Powrót: Lukla (3 dni) – Katmandu – Pokara (3 dni)

Dzień 14 - 25.03.19
Pierwszy dzień w Lukli.

„Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło” – słowa idealnie pasujące, aby rozpocząć niniejszy wpis 🙂 Niestety nie udało mi się w pełni zrealizować planu trekkingu po Himalajach i w skutek decyzji o jego przerwaniu pozostało mi do dyspozycji około tygodnia czasu. Nie brałem nawet pod uwagę przebukowania na wcześniejszy termin biletu powrotnego do Anglii. Pozostały czas chciałem produktywnie spędzić w Nepalu i wycisnąć z niego co się da. Dobra, kończmy ten wstęp…

Trasę Lukla – Monjo miałem już okazję opisywać, a z tytułu, że jest identyczna jak Monjo – Lukla nie zamierzam się powtarzać 😀 Wspomnę jedynie o novum jakim były niezbyt przychylne nam warunki pogodowe, czyli deszcz, mgła i wszędzie panująca szarość. Anyway. Przekroczyliśmy symboliczną kamienną bramę otwierającą himalajski trekking dla większości turystów. Późnym popołudniem wkroczyliśmy do Lukli. Cytując pana Wodeckiego – „Lubię wracać tam, gdzie byłem już”. Wróciliśmy do punktu wyjścia. Hostelu z widokiem na płytę lotniska, w którym to 12 dni temu szykowaliśmy się do trekkingu – „Buddha Lodge”. Cena za noc zwalała z nóg – 500 NPR, ale już machnąłem na to ręką… Luksusami było m. in. darmowe ładowanie, ciepła woda i łazienka w pokoju. Jednym słowem Hilton wymięka 😉

Tak jak wcześniej wspomniałem. Pogoda była nietęga, więc mój kompan podróży postanowił zostać na miejscu i poleżeć w ciepłym łóżku. Zmianie uległo jedynie położenie słońca – zapadał zmrok. Dla mnie nie stanowiło to żadnej przeszkody. Wyjątkowo pełen energii wyszedłem na „miasto”. Biorąc pod uwagę to, że cała aglomeracja może była wielkości Monciaka w Sopocie,  to mimo ograniczonych źródeł światła trudno było się zgubić (wieczorami lepiej profilaktycznie zabierać ze sobą latarkę!).

Szwendając się  w te i we w tę, na jednym z domków rzucił mi się w oczy obrazek lokalnego alkoholu. Chyba nie muszę wspominać co było dalej 😉 Jak mam być szczery to biznes był już chyba zamknięty, a ja wpadłem tam po godzinach. Wewnątrz przy jedynym stole siedziało kilku ludzi o śniadej karnacji skóry. Jako osoba będąca jak to nazywają angole „people person” nie byłbym sobą gdybym się do nich nie przysiadł i nie zagadał. Miło, bo trafiłem na ekipę Nepalczyków, z których trzech mieszkało w Londynie i przyleciało odwiedzić stare kąty. Tematów do rozmowy nie brakowało, a czas umilały kolejne rundy spożywanej Tongby.

Czym jest ów napój bogów? Mianowicie pierwsze co przychodzi na myśl to zestaw do jej konsumpcji przypomina oręż używany do picia yerba-mate. Uogólniając. Metalowa słomka z otworkiem z boku i blaszany kubeczek, w którym znajduje się sfermentowane proso, które zalewa się wrzątkiem. Gdy zabraknie wody do picia powtarzamy czynność. Udzielono mi nauki, że na tym samym wkładzie prosa można to robić pięć razy. Kosztowało mnie to 300 rupii. Chyba tamtejsi beje mnie polubili, bo postawili mi jeszcze dodatkowo kolejkę jakiegoś białego lokalnego alkoholu.

Złapałem wiatr w żagle, ale nie chciałem przedobrzyć. Zrobiło się totalnie ciemno. Wróciłem na włości. Wpadłem jeszcze do jadalni na kolację połączoną z degustacją rumu i tamtejszego piwa. Przy okazji załapałem się na skromną imprezę jakiejś grupki turystów świętującej udany trekking, więc nie powiem – wieczór uważam za udany 🙂

Dzień 15 - 26.03.19
Drugi dzień w Lukli.

Nowy dzień, nowe wyzwania. Przy meldunku zapomnieliśmy zaznaczyć na ile dni potrzebujemy noclegu. Okazało się, że już inni oczekują na nasz pokój, także z samego rana obudził nas jakiś pracownik tego przybytku twierdząc, że mamy chwilę na wyprowadzkę i musimy się sprężać. No nic, nasz błąd. Ze względu na moralny dług wobec Mateusza nie kwestionowałem jego pomysłów, więc byłem w sumie zadowolony z faktu, że musimy opuścić ten lokal. Dużo, za dużo przepłacaliśmy. W każdym razie tym razem ja dostałem pole do popisu jeśli chodzi o nocleg i wybrałem mały, skromny guest house. Cena wyniosła nas o 300 wariatów mniej i nawet ładowanie było darmowe, o! Minus taki, że prysznic kosztował 400 rupii ;P

Biorąc pod uwagę nasz przedwczesny finisz trzeba było rozplanować dalsze dni. Kolega zaproponował wyjazd do Pokary i powrót do Katmandu. Niekoniecznie mi to odpowiadało, ale postanowiłem nie oponować. Może nawet uda się przełożyć lot na wcześniejszy termin. Plany, planami, ale najpierw trzeba się wydostać z Lukli. Wbrew naszym cichym nadziejom pogoda nie ulegała zmianie na lepsze. Ograniczało nam to pole manewru, bo oznaczało to, że nie tu nie wyląduję przez najbliższy czas i będziemy tam uziemieni. Na najbliższy tydzień prognozowano wyłącznie mgły i deszcze. Na szczęście pojawiło się światełko w tunelu – jedynie jutrzejszy dzień miał być słoneczny i wolny od padów. W związku z tym szybko skierowaliśmy się do biura obsługi lotów (znajdującego się po prawej stronie głównej ulicy) „Tara Air”. Szczęśliwie udało się zmienić termin wylotu na godzinę 7.55 nazajutrz. Operacja ta była kompletnie darmowa i zabrała maks. 5 minut. Na lotnisku zalecano nam stawić się co najmniej godzinę wcześniej.

Dalsza część dnia upłynęła mi pod znakiem zwiedzania tego ostatniego/pierwszego bastionu Himalajów. Jak to już wielokrotnie wspominałem granice Lukli nie są rozległe, także wioska ta nie oferuję zbyt dużo atrakcji. Funkcjonuje raczej jako popularny punkt rozpoczęcia wypraw trekkingowych w wyższe partie gór. Oczywiście każdego zainteresuje co innego, także nie będę się sztucznie silił na predyspozycje do bycia przewodnikiem Lonely Planet. Ja zaufałem żywiołowi. Moją uwagę przykuło multum kolorowych flag rozwieszonych w jednym punkcie, na wzgórzu przy lotnisku. Wspiąłem się tam i moim oczom ukazała się duża statuetka Buddy. Z tytułu opadów deszczu i prawdopodobnie prac konserwatorskich była ona otoczona białymi parawanami co niestety uniemożliwiało podziwianie jej w pełnej krasie. Jako bonus mogę napisać, że jest tam też przepiękny widok z góry na całą panoramę (naprawdę malutkiego) lotniska. Skojarzenia zadziałały, synapsy w mózgu nawiązały odpowiednie połączenia i tak pomyślałem o dalszej podróży. Tak oto po nitce do kłębka moje myśli doszły do materialnego zaplecza. Za zaskórniaki w portfelu definitywnie nie przeżyję kolejnego tygodnia w cywilizacji, więc trzeba było uzupełnić kapitał. Dysponowałem dużą ilością wolnego czasu, a więc wyruszyłem na poszukiwania bankomatu. Sprzedam wam ciekawostkę, że w wiosce jest jeden różnie działający bankomat (ATM) – ja akurat trafiłem na okres kiedy zaniemógł.Dobrze wiedzieć, że gotówkę można uzyskać jeszcze zaraz przy lotnisku w placówce banku Western Union. Pobiera on 5% prowizji od wypłat (podobnie zresztą jak bankomaty), co w sumie jest do przebolenia. Proces wypłaty zależnie od sumy może trwać do kilku godzin.
Ja musiałem wrócić po pieniądze za dwie godziny, więc w tzw. międzyczasie przeszedłem się po okolicy po raz setny. Po drodze dowiedziałem się w jaki sposób ludzie umilają sobie wolny czas.

Źródło: http://www.seattleglobalist.com/2016/07/21/nepalese-prison-inmate-leaders/54159

Otóż bardzo często mijałem grupki Nepalczyków okrążających kwadratowe stoły i żywiołowo się wokół nich poruszających. Wyglądało to jak egzotyczna odmiana popularnego cymbergaja połączonego z bilardem. Gra nazywa się „Carrom board”. Na pierwszy rzut oka różnica była taka, że znacznie mniejszych krążków nie wypychało powietrze tylko ślizgały się po mące i na blacie było kilka łuz. Maksymalna liczba graczy to czwórka, a w skrócie chodzi o to aby pozbyć się wszystkich swoich krążków przed przeciwnikiem. Ciekawych szczegółowych zasad odsyłam do polskiej strony na ten temat – http://carrom.pl/ogolne-zasady-carrom/

Czas mijał, uzyskałem gotówkę, z guest housu wyłonił się Mateusz i dołączył do mnie. Chciał rozejrzeć się za pamiątkami. Ja natomiast wolałem poczekać do ostatnich dni naszego pobytu w Nepalu, żeby nie taszczyć z sobą tego całego majdanu. Moją uwagę przykuły przede wszystkim małe, czerwone pudełeczka ze złotą swastyką na wieczku.

Zatrzymajmy się na chwilę przy tym znaku. Większość z was zapewne ma świadomość tego, że nie jest to niemiecki (świadomie użyłem takiej nazwy) wynalazek, a obecny w wielu kulturach symbol o wielu znaczeniach. Jedna z wielu różnic polega na jej położeniu. Jej ramiona powinny być poziome, a nie ukośne. Buddyści wierzą, że jest to wizytówka kosmicznej energii, a dodatkowo wg sanksrytu słowo swastyka tłumaczy się jako „powodzenie”. Generalizując przynosi ona szczęście i dobrobyt. Strzeżonego Pan Bóg strzeże 😉

We wnętrzu tego puzderka znajdował się czerwony proszek, który służy do malowania tzw. bindi, czyli krótko mówiąc kropki na czole. Ma ona kilka znaczeń. W gruncie rzeczy czasem służy symbol trzeciego oka, innym razem jest to oznaka statusu społecznego, a czasem jest po prostu modnym symbolem. Wszystko zależy od religii, tradycji, trybu życia i towarzystwa w jakim się obracamy.

Mateusz trochę się obkupił w ciupagi, flagi, magnezy, etc. Pod koniec dnia wróciliśmy do noclegu spakować się i nie zwlekać ze snem. Jutro pobudka koło szóstej.

Dzień 16 - 27.03.19
Lukla - Katmandu - Pokara.

Lukla - Katmandu

Lotnisko

Droga na lotnisko zajęła nam maks. 10 minut, także bez kłopotu zdążyliśmy stawić się na czas. Założyliśmy, że zaraz po wylądowaniu w Katmandu kupimy bilety na busa i nim udamy się do Pokary. Późnym popołudniem, lub w najgorszym wypadku wieczorem chcieliśmy znaleźć się na miejscu. Szala coraz bardziej przechylała się ku tej drugiej opcji, a to z tytułu na opóźniony lot. Opóźniony i przekładany w nieskończoność. Jak już wspominałem odlot miał być o 7.55. Nastała ta godzina, a tu nic 😀 Koło 9 zaczęło się coś dziać, ale jak się okazało to lądowały nie nasze samoloty. Na bilecie maci podany nr lotu, na który czekacie. Prócz tego próżno szukać jakiś tablic informacyjnych. Sam musiałem się dowiedzieć co się dzieję, bo w innym wypadku byśmy tak czekali bez żadnych informacji do usranej śmierci. W budynku lotniska znajdują się biura linii lotniczych, w których od obsługi można uzyskać informacje o waszym locie. Zakomunikowano mi, że samolot jest opóźniony z tytułu warunków pogodowych i summa summarum czekaliśmy jeszcze około trzy godziny. W najgorszym przypadku przelot mógłby zostać przełożony na kolejny dzień. Pozostał czekać i trzymać kciuki. Mijający czas możecie umilić sobie słodkimi przekąskami, gorącym kubkiem, lub ciepłymi napojami w jednym z dwóch stoisk. Przykładowy koszt kawy to 300, a Snickersa 200 NRP. Oprócz tego możecie wykupić sobie dostęp do wi-fi za 300 rupii. Jeśli podupadnie wam bateria to przy bramkach jest pięć kontaktów, z czego dwa są „ukryte” za banerami linii lotniczych. W końcu doczekaliśmy się odprawy, która była tylko formalnością… Odniosłem wrażenie, że na pokład samolotu można przemycić dosłownie wszystko, a na teren portu lotniczego może wejść dosłownie każdy. Wkroczyliśmy do kolejnej poczekalni i tam doczekaliśmy się już naszej powietrznej limuzyny. Około sześć godzin czekania, a podróż trwała raptem 30 minut 😉

Kathmandu - Pokara

Ze stołecznego lotniska w cenie 900 NPR zamówiliśmy prepaid taksi  na dworzec mikrobusów Kahmandu – Besisahar. Na miejscu taksówkarz wskazał nam miejsce gdzie możemy kupić bilety na przejazd do Pokary.

Transport

Podszedł z nami do tego punktu (przypominającego kiosk) i pomógł w komunikacji ze sprzedawczynią. Zapłaciliśmy 625 wariatów. Cena chyba nie była wygórowana szczególnie patrząc przez pryzmat tego, że mikrobusy to najtańszy środek transportu. Minusem niestety jest to, że odjeżdża dopiero wtedy, gdy cały się zapełni. Byliśmy jednymi z pierwszych pasażerów, więc mieliśmy chwilę czasu. Zapłaciliśmy, zostawiliśmy plecaki na dachu (w czasie ulewy są okrywane plendeką, aczkolwiek profilaktycznie warto również zakryć plecaki we własnym zakresie) i skierowaliśmy się do pierwszego lepszego miejsca z ciepłym jedzeniem. Pominięcie porannego posiłku nie było najlepszym ruchem i głód dał się we znaki. Kierowaliśmy się tylko obrazkami i zapachem, bo ciężko było o łacińskie napisy. W pobliskiej knajpce zamówiłem coś ala pikantny rosół za 120 rupii. Całe menu było w nepalskich szlaczkach. Wyjechaliśmy dopiero około godziny 13. Nasz środek transportu był pełny, ale i tak kierowcy mają sposób na dopchnięcie kolejnych pasażerów. Można się było spodziewać masy turystów w takim miejscu. Wbrew pozorom byliśmy jedynymi białymi wśród podróżujących. Wyglądaliśmy dosyć egzotycznie i czułem spoczywających na sobie dziesiątek spojrzeń. W przejściu pomiędzy rzędami foteli kładą deseczkę, która daję kilka kolejnych dodatkowych miejsc.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Złota strzała 😉

Ruch uliczny w Nepalu jest lewostronny. Wszyscy jak to w Azji pędzili w każdym możliwym kierunku jak na złamanie karku. Totalna wolna amerykanka z nieodłącznymi dźwiękami klaksonów co chwila. Nasze cztery kółka nie były wyjątkiem. By the way. Kierowca i zarazem disc jockey zadbał należycie o komfort podróży. Ciągle głośno puszczał muzykę, a zaczął od Eminema i 50 Centa 😀 Szczytem komizmu było bujanie się z całym busikiem, do Gangam Style, podczas gdy otaczali mnie sami Azjaci. Niestety nie było totalnie kolorowo ze względu na brak klimatyzacji, ale szło to przeżyć. Stałym elementem krajobrazu migającym pomiędzy pędzącymi samochodami były znane z powiedzenia tzw. „święte krowy”, które były sobie same „sterem, żeglarzem, okrętem” na ulicy. Zabicie ich jest nielegalne i grozi karą 2 lat pozbawienia wolności. Apropos mijanych aut. Najczęściej były to marki: Tata, Tiger i Suzuki. Z tego co zauważyłem to większość ciężarówek była bardzo kolorowa. Na tyle naczepy zwykle znajdował się wizerunek kwiatu lotosu z różnymi angielskimi napisami np. see you. Co jakiś czas trasa była przerywana przystankami na ewentualny posiłek i toaletę (często w spartańskich warunkach).

Beka, tu rośnie baka 😀 Dziko rosnąca konopia to standardowy widok. Wysoko w górach rośnie ona naturalnie, więc czasem łatwo zauważyć plantację. Wbrew pozorom konsumpcja i handel Marihuaną w Nepalu od 1973 roku jest nielegalna. Do niedawna wyjątkiem był jeden dzień 21 lutego - hinduskiego święto Mahaśiwaratri.

Wolno płynący czas wypełniało mi planowanie kilku następnych dni. Skarbnicą wiedzy na temat atrakcji Pokary była książka Janusza Kurczaba – Himalaje Nepalu. Przewodnik trekkingowy. Wytypowałem kilka ciekawych miejsc, Mateusz też dołożył swoje trzy grosze, a co dojdzie do skutku zobaczymy w praniu. Bez ciśnienia.

Pokara

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek)

Zmęczeni podróżą, do celu dojechaliśmy późnym wieczorem. Udało nam się jakimś cudem porozumieć z jednym z współpodróżnych i wspólnie zamówiliśmy taksówkę. Udaliśmy się do pierwszego, lepszego hotelu w dzielnicy Baidam (Lakeside). Tak – HOTELU, a nie hostelu. Czas na należący się nam relaks i odpoczynek. Nocleg kosztował około 4000 rupii. Spędziliśmy tam trzy noce. Koniec himalajskich cen, czas na powrót do rzeczywistości.

Wyczerpanie odeszło do lamusa z chwilą kiedy wyszliśmy z taryfy. Przyjemny wiaterek i pomimo późnej godziny wciąż gorący klimat. W pokoju tylko pospiesznie zostawiliśmy bagaże, ogarnęliśmy się i wyruszyliśmy zwiedzać najbliższą okolicę. Głównym celem była jakaś ciepła kolacja 😉 Misja do najłatwiejszych nie należała, bo większość restauracji była od 21 pozamykana na głucho. Poruszaliśmy się drogą wzdłuż jeziora, także nie dbaliśmy o czas. Po drodze spotkaliśmy jeszcze młodego człowieka, który sprzedał nam haszysz. Za 9000 rupii kupiliśmy 3 gramy. Podobno był to tzw. charas, czyli jego bardzo czysta i szlachetną odmianą pozyskiwaną z okolic Himalajów. Na co dzień stronie od tego typu używek, ale co innego przykurzyć plastelinę od Seby zza winkla na osiedlu, a co innego spalić nepalski święty hasz (jest stałym elementem niektórych hinduistycznych rytuałów). Streszczając: najedzeni, napici, spaleni, misja wykonana – powróciliśmy do miejsca noclegu.

 

Dzień 17 - 28.03.19

Rano obudził mnie śpiew ptaków, krzyki małp i reszta odgłosów natury. Okna naszego pokoju wychodziły na dżunglę. W nocy tego nie było widać, więc było to dla mnie pozytywnym zaskoczeniem 🙂 W dodatku nasz nocleg mieścił się nad brzegiem jednej z najpopularniejszych atrakcji Nepalu – ogromnym jeziorem Phewa (Fewa) Tal. Cudownie.

Aż ciężko nie przybić piątki z tak pięknym porankiem, więc nie zwlekając, uzbrojeni w mapę rychło uderzyliśmy w plener. Pierwsze kroki skierowaliśmy w stronę jakiejś w miarę mało turystycznej knajpki, żeby zjeść śniadanie. Upał był niemiłosierny, więc chciałem się czymś orzeźwić. Nie, nie chodzi mi o piwo ;P W menu szukałem rzeczy, których nazwy widzę po raz pierwszy. Zamówiłem hinduski napój – lassi. Smakiem i konsystencją przypominało to jogurt.Skład był też podobny, a uzupełniały go woda i przyprawy.Pycha jednym słowem. Wspomniałem o piwie. Standardowo był to stały składnik diety, a najpopularniejsze tamtejsze marki to: Dragon, Gorkha, Tuborg, Everest, San Miguel i Nepal Ice. Strongi mają po 7%.


Devi’s Fall i okolice.

Źródło: https://mapio.net/pic/p-64163134/

Pierwszym punktem, który mieliśmy zamiar odwiedzić był wodospad – Devi’s Fall (Patale Chhango). Ciekawostką jest fakt, że wcześniej wspomniany nie leży w jakimś górskim terenie, ale zaraz przy ulicy. Znajduję się on pod poziomem ziemi na niedużym zabetonowanym terytorium. Zasilają go wody jeziora Phewa, a sam ma około 500 metrów wysokości. Szczerze? Nic specjalnego. Na mnie nie wywarł żadnego wrażenia. Sprzedam wam ciekawostkę, że jego nazwa pochodzi od szwajcarskiej turystki o nazwisku Davis. W 1961 roku kąpiąc się w tym miejscu upadła i utonęła. Dzięki temu miejscu pamięć o niej jest wciąż żywa. Dla czujących niedosyt polecam przejść się po parku, którego częścią jest wodospad. Może i nie są to hektary, ale zawsze miłe dla oka otoczenie natury z szeregiem ławeczek. Anyway. Jest to jedna z głównych atrakcji Pokary, a moim skromnym zdaniem to nic specjalnego i strata czasu. Jeśli opis was nie zniechęcił to bilet wstępu kosztuje 30 NPR. Rządnych dalszych wrażeń spieszę poinformować, że na przeciwko tej atrakcji turystycznej mieści się kolejna – jaskinia Gupteshwor Mahadev. Ciężko mi napisać o niej cokolwiek, bo sam ją ominąłem, a nie chcę bezmyślnie przepisywać danych z Sieci. Ciekawych faktów na jej temat odsyłam do innych zakamarków Internetu niż ten blog. Z tego co tam wyczytałem to w przeciwieństwie do poprzedniej lokacji jest to miejsce warte odwiedzenia.

Stupa Pokoju (Shanti Stupa) i okolice.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Przed wejściem na schody trzeba obowiązkowo zdjąć buty i zachować ciszę.

W zasięgu wzroku był kolejny przystanek na naszej trasie. W oddali, nad jeziorem Fewa góruję najwyższy punkt widokowy w Pokarze – Stupa Pokoju (1100 m n. p. m. ). Z tytułu, że nigdzie nam się nie spieszyło, poszliśmy tam na piechotę. Szliśmy jakoś ponad dwie godziny. Przyjemny spacer to nie był, bo lało się ze mnie jak z cebra i w znacznej mierze szliśmy pod górę no ale czego nie robi się dla pięknych widoków 🙂 We wcześniejszych wpisach wyjaśniałem czym są te sakralne budowle, także nie będę się tu powtarzał. 

Budowę Shanti Supy rozpoczęto w 1973 r. Z okresem jej powstawania wiąże się wiele perypetii, aczkolwiek ostatecznie wzniesiono ją 30.10.1999 roku. Ten liczący sobie 35 metrów wysokości sarkofag mieści w sobie szczątki Buddy, które są przedmiotem pielgrzymek z całego świata. Stupę otaczają złote pomniki różnych Buddów. Wśród nich znajduję się oczywiście wizerunek założyciela buddyzmu – Buddy Siddharthy Gautamy pochodzącego z Indii. Z całego serca polecam książkę Hermanna Hesse pt. „Siddhartha”. Autor za całokształ twórczości uzyskał nagrodę literackiego Nobla. Opowiada ona o rozwoju duchowym i filozofii na przykładzie życia protagonisty. Warto się przekonać jak pięknie o buddyzmie potrafi pisać Niemiec 😉

Grób japońskiego mnicha, którego podczas budowy zabili antybuddyjskcy ekstremiści.

Z miejsca, o którym piszę, czyli ze wzgórze Anada rozpościera się przepiękny widok na pobliski akwen wodny i otaczające je szczyty masywu Annapurna. Zeszliśmy nad jego brzeg i z myślą o skróceniu czasu powrotu postanowiliśmy przepłynąć je łódką. Wynajem łajby, wraz z operatorem wioseł wyniósł nas 520 NPR. Płynęliśmy koło kolejnej atrakcji tego miasta, a mianowicie małej wysepce z hinduską świątynią – Tal Barahi.

Resztę dnia spędziliśmy w moim nowym ulubionym miejscu. Zaraz przy hotelu z muzyką i szeregiem używek pod ręką czilowaliśmy nad brzegiem jeziorka. Chyba była tam jakaś pozytywna żyła/czakram/fluidy, bo czułem się tam idyllicznie. Często będziemy wracać w to miejsce.

Dzień 18 - 28.03.19

Podobnie jak poprzedniego dnia na śniadanie wypuściliśmy się do okolicznej knajpki. Na ten dzień nie mieliśmy kompletnie żadnych planów. Tylko błogie lenistwo, reset i błąkanie się wkoło jeziora. W niniejszym skomplikowanym planie dnia z czasem pojawiły się pewne urozmaicenia czyt. zakup kilku pamiątek i wizyta na poczcie (wypada w końcu wysłać znajomym jakieś widokówki do Polski). Placówka tej instytucji, którą odwiedziliśmy w pobliżu (dzielnica Lakeside) jest klaustrofobicznie mała. Tzn. dzieli się on na część dla interesantów i (pokój z jednym biurkiem) i aneks mieszkalny. Niestety nie prowadzono tam sprzedaży widokówek, więc transakcję tę odłożyłem na później.

Dżentelmeni na zdjęciu noszą tradycyjne nepalskie nakrycie głowy - Dhaka Topi.

Wracając zahaczyliśmy o miejsce z ciepłą strawą. Im mniej przepychu i dalej od ścisłego centrum miasta tym lepiej i ciekawiej. Trafiliśmy do skromnej kuchni urządzonej w przedsionku domu mieszkalnego. Wbrew pozorom panował tam ład i porządek, a gospodyni na naszych oczach przygotowała smakowite dania. Standardowo były to jakieś wariacje z ryżem. Warto również napomknąć, że w większości kuchni tego typu ma dodatkowych współlokatorów. Nie, nie mam tu na myśli karaluchów i szczurów… Są to ptaki, które wiją sobie gniazda pod sufitami (zapewne ze względu na bliskość pokarmu). W drodze powrotnej udaliśmy się na market (większość tego turystycznego miasta to jeden wielki market) by zakupić kilka pamiątkowych bibelotów. Co mnie pozytywnie zaskoczyło nie zauważyłem żadnego robactwa ani gryzoni na ulicach (nawet po zmierzchu). Miasto jest bardzo czyste. Wróciliśmy zrzucić balast do pokoju hotelowego. Przyszedł czas na odpoczynek nad jeziorkiem po tym męczącym dniu 😀

Sjesta trwała w najlepsze od późnego popołudnia. Park przy jeziorze, na którego terenie byliśmy był zamykany w okolicach godziny 21. Nie wyglądało to w sposób podobny jak w londyńskich zieleńcach czyli, że strażnik patroluje teren i wyprasza z niego wszystkich o konkretnej godzinie. Tutaj po prostu ludzie sami go opuszczali, teren ogradzano wojskowymi zasiekami (obok nas mieściła się jednostka), zamykano bramy wejściowe i gasły wszystkie źródła światła.W pewnym momencie siedzieliśmy tylko z latarką, ale niestety nie byliśmy świadomi tego, że znaleźliśmy w ogrodzonym parku, odgrodzeni od świata ;P Nazajutrz planowaliśmy wyjazd busem do Katmandu, więc wypadało należycie uczcić ten czas i pozbyć się pozostałych zapasów charasu. Trochę tego było, więc adekwatnie uskrzydliło to naszą wyobraźnię. Na lustrze wody zauważyliśmy coraz więcej przemieszczających się jaskrawych punkcików. Pomyśleliśmy, że to zbliżające się krokodyle. Byliśmy jedynymi ludźmi w okolicy. W świetle czołówek, czym prędzej daliśmy nogi do wyjścia. Tutaj Zonk – drut kolczasty 😀 Utwierdziło nas to tylko w przekonaniu, że kolczatki są rozwijane w celu zapobiegnięcia ucieczki tych gadów na ulice Pokary. Szczęście się do nas uśmiechnęło, bo obok znajdował się jakiś wojskowy, który pomógł nam wyjść i nie zadawał żadnych pytań.

Źródło: https://lawhaha.com/wp-content/uploads/2016/04/Dont-Feed-Hallucinogens-to-Alligators.jpg

Kolejnego dnia zrobiłem mały research. Na koniec sprzedam wam ciekawostkę. W Nepalu żyją tylko dwa rodzaje krokodylowatych. Krokodyl błotny i gawial gangesowy. Absolutnie żaden z nich nie występuję w zbiorniku wodnym Phewa Tal. Nie wiem co widzieliśmy tamtej nocy 😉

Dobra, wystarcza już tych wywodów, bo standardowo trochę popłynąłem i stworzyłem przydługi wpis. Kolejny odcinek poświęcę na relację z dojazdu i kilkudniowego pobytu w Katmandu.Będzie to mój ostatni przystanek w Nepalu.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *