Kambodży ciąg dalszy – O Boże, jestem w ANGKORZE!

 

Ahoj załogo!

Byłem już w stolicy Kambodży, to trzymając poziom na kolejny cel wyznaczyłem sobie stołeczne miasto Imperium Kmerów – Angkor (słowo oznacza tyle co „stolica”). Angkor aktualnie znany jest jako największy na świeci kompleks świątynny w latach świetności liczący sobie ponad milion obywateli. To powiedzmy sobie szczerze jak połowa aktualnej ludności Warszawy. Jakby to powiedział Siara: „mają rozmach…” 😉 Obecne położenie Angkoru to okolice miasta i zarazem kambodżańskiej prowincji (odpowiednik województwa) Siem Reap. To właśnie tam skierowaliśmy swoje kroki (a raczej podwiózł nas autokar ;P ).

Siem to małe, turystyczne miasteczko, które służy przede wszystkim za bazę wypadową do świątyń Angkoru. Mieścina bez szału. W sumie byłem tam na ryneczku (Psar Chaa) gdzie można kupić wszystko i nic, odwiedziłem kilka lokalnych piwiarni, odpowiedników barów mlecznych i to tyle. Jak już wcześniej pisałem. Mój pobyt przypadał na początek pory deszczowej, więc zwiedzając samemu miasto, jak już zaczynało padać robiłem sobie małe pit-stopy w okolicznych mordowniach. Jedno piwo=10 minut. Ulewa trwała krótko, więc herbaty trochę wypiłem. Akurat przestawało podać i szedłem przed siebie. W sumie nic ciekawego nie oferuje ta mieścina. Mniejsza o to, d… nie urywało…

thumb_dscf0231_1024-copy

Jedyna rzecz warta świeczki to osławione ruiny znajdujące się w dżungli, o których świat i historia zapomniały przez wieki, a człowiek upomniał się w XIX w. kiedy to francuski podróżnik Henri Mouhot natknął się na setki ruin w kambodżańskiej dżungli. Do końca nie wiadomo co było głównym bodźcem masowego opuszczenia stolicy. Miasto pozostaje zagadką podobnie jak azteckie Machu Piccu. Angkor pustoszejąc stopniowo całkowicie się wyludnił w XV wieku. Przyczyniło się do tego wiele czynników, tj. ataki Tajów, lub przeniesienie stolicy Khmerów w inne miejsce (Phnom Penh).

dsc_0609

W podróż do Angkoru spod hotelu (kilka km) podwiózł tuk-tuk wyposażony w lodówkę z chłodzącymi wyskokowymi napojami (#bogatyjankesmode), także nudno nie było 😉 Przed wstępem do całego kompleksu świątynnego, trzeba doń zakupić bilety sprzedawane w kasach nieopodal. Można wybrać opcję wielokrotnego wejścia  w cenie od 20 dolców wzwyż, adekwatnie do długości pobytu (maksymalnie do 6 dni). Robią wam zdjęcie, drukują je na bilecie, także podrobienie go jest mało możliwe. Świstek ten sprawdzają przed wejściem do każdej świątyni, więc warto go mieć ciągle przy sobie i o wejściu „na Jasia” można zapomnieć.

14798767_10202068213423511_1502148862_n

Wstęp liczy się z przestrzeganiem kilku zasad, m. in. są to: stosowanie się do ostrzegawczych znaków, odnoszenie się z szacunkiem do mnichów (których jest jak mrówków), zakrycie kolan, oraz ramion (stosowny ubiór), nie dotykanie murów, zakaz palenia i dawania słodyczy i pieniędzy dzieciom.  Zwiedzanie jest możliwe od około godziny 5 do 19 Zwykle ludzie przeznaczają na to do kilku dni,bo naprawdę obiektów do zobaczenia jest cała wuchta. Nas niestety gonił czas i mięliśmy na to raptem kilka godzin. Chociażby z tego względu przeważyła opcja wynajęcia tuk-tuka i zwiedzenia części Angkoru za jego pośrednictwem. Mało to ambitne, ale na zwiedzanie na piechtę nie było czasu, a rowery były złym pomysłem ze względu na częste deszcze.

Co w programie? Podjechanie i wysiadka na: Angkor Watt (najsłynniejsza świątynia), Ta Prohm (Tomb Raider temple – kręcono tam film z Larą Croft w roli głównej. Kilka lat temu odkryto tam kilku metrowe posągi Buddy), Angkor Thom (miasto w mieście, jeśli można to tak określić), Baphuon (jedna z „kamieniczek” w wymienionym mieście), oraz kilka innych świątyń, których nazw nie pamiętam ;P Ten „cholernie dużo bardziej” rozległy Watykan w uproszczeniu z widoku ptaka wygląda w ten sposób:

hi-res-temple-map

Jednym słowem tłumacząc dość łopatologicznie – są to ogromne połacie terenu, przeplatane rzekami i jeziorami. W około pełno świątyń i twarzy Buddy 😉

dsc_0559

Na zwieńczeniu wpadliśmy do jakiejś restauracyjki z witającym nas gadającym ptakiem, wrzucić na coś na ząb.

13410611_10206374816546033_500532080_o  13446123_10209513897869377_760263816_o

13442000_10206374814465981_1404371843_o 13453482_10206374816186024_97805512_odsc_0553

dsc_0582dsc_0557dsc_0558

dsc_0563

Przemieszczając się po terenie Angkoru odradzam wam skuszenie się na przejażdżkę na grzbiecie słonia. Raz, że to straszne skurwysyństwo (myślę, że użyłem wystarczająco mocnego słowa) względem tego zwierzaka, a dwa że kosztuje to strasznie dużo. Liczcie się z tym, że w miejscu gdzie się zmaleliście ceny są co najmniej kilkakrotnie wyższe niż gdziekolwiek indziej.

dsc_0579dsc_0518

dsc_0561
Stali bywalcy świątyń. Nasi starsi bracia – małpy.

dsc_0588

dsc_0598
Czas odcisnął piętno na niektórych murach. Natura po raz kolejny pokazała, że człowiek jest tylko gościem na jej łonie. Dżungla upomina się o swoje.

dsc_0599

13467740_10209513897829376_156708308_o
Wannabe sekwoja.

W ruinach kompleksu Angkor spędziliśmy zdecydowanie za mało czasu, ale cóż…lepsze to niż nic…Co by tu nie mówić – wspomnienie do końca życia.

Kolejnego ranka czekała nas podróż autokarem do ostatniego przystanku – Tajlandii. Ściślej mówiąc do miasta, które nie śpi – Bangkoku.

Pzdr,

Bartek!

Londyn, 23.10.16 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *