Etap nr 4: Khumjung – Mong La – Phortse Tenga – Dole – Macherma – Gokyo + powrót do Lukli

Tym razem skorzystanie z mapy nawet nam przez myśl nie przeszło. Droga była bardzo dobrze oznaczona wyraźnymi drogowskazami. Mówiąc szczerze to trudno było się zgubić mając do wyboru dwa, albo trzy kierunki. Skierowaliśmy się na północ, w stronę popularnego miejsca gdzie trekkerzy robią sobie przystanek w wędrówce- górskiej osady Dole.

Trasa, którą obraliśmy prowadziła wzdłuż wschodniej ściany Khumbili. Kierowaliśmy się wąska, utwardzona piachem i kamieniami ścieżką. Lawirowaniu pomiędzy nimi i utrzymaniu balansu niestety nie pomagało wszechobecne błoto. Pokonywaliśmy ciągle zmieniające się różnice poziomów. Prosto, w dół, wspinanie się i tak w koło Macieju. Najgorsze i najbardziej obciążające łydki były zejścia w dół. Z lewa skały, z prawa ogromne przepaści wraz z płynącą daleko w dole rzeką Dudh Koshi i towarzyszące nam nieme olbrzymy: Everest, Lhotse, Kangtenga i Thamserku. Znajoma okolica chciałoby się rzec. Prócz kilku szczegółów. Przede wszystkim wysokości, stromizn i ogromnych przepaści (trasa bez barierek i zabezpieczeń, istny raj dla Korwina 😉 ). Spadniesz w dół – skręcisz kark. Game over. W takich okolicznościach niestety nie jest łatwo o wysokie morale i dobry humor. Z ratunkiem przyszedł przenośny system dźwiękowy. Na trekk wziąłem mały głośniczek, który Mateusz umieścił na zewnątrz plecaka. Płynąca z membran muzyka grana przez: Breakout, Budkę Suflera, Kazika i The Doors oraz The Pogues znacznie umilała upływający czas. Dzięki bogu za Spotify. Najlepszy sposób aby umilić sobie czas to pobrać zawczasu dane utwory i cieszyć się płynącymi dźwiękami nawet podczas braku Internetu.

Kilku godzinny marsz przerwaliśmy na ciepły posiłek, zimny, słodki napój i chwilę odpoczynku w małej przydrożnej osadzie liczącej kilka domków i jeden historyczny czorten – Mong La.

Prócz nepalskich rupii zostało mi kilkadziesiąt dolarów, których zapomniałem wymienić w Namche. Nie miałem co z nimi zrobić, a pieniądz zawsze się przyda. Spytałem się lokalnego pracownika tej jadłodajni czy wie gdzie mogę wymienić tę walutę na tutejszą gotówkę. Niestety świat kantorów dawno odszedł to w zapomnienie, ale kolega okazał się być domorosłym cinkciarzem 😉 Po trochę stratnym dla mnie kursie dokonaliśmy transakcji. 1 USD wymienił mi na 100 NPR. W sumie za 20 „baksów” dostałem 2000 rupii. Będę przynajmniej miał jakieś drobniaki.

Stamtąd udaliśmy się w dalszą drogę. Pokonując kolejne przepaści i coraz bardziej zalesione drzewami iglastymi tereny minęliśmy następną osadę.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Mała przerwa z Nepalczykiem w Phortse Tenga (3840 m n. p. m.).

Zmieniła się cyferka w liczniku wysokości (na 4 km n. p. m.) i wraz z nią pogoda. Zresztą w pełni adekwatna co do wysokości. Oprócz błota, pojawił się lód i zaczął sypać śnieg. Było coraz bardziej zimno, wietrznie i biało. Grunt to pamiętać o stuptutach (nie oszczędzajcie na nich… ja zrobiłem ten błąd) i nakryciu plecaka specjalną wodoodporną płachtą by zabezpieczyć jego wnętrze przed przemoczeniem. Mijane tło zostało również urozmaicone o nowe elementy scenerii – kamienne schody, zamarznięte strumienie i wodospady oraz liczne mosty umożliwiające dalszą przeprawę.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) W Nepalu jaki występują również dziko dlatego obecność tego bydła niekoniecznie oznacza cywilizację w pobliżu.

Dole (4038 m n. p. m.).

Około godziny 15 doczłapaliśmy się do celu. Zakotwiczyliśmy się w „Dole lodge”, której włodarz Pemba (łatwo zapamiętałem jego imię dzięki Pumbie z „Króla Lwa”) Sherpa, który był członkiem wyprawy Wojciecha Kukuczki (syn ś. p. Jerzego) na Mount Everest w 2012 roku. Krótko i ładnie mówiąc byłem porządnie zmęczony. Pierwsze kroki skierowałem do pokojowego łóżka, aby poleżeć bez celu i zregenerować siły. Potem przyszedł czas na osuszenie mokrych ubrań przy „kozie”, prysznic (luksusowy, bo na gaz!) i kolację.

Warto wspomnieć o czymś bez czego cywilizowany człowiek żyć nie może – ubikacji. Jako, że jesteśmy wysoko w górach nie powinno to nikogo, że warunki higieniczne nie są najwyższych lotów. W związku z tym zamiast sedesu znajdziecie dziurę w ziemi, albo w najlepszym wypadku plastikowy tron nad nią (i tak nic nie przebije tego jak jechałem pociągiem przez Chiny i musiałem trafiać podczas jazdy do ciągle przemieszczającej się dziury w podłodze kibla). W zasięgu ręki powinien znajdować się zbiorniczek z wodą, którą pobieracie spoczywającym w środku pojemniczkiem – jest to substytutu spłuczki. Czystość jednak nie jest łatwo utrzymać, gdy wspomniana woda zamarznie. Przypominam, że nie ma ogrzewania, a noce są lodowate

Toaleta.
Częstą praktyką jest wieszanie w futrynach płacht z materiału zamiast montowania drzwi. W lodgy i tak jest zimno, a włodarze są w stanie zaoszczędzić na transporcie budulca z niżej położonych partii gór.

Dzień 7 – 18.03.19

Na bieżący dzień planujemy jedynie pokonać krótki odcinek, także spędzamy więcej czasu w śpiworach i wyruszamy godzinę później niż zwykle. Wśród totalnie białego krajobrazu i zamieci śnieżnej udajemy się w stronę położonego wysoko w górach Gokyo.

Przystanek na nocleg obraliśmy w odległym o ponad 5 kilometrów Machermo. Jaja się skończyły. To właśnie tam w 1974 roku Yeti zaatakowało bogu ducha winną Lhakpa Doma Sherpa. Potężnym uderzeniem, została wrzucona do pobliskiego strumienia. Przeżyła tylko dlatego, że udawała martwą. Trzy jaki, które jej towarzyszyły nie miały już na tyle szczęścia. Apropos bezpieczeństwa. Pamiętajcie o wyposażeniu się w profesjonalne okulary przeciwsłoneczne, gdyż promienie słońca odbijające się od śniegu totalnie oślepiają człowieka. Dodatkowo jak wielokrotnie uczulałem wcześniej… Patrzcie pod nogi. Uwierzcie mi, że najwygodniej szło mi się po śniegu. Jednak pamiętajcie, że jest ślisko, nie wiadomo jak jest głęboki (nałóżcie specjalne okrągłe nakładki na kijki do trekkingu zapobiegające zapadaniu) i czasem nie widać drogi… Z Mateuszem straciliśmy ją kilkukrotnie z pola widzenia. W takich sytuacjach szliśmy w dwie różne strony i ten, który pierwszy zobaczył jakąś oznakę ludzkiej roboty dawał sygnały drugiemu aby dołączył. Całe szczęście niniejszy system się sprawdzał i przeżyliśmy 😀 Na szlaku nie spotkaliśmy już żadnych turystów… W okolicach godziny trzynastej szukaliśmy już noclegu w leżącej u stóp lodowca i przepływającej obok „Mlecznej Rzeki” wioski Machermo.

Machermo (4470 m n. p. m.).

Wystarczyło wyjść przed lodge i taki oto widok ukazał się naszym oczom 🙂

Szczęście mnie się nadal imało (jak to zwykle bywa od ponad 30 lat). Nie dotyczyło to gotówki w fizycznej postaci  ;P Szczęśliwie w guest housie gdzie gościliśmy (Namgyal Lodge) nie dość, że realizowano transakcje za pomocą karty płatniczej to jeszcze można było skorzystać z opcji cashback! W sumie gdybym sprawdził ten nocleg wcześniej na Bookingu nie powinno być to dla mnie niespodzianką. Jedynie terminal szwankował, czekałem aż zaskoczy z pół godziny. Mądry Polak po szkodzie… Anyway, moja cierpliwość została nagrodzona pamiątkowym nepalskim numizmatem. Monety (nazwa tego numizmatu to paisa, których setka daje jedną rupię) już prawie wyszły z użytku w Nepalu, więc jest to nie lada souvenir 😉 Komizm sytuacji sięgnął tego stopnia, że są one sprzedawane w sklepach jako pamiątka.

Oblepione naklejkami wypraw trekkingowych lodge to normalny widok.

Dzień 8 – 19.03.19

Po regenerującej nocy wyruszyliśmy o podobnej godzinie co ostatnio. Szliśmy już bezpośrednio do Gokyo. Nowym gatunkiem ptaka, z którym często przecinały się nasze szlaki był kuro/bażanto podobny ułar tybetański.  

Para ułarów tybetańskich. Źródło: https://st2.depositphotos.com/2547313/7801/i/950/depositphotos_78010464-stock-photo-tibetan-snowcock-couple.jpg

Teoretycznie był to krótki odcinek, aczkolwiek zaważył na całym dalszym trekkingu. Podczas marszu coraz bardziej zaczęła mnie boleć głowa. Ściślej mówiąc czułem się jakby ktoś wbijał mi szpilki w potylicę. Oczywiście nie był to nagły ból, wcześniej już miałem podobne symptomy, ale jedna tabletka pomagała i po chwili mijało to uczucie. Do tego doszły jeszcze zawroty głowy i totalne opadnięcie z sił. Tym razem było to aż nazbyt intensywne i każdy pokonywany metr w takich warunkach (strasznie wysokie przepaści, śliskie podłoże, zamarznięte strumienie, zaspy śnieżne) był koszmarem i mógłbym przypłacić to życiem. Na śniegu zauważyłem ślady kocich łap, więc jeszcze tylko wygłodniałej śnieżnej pantery (zagrożony wyginięciem gatunek znany też jako irbis) brakło do kompletu.

Irbis. Źródło: https://seethewild.org/wp-content/uploads/2018/07/13360204225_919e9e35a8_o-806x403.jpg

Moje tempo marszu stało się bliskie ślimaczemu i niestety zmuszało to również dobrze czującego się Mateusza do niekończących się przystanków i czekania aż do niego dołączę. Co by tu nie było byłem w takiej sytuacji, że po prostu musiałem zagryźć zęby i iść przed siebie. Wycofać się nie mogłem, natomiast smęty i narzekania by nic tu nie dały, a tylko odebrałyby mi siły… Jakoś udało nam się dojść  do pierwszego lepszego guest housu w Gokyo. W oczy rzucała się przede wszystkim zabudowa tej małej himalajskiej oazy. Na większości dachów spoczywały duże kamienie, mające zapewne na celu utrzymanie sufitu w całości w czasie częstych porywistych wichur. Podsumowując: wieje, piździ, pada śnieg, boli głowa, jestem ledwo przytomny, padam z nóg – jednym słowem cudownie 😉 Przynajmniej czułem, że żyję…

Gokyo (4790 m n. p. m.).

W okolicy leży kompleks znanych dziewiętnastu jezior, które de facto są jednymi z najwyżej położonych tego typu zbiorników wodnych na świecie. Wioska Gokyo leży nad jednym z nich, a dokładniej trzecim – „Dudh Pokhari”. Niestety prawie całe było zamarznięte i przykryte śniegiem, więc nie było czym się zachwycać…

Kolejnym celem w naszym planie powinno być pokonanie przełęczy Cho La Pass (5380 m n. p. m.) (Himalaje centralne), która była „furtką” do dalszej eksploracji wschodniej części Nepalu. Szczególnie zależało nam na zdobyciu Chukhung Ri (5530 m n. p. m.) i Kala Pathar (5655 m n. p. m.), odwiedzeniu Everest Base Camp i przejściu przez Kongma La Pass (5550 m n. p. m.). Przedarcie się przez tą przełęcz szacowaliśmy na minimum dwanaście godzin. Kilkukrotnie odradzano nam samotną przeprawę przez Cho La Pass (vide Mingma Sherpa) z tytułu opadów śniegu, lodu i wąskich niezabezpieczonych przesmyków, które można było pokonać tylko czołgając się. Zrezygnowaliśmy z tej opcji. Podjęliśmy wspólną decyzję o spędzeniu dodatkowego dnia w Gokyo (ja poleżę w łóżku, a Mateusz spędzi go produktywnie), odpuszczeniu dalszej części trekkingu i wycofaniu się do Lukli.

Fakt. Po dniu aklimatyzacyjnym mógłbym się poczuć lepiej, ale nie chciałem zachowywać się jak lekkomyślny idiota i ryzykować. Przede wszystkim sprowadzała mnie na ziemię świadomość, że gdyby coś mi się stało to Mateusz samotnie, odizolowany od wszystkiego w wysokich górach, musiałby organizować dla mnie pomoc. Nie czułem się z tym w porządku, gdyż przeze mnie mój kolega musiał zrezygnować z lwiej części naszych planów… Pozostał mi kolosalny dług wdzięczności wobec niego. Daliśmy też ciała z planowaniem trasy, ale mniejsza o to. Czasu się nie cofnie, a przynajmniej jest jakiś powód, żeby ponownie udać się w Himalaje.

Dzień 9 – 20.03.19

Nie mam tu nic ciekawego  do opisywania, a nie chcę was zanudzać. Mateusz sam poszedł zdobyć szczyt Gokyo Ri (5357m n. p. m.), a ja cały dzień spędziłem w jadalni racząc się nepalską kuchnią, regerując siły i pisząc ten dziennik (oczywiście nie w Internecie, ale sporządzając luźne notatki w zeszycie). Wolny czas wykorzystałem również na zrobienie prania (nie chciałem nosić tego całego cuchnącego syfu w plecaku).

Dobry patent na skuteczne domykanie drzwi. Woreczek z obciążeniem przywiązany do framugi.

Poprosiłem Mateusza o relację z tego jak przebiegał jego dzień. Na chwilę oddaję mu „pióro”:

 „Wyjście na Gokyo Ri zaczęło się od oczywiście od zbyt późnej pobudki spowodowanej raczej nie lenistwem lecz objawami przemęczenia spowodowanymi spaniem (a raczej nie spaniem) na wysokości niemalże 5000 m n.p.m. Szczyt nie należy do wybitnych pod względem trudności technicznych, raczej jest to wchodzenie niż wspinaczka, jedyną rzeczą która najbardziej doskwiera to ograniczony brak tlenu w powietrzu, który jest naprawdę uciążliwy. Wrażenia z wchodzenia wyglądały następująco, dwie minuty podchodzenia, minuta odpoczynku. Brak określonego szlaku, całe zbocze było poprzecinane niezliczoną liczbą ścieżek wydeptaną raczej przez wysokogórskie zwierzęta niż przez ludzi. Widok z samego szczytu był bardzo majestatyczny aczkolwiek „surowy”. Surowość krajobrazu potęgowało totalne osamotnienie spowodowane małym ruchem turystycznym o tej porze roku. Dojście do szczytu zajęło około 3,5 godziny, zejście 1,5 godziny. Temperatura według moich danych na szczycie wynosiła około -25 st. C. Zdjęcia jak i filmy nie oddają rzecz jasna rzeczywistych wrażeń. Zdecydowanie punkt obowiązkowy do zobaczenia w tej części Himalajów.

Dzień 10 21.03.19 Gokyo - Fanga (powrót)

Gokyo - Dragnag - Nha – Fanga – Dole - Namche Bazaar – Monjo – Lukla

W tym miejscu niby mógł bym po prostu streścić do kilku akapitów trasę od Gokyo do Lukli, jednak opiewała ona w różne ciekawostki, dla których warto poświęcić więcej miejsca. Lekturę niniejszej części wpisu zalecam tylko najwytrwalszym i ciekawym dalszego obrotu sprawy, bo raczej nie ze względu na objętość tekstu nie trafi to do wszystkich ;P Anyway, jak to się mówi – nie jest to zupa pomidorowa, żeby to każdy lubił. Mimo wszystko mam nadzieję, że nikogo nie zanudzę i będziecie się dobrze bawić… To co, zapinamy pasy i startujemy?

Z nowymi siłami i w lepszej kondycji wyruszyliśmy w stronę punktu wyjścia, czyli Lukli. Blisko to nie było, więc mimo wszystko czekało nas podczas powrotnego trekku jeszcze kilka noclegów. Paradoksalnie droga trwała krócej, gdyż nie musieliśmy tracić czasu na aklimatyzację organizmów i tym samym dzielić powrotnej trasy na krótkie odcinki marszu. Po prostu zatrzymywaliśmy się tam gdzie nam odpowiadało.

Totalnie biały krajobraz urozmaicił nam lodowiec. Nie to, że widoczny z daleka. Leżał na naszej trasie, a więc trzeba było z delikwentem przeżyć spotkanie trzeciego stopnia. Tym kolosem był najdłuższy lodowiec w Himalajach (długi jak z Gdyni do Kartuz) – Ngozummpa. Jednakowoż dane nam było zobaczyć skąd wybija nasza nieodłączna towarzyszka podróży – rzeka Dudh Koshi.

Lodowiec Ngozummpa.

Piękne widoki, pięknymi widokami, ale nie należy zapominać, że przyroda bywa zdradliwa. Podobnie jak pewnego dżentelmena ponad 2000 lat temu czekało mnie kilka „upadków” podczas powrotnego trekkingu. Szczęśliwie wszystko skończyło się dobrze. Może udział w tym miały ugłaskane bóstwa i odstraszone złe duchy. Sztuczka polega na dołożeniu jednego kamyka i okrążeniu, albo wyminięciu z prawej strony, któregoś z kamiennych kopczyków (tzw. „doubengi”) licznie przez nas spotykanych w okolicy.

Zadymiony szczyt po lewej to ósma najwyższa góra na świecie, znajdujący się na granicy z Chinami - Cho Oyu (8201 m n. p. m.) (tłum. "Turkusowa bogini"). W tej samej linii, po prawej, o kształcie trapezu jest najwyższy z siedmiotysięczników - Gyachung Kang (7952 m n. p. m.).

Wszędzie wkoło mleko, idziemy bez szczegółowo wytyczonej trasy, brak śladów cywilizacji i bądź tu mądry gdzie się kierować. Wcale nie pomagało to, że zmęczenie dawało sie we znaki po pokonywaniu głębokich zasp śnieżnych i moren lodowcowych. Sprawdzonym sposobem jednej z takich sytuacji sprostaliśmy poprzez chwilowe rozdzielenie się w celu znalezienia szlaku. Znaleźliśmy całkowicie pokrytą błotem wąską ścieżkę. Z lewej strony po pokonaniu stromego kilkumetrowego przewyższenia biegła dalsza trasa. Z prawej przepaść, a przed nami droga się urywała. Oczywiście odważniejszy, z lepszą kondycją Mateusz wgramolił się tam bez żadnego problemu. Ja z tytułu, że zawsze w moich myślach przeważają czarne scenariusze bałem się upadku i skręcenia karku – zostałem na dole. Kolega podał mi rękę, wciągnął mnie z plecakiem i ku uciesze ekipy w Niebie, która nade mną czuwa nie spadłem…

Wraz z kolejnymi dniami pogoda była już coraz lepsza, temperatura wyższa, śnieg powoli odchodził do lamusa, a mróz występował przede wszystkim nocami. Specjalnie nie goliłem się podczas pobytu w Nepalu, ale niestety... Moje polowanie na fotkę z wyhodowanymi soplami lodu zwisającymi z zarostu na twarzy (ala prawdziwy himalaista) spełzło na niczym ;P

Radość nie trwała zbyt długo. Pech chciał, że badając przez śnieg kijkami trekkingowymi podłoże źle oceniłem jego stan i stopa wpadła mi pod jakiś zamarznięty strumyk. Grunt, że miałem obuwie na zmianę (pamiętajcie o zabraniu jednej zapasowej pary!). Po około godzinnym marszu z Gokyo oczom naszym ukazała się „cywilizacja” w postaci osady Dragnag (4700 m n. p. m.). Oczywistą oczywistością jest, że wparowałem tam prędzej niż burza by się przebrać i wysuszyć rzeczy. Przy okazji ku pokrzepieniu sił zjedliśmy coś na ciepło i…. szczerze mówiąc było tak milusio, że chciałem już tam nocować ;P Mateusz upierał się, żeby zrobić jeszcze kilka kilometrów do najbliższej osady. Uratował mi wcześniej tyłek, więc czułem się zobowiązany. Wyruszyliśmy dalej.

Let’s come back to reality. Za tło mając jedynie to co stworzyła matka natura brnęliśmy przed siebie. Góry, strumienie i mijane pasące się jaki w akompaniamencie świergoczącego ptactwa przyglądały się naszym poczynaniom. Ledwo co zdążyłem przejść niecały kilometr i ponownie tą samą stopą wpadłem do lodowatego strumyka. Wprost cudownie. Nie miałem już nic na zmianę, a jeszcze kawałek drogi przed nami. Może jednak w złą stronę obchodziłem te doubengi?

 

Jak transportujący butle z gazem. Gotowy do wybuchu, aż przypomniało mi się Worms Armageddon 😉

Zakładaliśmy, że czekający nas odcinek będzie przebiegał w większości płasko, lub z górki. Tak było. Niestety ta górzysta MNIEJSZOŚĆ dała nam nieźle w kość. Tia, cuda. Nie tylko ja byłem wyczerpany, ale siły też opuszczały „nieśmiertelnego Mateusza z żelaza”. Ten tekst nie oddaję zapewne tego w jakim stanie byliśmy, ale uwierzcie mi, że nie było za kolorowo. Napotkany pastuszek powiedział nam, że w pobliżu jest mała wioska – Nha, w której to znajdziemy nocleg. Jest dobrze, pojawiło się światełko w tunelu. Zza gór zaczęły się wyłaniać uprawne pola (zapewne popularnych ziemniaków) i kilka zabudowań na krzyż. Było już późne popołudnie, więc musieliśmy znaleźć czym prędzej nocleg by zdążyć przed zmierzchem.Otoczenie nie sprawiało optymistycznego wrażenia, gdyż nigdzie nie widać było żywego ducha. Wypatrzyłem z góry dwie babulinki, także podbiegłem do nich i spytałem się o lodge. Nie załapały o co chodzi to przeszedłem na sprawdzone migi, uśmiechy i wypowiadanie kluczowych słów. Dowiedziałem się, że jest to tea house, ale niestety zamknięty. Nie poddając się w prosiłem je o nocleg oferując w akcie desperacji całe morze rupii. Nie przystały na to… K****! W takim razie,  cóż nam pozostało. Nie możemy usiąść i się załamywać, bo czas kurczy się niczym góralski sweterek po praniu tylko kontynuować marsz i mieć nadzieję, że natkniemy się na jakąś noclegownię.

Zacisnęliśmy zęby i po jakimś czasie wysoko w górze zobaczyliśmy jakąś dużą chałupę wyglądającą na lodgę. Fajnie. Mniej fajnie, że było to ładny kawałek od nas. Jakby tego było mało od chaty oddzielał nas duży kanion z szerokim korytem starej znajomej – Dudh Koshi. Jeszcze mało? Zaczynało się ściemniać, a w zasięgu wzroku nie było widać żadnego mostu w okolicy. No nic. W razie „W” mamy latarki, wody jest pod dostatkiem, zes**** się, a dojdziemy. Grunt, żeby nic głupiego nie robić i nie pogorszyć swojej sytuacji. 

Tar himalajski. Źródło: https://encrypted-tbn0.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcT5fedM1kbBIA_PmgG5b3gaswYg_oqW2NwmkwjNwErmuIQLmd-n

Wpierw trzeba było zejść ze stromego kanionu i dojść do rzeki. Prymitywna ścieżka prowadziła dookoła, a my nie mieliśmy czasu na nadkładanie drogi. Zeszliśmy w dół na przełaj. Mojemu kompanowi szybciej to zeszło, ja się strasznie ślimaczyłem uważając na każdy krok.Trochę się przestraszyłem chwili kiedy mijałem półkę skalną z grotą, w której schował się samiec tara himalajskiego (strasznie upraszczając jest to nepalska odmiana kozicy), ale on bał się chyba bardziej ode mnie ;P Zanim zdążyłem zejść na dół Mateusz dawno się oddalił i udał się w poszukiwaniu mostu. Potknąłem się o roztrzaskany telefon satelitarny. Znalazłem się w małej zatoczce, mając wokół skały i pieczary. Bałem się, żeby przypadkiem niedźwiedź czy jakiś inny potwór mnie nie zaatakował. Warunki do spokojnej i racjonalnej oceny sytuacji były raczej kiepskie. Najbliższą drogą przeprawy aby zaoszczędzić czasu wydawało się przejście potoku po wystających z niego głazach, ale na szczęście zrezygnowałem z tego samobójczego planu. Kolega znalazł jakąś kładkę, ale przyszła taka pora, że trzeba było wyposażyć się w latarki. Ja byłem tak zmęczony, że nie byłem w stanie dalej iść. Wziął mój plecak, zostawił bagaże w lodgy i wrócił się po mnie. Po raz kolejny uratował mi tyłek. Aby dolać oliwy do ognia wspomnę o fakcie, że znajdowaliśmy się w obszarze, w którym w 1995 roku lawina zabiła 26 osób. Milusio. Grunt, że żyjemy.

Zakotwiczyliśmy się w osadzie Fanga (Pangka) w „Viewpoint Hotel and Restaurant” 4548 m n. p. m. De facto było to chyba jedyne zabudowanie w pobliżu. Przenocowaliśmy, ogarnęliśmy się, porozmawialiśmy z właścicielem o Yeti oraz historii Nepalu i nazajutrz opuściliśmy włości koło godziny 10.

Dzień 11 22.03.19 Fanga - Dole (powrót)

Metę dzisiejszego etapu wyznaczyliśmy na wioskę Dolę. W sumie będą to ponowne odwiedziny. Wracamy podobnym szlakiem co zaczynaliśmy. Cytując moją babcię: „Kogo Pan Bóg kocha, temu krzyże zsyła”. Mnie chyba wyraźnie sobie upodobał (#męczennikboży). Coś mi się popsuło z plecami i każde kilkadziesiąt metrów pokonywałem wolniej od zataczającego się menela. Mateusz ciągle na mnie cierpliwie czekałem, ale po jakimś czasie i on stracił cierpliwość. Odetchnąłem z ulgą kiedy w zasięgu wzroku pojawiło się Dole, w którym to się spotkaliśmy. Ledwo żywy doszedłem na miejsce. Deja vu. Ponownie trafiliśmy do tej samej lodgy i pana Pemby. Oczywiście na miejscu owinąłem się bandażami, posmarowałem różnymi maściami i miałem nadzieję, że jakoś to będzie w jutrzejszym dniu.

Narodowy kwiat Nepalu i zmora osób z wadą wymowy - Rododendron. Znany wam zapewne jako pojedynczy krzak, tu w Himalajach tworzy osobne piętro roślinne. W okresie zakwitu (kwiecień/maj) cały kraj przybrany jest różową barwą. Bajeczny obraz.

Zawsze w razie tak zwanego emergency, gdy plecy dalej mi będą odmawiać posłuszeństwa istnieje możliwość wynajmu portera, który zabierze plecak w wyznaczone miejsce. Pośrednictwo w tego typu usługach oferuje dużo lodgy, a zwykle dowiecie się o tym z ich wizytówek rozdawanych na każdym kroku. Często spotkacie się z tym, że krewny właściciela jakieś guest housu będzie polecał nocleg u swojego brata/kuzyna/wujka, etc. Tam wszyscy siebie znają i są ze sobą spokrewnieni. Anyway, zdecydowałem się na transport mojego plecaka do kolejnego punktu na naszej trasie – Namche Bazaar. Bagaż ma na mnie czekać kolejnego dnia w jednym z guset housów, w którym to też na recepcji zostawię pieniądze za tragarza. Żeby móc się z nim skontaktować, wymieniliśmy się również numerami telefonów. Summa summarum zapłaciłem za to 4000 NPR. Mógłbym zbić tą cenę, ale nie miałem zbytniego pola manewru i siły do targowania się.

Dzień 12 23.03.19 Dole - Namche Bazaar (powrót)

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Często mijaliśmy bambusowe zagajniki.

Kolejnego dnia bez obciążenia na plecach szło już się dużo łatwiej i szybciej. Drogę do Namche Bazaar pokonaliśmy w ponad siedem godzin. Im niżej schodziliśmy tym ceny były niższe, rósł apetyt i siły. W Namche wynajęliśmy pokój za 200 rupii od głowy i zostawiłem gotówkę dla portera. Po załatwieniu podstawowych potrzeb od razu udaliśmy się zwiedzić miasto. Lawirowaliśmy pomiędzy uliczkami, przekąsiliśmy coś i odpoczęliśmy przy piwie (350 NPR małe, 500 NPR duże). Na włości powróciliśmy wieczorem. Chyba trafiliśmy na martwy sezon, bo z tego co widziałem byliśmy jedynymi osobami w „schronisku”. Przy recepcji czekał już na mnie plecak. Załapaliśmy się jeszcze na kolację (pamiętajcie, że nie żywiąc się w lodgy za nocleg zapłacicie więcej) i kilka buteleczek lokalnego rumu.

Dzień 13 24.03.19 Namche Bazaar - Monjo (powrót)

Cóż to za miłe uczucie obudzić się wraz z bladym świtem i nie doświadczyć bólu głowy i lodowatego zimna 😉 Wracamy do dawnych standardów. Prócz standardowego zestawu śniadaniowego menu urozmaiciłem o oferowany w tym przybytku ser z mleka naka. Plasterek kosztował 250 rupii, więc głupio by było oszczędzać pieniądze i nie spróbować tego specjału. Jak dla mnie to nic specjalnego moje kubki smakowe nie odczuły, no ale zawsze to jakieś novum w diecie ;P

Udaliśmy się wprost do bram wejścia do Parku Narodowego Sagarmatha, czyli do Monjo. Po drodze omijając dom Mingmy przeszliśmy ponownie Khumjung. Narzuciliśmy sobie zdrowe tempo, bo chcieliśmy dziś osiągnąć Luklę, więc zrezygnowaliśmy z niepotrzebnych przystanków. Jak się okazało w praniu, zdecydowaliśmy zatrzymać się na nocleg w odległym od niej o 12 km Monjo. Trochę przeceniliśmy nasze siły 😉

 

IMG_1960
(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Pod strzechą, gdzie się ulokowaliśmy za pokój z prysznicem zapłaciliśmy 600 wariatów. Tyle samo kosztowało 180 ml rumu. Raj 😉

Dzień 14 25.03.19 Monjo - Lukla (powrót)

Minęły równo dwa tygodnie. Sześć godzin zabrał nam powrót do miejsca, z którego zaczynaliśmy eksplorację Himalajów. W Lukli jak się okazało spędziliśmy jeszcze dwa dni. Dopowiem to w kolejnym wpisie. Czy wyszliśmy z tego wyjazdu na tarczy, czy też z tarczą? Powiedzmy, że tarcza była gdzieś po środku z przewagą góry 😉 Nie udało nam się zrealizować w pełni, ani nawet w połowie założonych planów na trekking, aczkolwiek to co zobaczyłem i przeżyłem podczas odbytej trasy warte było pieniędzy i czasu, które poświęciłem na wypad do Nepalu. Postarałem się wam zobrazować i szczegółowo opisać mijające dni tego tripa. Mogę mieć tylko nadzieję, że wynieśliście z tego co napisałem jakieś ciekawostki, bawiliście się tak co najmniej tak samo dobrze jak ja i czasami na waszej twarzy pojawiał się uśmiech 🙂 Jak się miało okazać w nadchodzących dniach trekking był jedynie miłym dodatkiem do pobytu w tym państwie…

PS Pozwolę sobie na jeden istotny dopisek. Dla wytrwałych i ciekawych moich dalszych poczynań opisałem trwającą pięć dni drogę powrotną do Lukli. Jeśli i ten test zdałeś i dalej cię nie zanudziłem polecam lekturę kilku kolejnych wpisów, w których to opiszę mój dalszy pobyt w Nepalu. Przedłużył się o około tydzień, więc mam nadzieję, że nadal będzie ciekawie. Zabiorę was z himalajskiego klimatu, jaków, yeti, śniegu, mrozu i minusowych temperatur wprost do przedsionku dżungli i tropików. Ze skrajności w skrajność. Jeśli chcecie mi towarzyszyć w dalszej podróży czeka nas wypad do jednego z największych nepalskich miast – Pokary i kilkudniowy pobyt w stolicy – Katmandu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *