunek objęty całkowitą ochroną.

Źródło: http://www.mrbrklyn.com/images/musk_a.jpg

Zmęczeni, aczkolwiek zadowoleni wróciliśmy do lodgy. Mateusz poszedł się przespać, mi natomiast szkoda było marnować dnia na sen. Fakt, trochę się zmęczyłem, więc połączyłem przyjemne z pożytecznym. Udałem się do jadalni, przez jakiś czas pisałem dziennik i raczyłem się regionalnym alkoholem. Sztandarowym nepalskim czarnym rumem. Nie ma to jak pić w Himalajach ulubiony trunek marynarzy.  Zataczać się nie zataczałem, ale ćwiartka pękła 😀 Mingma nie mógł się nadziwić, że nie rozcieńczam tego z wodą ani nie popijam colą.

Khukri XXX Rum – 42,8 %.

Dzień i słońce uciekają, więc nie dumałem zbyt długo nad notatkami i wyłoniłem się na zewnątrz w celu obchodu wioski. Mijając długi mur z tabliczek Mani natknąłem się na przejaw cywilizacji. O dziwo w okolicy był bankomat (ATM), jak się później okazało ostatni na trasie, więc postanowiłem wypłacić trochę gotówki. Polecam na raz pobierać większe kwoty, bo prowizja od każdej transakcji to 500 rupii.

Tak jak pisałem wcześniej, nie sprawdzałem w Internecie co warto zobaczyć w Khumjung tylko poszedłem na żywioł. Ominąłem kilka ciekawych miejsc (większość w pobliskiej wiosce Khunde), ale też udało mi się całkowicie przypadkowo zwiedzić prawie najstarszy (drugi) buddyjski klasztor w regionie Khumbu. Sakralne budowle podobne do Samten Choling (bo tak się oficjalnie)  nazywane są przez Nepalczyków Gompami. Prócz pełnienia funkcji świątyni, są to również główne centra obchodzonych w ciągu roku religijnych festiwali.

Dobrze wiedzieć czy w czasie waszego pobytu w Nepalu nie odbywa się jeden z nich. Może to być niezapomniane przeżycie dla turysty z Europy. Bilet wstępu to wydatek 300 NPR. Już słyszę te głosy. Szkoda pieniędzy! Nic specjalnego! No dobra… Dodam fakt, że jest tam trzymany skalp Yeti. Niniejsza Gompa jest jednym z niewielu miejsc na świecie gdzie można zobaczyć domniemane szczątki mitycznego Człowieka Śniegu. Wg wierzeń nepalskiej ludności są dwa rodzaje Yeti: Chuti i Meh teh (Mite). Ten pierwszy poluje tylko na zwierzęta i spotkanie z nim jest bezpieczne. Niestety ten drugi nie stroni od ataków na ludzi. Nosicielem zdobycznego skalpu jest Yeti, które w 1974 roku, na pastwiskach wsi Macherma zaatakowało mieszkankę Khumjung. Anyway, podczas niektórych z religijnych świąt jest on przyodziewany przez jednego z mnichów w celu odpędzenia złych duchów z klasztoru.

Legenda monstrualnego „Człowieka Małpy” obecna jest prawie na każdej szerokości geograficznej świata. Nawet na dalekiej Syberii tamtejsze plemiona (vide Mansowie, nie mylić z Mansonami) wierzą w istnienie tajemniczej istoty, która jest jego odpowiednikiem. Nazywają go Menk. W tym miejscu warto polecić wam lekturę na temat incydentu na przełęczy Diatłowa w ZSRR, oraz obejrzeć o tym film pod identycznym tytułem.
Jedno z wytłumaczeń pochodzenia Yeti widzianego w Himalajach pochodzi z obserwacji niedźwiedzia. Mam tu na myśli niezwykle rzadki, zagrożony wyginięciem gatunek niedźwiedzia himalajskiego, który nie stroni od ataków na wszystko co się porusza na dwóch i czterech nogach. Prawdopodobnie ktoś się natknął na ów delikwenta, który przybrał wyprostowaną pozę w pionie, plotka poszła dalej, głuchy telefon zadziałał i Yeti jak znalazł.

Jednym słowem nie żałowałem spaceru po wiosce, a Mateuszowi współczułem decyzji o zostaniu w łóżku. Nie dość, że wróciłem na tarczy to jeszcze do naszego gospodarza przyszło kilku gości, których poczęstował własnoręcznie przyrządzonym raksi. Miło, że pamiętał o danym słowie i przy okazji wspólnej kolacji nie omieszkał także poczęstować dwóch turystów z Polski 😀 Niestety musieliśmy się pilnować z alkoholem, bo jutro chcemy kontynuować trekking.

Dzień 6 - 17.03.19

Nazajutrz wstaliśmy wcześnie rano. Zjedliśmy pożywne śniadanie (tibetan bread z dżemorem. Popiliśmy to herbatą z imbiru – możliwe zamówienie jednej szklanki, albo całego dzbanka). Szybko zmobilizowaliśmy się do opuszczenia lodgy, uregulowaliśmy wszystkie rachunki i wyruszyliśmy około godziny 9 (co stawało się rutyną)…Udaliśmy się w kierunki wioski Dole, w której to zaplanowaliśmy najbliższy nocleg.

PS Relacja z tych trzech dni trochę się rozciągnęła, także na nich spauzuję w tym wpisie. W kolejnym będę kontynuował dalszy opis pokonywanego przez nas szlaku. Coraz bardziej idziemy w górę. Następny przystanek zrobimy na wysokości 4038 m n. p. m. Tym czasem do zobaczenia przy okazji kolejnego wpisu! 🙂

PPS Po raz enty. Dzięki, że jesteście i przeznaczacie swój czas na lekturę tego bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *