Powrót: Pokara – Katmandu (3 dni) – Londyn

Droga Pokara – Katmandu

Koło godziny 7 opuściliśmy hotel i bez problemu znaleźliśmy wolną taksówkę, którą przy pomocy wskazówek kierowcy udaliśmy się na dworzec mikrobusów. Za przejazd zapłaciliśmy 500 rupii. Mogliśmy oczywiście wynegocjować dużo niższą cenę, ale z samego rana nie mieliśmy ochoty na słowne przepychanki.

Pojedynczy bilet na transport wcześniej wspomnianym wehikułem do Katmandu kosztował 1050 NPR. Wyjechaliśmy w okolicach 8 rano, a podróż przy dobrych wiatrach miała trwać pięć godzin. W praktyce trwało to dużo dłużej (stan dróg, pogoda, etc.) 😉 Koło 15 dojechaliśmy do Katmandu.

Oczywiście nie byłbym sobą nie zapoznając się z pasażerami 🙂

Katmandu

Na miejsce dowiozła nas taksówka, której znalezienie nie było problemem. Zaraz po otwarciu drzwi mikrobusa taryfiarze dosłownie otoczyli nas z każdej możliwej strony. Jeden z nich, do którego szczęście się uśmiechnęło dowiózł nas do wcześniej wybranego hostelu.

Podczas jazdy dysponując mrowiem wolnego czasu zlokalizowałem jeden z tańszych hosteli w dzielnicy Thamel (kupicie tam wszystko i nic. najbardziej turystyczny obszar miasta). Wybrałem „Fireflies Hostel”, który szczerze polecam. W śmiesznie niskiej cenie zarezerwowałem miejsce w kilkuosobowym dormie. 

Pod dachem była świetlica, stołówka i odkryty taras na najwyższym piętrze. W dodatku na stanowisku czuwał kaowiec, który organizował wspólne integracyjne aktywności dla podróżnych. Podsumowując mekka hippisów utrzymana w oparach marihuany i chmielu gdzie wypoczywałem na hamaku, dziewczyna obok trenowała jogę, a obok siedziała grupka dzieciaków śpiewając i grając na gitarze.

Nocleg w dormie to najlepsza okazja by poznać ciekawych ludzi z całego świata. Na zdjęciu Thom z Holandii.

Thamel

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Uliczki Thamel.

Rozwijając wcześniejszą myśl. Nie przepadam za iście turystycznymi, gwarnymi miejscami i tłumami białasów z aparatami. Właśnie zakotwiczyliśmy się w epicentrum tego środowiska… Ups coś tu nie gra, ale paradoksalnie na tym etapie podróży tego szukałem 😉 Świadomie wybrałem Thamel, gdyż najbliższe dni zamierzaliśmy poświęcić tylko na relaks, odpoczynek, zaopatrzenie się w pamiątki i rozbieranie na czynniki pierwsze słowa hedonizm. Summa summarum nie trudno tu o realizację wyznaczonych przeze mnie celów. Dodatkowo za tym miejscem przeważały liczne sklepy, restauracje, puby, stragany i bliska odległość do wielu największych atrakcji, które chcieliśmy zwiedzić. Wisienką na torcie były tłumy podróżników z całego świata. Nie kryli się nawet z paleniem jointów robiąc to prosto na ulicy. Raj. Teoretycznie z mojego opisu wynika, że miejsce to wygląda niczym Krupówki w Zakopanem. Brakuje tam tylko obwarzanków i kapiszonów. Otóż nie. Thamel usiany jest wąskimi, gęstymi, klimatycznymi uliczkami gdzie obok sklepów na modłę zachodu funkcjonują małe kramiki i siedzą babuleńki handlujące warzywami, owocami czy innymi lokalnymi specjałami. Wszystko to doprawione jest feerią barw i przeważającym starym budownictwem (jest to jeden ze starszych obszarów miasta).

Tradycyjne tzw. "nepalskie okna".
(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Totalny miszmasz architektoniczny nadaję wyjątkowego wydźwięku temu miejscu. Na zdjęciu widzicie sklep z pamiątkami urządzony w jakiejś starej budowli. Powtarzam nade wszystko - targujcie się, bo szybko zostaniecie naciągnięci!

Dzień 20 - 30.03.19
Zwiedzanie Katmandu

Cały dzień przeznaczyliśmy na swobodną eksplorację miasta. Na mapie zaznaczyliśmy kilka miejsc w granicach Katmandu, które chcieliśmy zobaczyć. Wszędzie docieraliśmy spacerem, także bez zbędnego pośpiechu mieliśmy dużo czasu na chłonięcie klimatu nepalskiego miasta i obserwację jego mieszkańców.

Poprzedniego dnia pobieżnie zwiedziliśmy Thamel, aczkolwiek z tego tytułu, że i tak nasz pierwszy cel znajdował się rzut kamieniem od aktualnej lokalizacji ponownie zanurzyliśmy się w zakamarkach tego miejsca. Podziwiając okoliczne sakralne budowle i błądząc po podwórkach kamieniczek (polecam deko odbić od głównej ulicy!) odwiedziliśmy pracownię, gdzie powstają tanki. Są to małych rozmiarów płótna przyozdobione ręcznie wykonanymi malunkami przedstawiającymi religijne motywy, lub wariacje na temat mandali. Oryginalne nepalskie małe dzieło sztuki. Polecam zakup 🙂

Hanuman-Dhoka Durbar Square (czynne 9-16, wstęp 1000 NPR (plac + muzeum) / ważny cały dzień)

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Brama wejściowa, nad którą dumnie czuwa Śiwa.

Minąwszy arterie Thamelu w około kwadrans doszliśmy na Durbar Square. Plac ten jest uważany za najbardziej ważne centrum kultury w okolicach doliny Katmandu. Składają się na niego wybudowane pomiędzy XII, a XVIII wiekiem hinduskie i buddyjskie świątynie. Do XX wieku mieściła się tam również rezydencja króla Nepalu, która aktualnie została przekształcona w muzeum. W sumie na kilkukilometrowym terenie znajdują się 43 obiekty, więc ciężko się nudzić, ale też łatwo coś ominąć. W lokalizacji wszystkich interesujących miejsc pomogą wam informacje z ulotki wręczanej przy zakupie biletu. Obiekt ten od 1997 roku uważany jest za część Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jednym słowem nie wypadało ominąć tego miejsca.

(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek) Co rusz widać destrukcyjne skutki trzęsienia ziemi, które nawiedziło Nepal w 2015 roku.
Złota maska demona zwanego Seto Bhairab.
Rzeźba Kal Bhairav reprezentującej destruktywną manifestację Śiwy. Swego czasu w tym punkcie odbywały się przysięgi na prawdomówność.

Poczta

Bezdomne psy wylegujące się przed budynkiem poczty. Omijane i nie zaczepiane nie wykazywały żadnych przejawów agresji.

Durbar Square schodziliśmy wzdłuż i wszerz. Ruszyliśmy dalej. Tym razem udaliśmy się w poszukiwania poczty. W Lukli i Pokarze nie wyszło wysłanie widokówek, to aż głupio by było tego nie zrobić w stolicy Nepalu ;P Standardowo nie wiedzieliśmy gdzie mieści się jej gmach, więc kierowaliśmy się wskazówkami miejscowych i Google Maps. Radzili oni, aby pytać się o Sundarę (nazwa tamtejszej poczty). Daleko nie musieliśmy szukać. Warto wiedzieć, że cena znaczków na zwykłą kartkę do Europy to 35 rupii.

Skrzynki pocztowe.

Potem trochę pokluczyliśmy po okolicy bez większego planu. Wspomnę tu jako ciekawostkę o proszku , który zaobserwowałem w większości sklepów prawie na każdym kroku. Było to tzw. surti, czyli nepalski tytoń do żucia. Strasznie popularna używka w tamtych stronach. Saszetka kosztowała 10 NPR. Pobudza on ślinianki i barwi ślinę na różne kolory. Smakowało to jak proszek do prania połączony z mydłem…Nie poczułem tego magii.

Źródło: https://thehimalayantimes.com/nepal/licence-must-tobacco-products-mid-march/

                                             Cmentarz Karbir Masan

Po drodze zajrzeliśmy do jednej z knajpek na ciepłą strawę i pomyśleć co by tu kolejnego zobaczyć. W internecie wyczytaliśmy o pobliskim cmentarzu, więc z ciekawości tam się udaliśmy. Droga nań prowadziła wzdłuż rzeki, od której piękna aż trudno było oderwać wzrok… U jej prawego brzegu znajdował się cmentarz Karbir Masan.

Święta rzeka wyznawców hinduizmu i buddyzmu - Bishnumati.
Widok na teren cmentarza.
Miejsce palenia zwłok.

Świątynia Swayambhunath 

 Kolejnym celem była jedno z najbardziej znanych miejsc buddyjskich pielgrzymek w Katmandu. Najwyższy czas udowodnić, że biali chrześcijanie z Polski nie są gorsi 😀 Ruszyliśmy jej śladem. Miejscem, którego nie mogliśmy pominąć była najbardziej okazała i zarazem najwyżej położona stupa w mieście. Jest ona częścią kompleksu świątynnego zwanego ze względu na jej licznych mieszkańców – Świątynią Małp. Wyjątkowo nie dzieliła nas od niej bliska odległość, a co rusz mijające nas taryfy (najpopularniejsza marka to Suzuki Marutti) kusiły. Górę wzięła jednak potężna siła woli i zwyciężył spacerek w tym ukropie (a było gorąco jak na patelni).

Po drodze odwiedziliśmy kilka sklepów co by tu się odpowiednio nawodnić i najeść. Miałem okazję zaobserwować kilka rzeczy, których nie widziałem w sklepach Starego Kontynentu. Jako ciekawostka wspomnę o hinduskiej paście do zębów "Red". Od reszty odróżnia ją czarny kolor i smak cynamonu. Produkt całkowicie niedostępny w Europie.

Jak już wspomniałem,  Świątynia Swayambhunath mieści się dosyć wysoko, więc czekało nas do pokonania całe 365 schodów! Co najmniej w połowie drogi pobierano 200 NPR za wstęp na jej teren.Pamiętajcie, że stupa jest tylko częścią tego świętego miejsca… Prócz licznych sakralnych budowli czeka na was również wspaniały punkt widokowy.

PS Jak już jestem przy buddyjskich świątyniach, nie mogę pominąć jednej z teorii odnośnie życiorysu Jezusa Chrystusa. Opierając się na oficjalnych źródłach przekazu uznawanych przez religię katolicką istnieją jedynie lakoniczne wspomnienia odnośnie kilku momentów z życia tego młodego cieśli z Betlejem, który był (jest) bezsprzecznie jedną z najbardziej wpływowych postaci w dziejach ludzkości. Otóż wg nijakiego Nikołaja Notowicza (rosyjski podróżnik, odbywający wizytę w Himalajach) znalazł on wzmianki o jego podróży po Himalajach i pobycie w tybetańskim klasztorze. Odkrył on w starożytnych zwojach wzmianki o proroku Issie, którym to prawdopodobnie był Chrystus. To tak w skrócie, ale jeśli chcecie się zagłębić w tę arcyciekawą historię zapraszam W TO MIEJSCE.

.

Całe zoo. Małpy, wróble, pies i ludzie.
(fot. Mateusz Terlikowski/edycja Bartosz Kwiek)

Dzień 21-22 - 31.03.19-01.04.19
Powrót do Londynu

Mogło by się wydawać, że powinienem pominąć opis czasu przeznaczonego na drogę powrotną. Co prawda większość nie jest warta uwagi, aczkolwiek wg mnie dobrze wspomnieć co nieco o kilku faktach.

Transport powrotny zapewniały nam te same linie lotnicze co podróż z Londynu do Katmandu, czyli Oman Air. Odprawa była łatwa i przebiegła bez komplikacji w kwestii posiadania wydrukowanego świstku papieru. Wystarczyło stosowne potwierdzenie z telefonu.
Prosto na lotnisko spod hostelu dostaliśmy się taksówką. Przy wejściu na terminal policjanci nie skanują was żadnym sprzętem (jedynie bagaże) tylko przeszukują rękoma. Pod strzechą tego budynku uświadczycie: punkt pocztowy, toalety, bankomat, punkt wymiany rupii na inne waluty, kilka sklepów z pamiątkami (magnesy – 300 NPR, najtańsza herbata – 250 NPR) oraz sklepy z przekąskami (Snickers – 150 NPR). Jest też kilka gniazdek elektrycznych, aby to podłączyć się do Matrixa. Niestety nie kupicie tam gorącego jedzenia. Dostępne jest jedynie w strefie bezcłowej. Kupicie ten również alkohol, z tymże uwaga – SKLEPY Z NIM SĄ CZYNNE TYLKO DO GODZINY 18!
 
Lotnisko jest dosyć małe. ROzmairowo porównałbym je do lotniska im. Lecha Walesa (brak znaków diaktrycznych celowy) w Gdańsku.

Po odprawie i przejściu do wyżej wymienionej strefy stało się coś czego raczej w XXI wieku bym się nie spodziewał. Na lotnisku na kilka minut totalnie zabrakło prądu. Przez chwilę cytując Kazika miałem „serce w przełyku” i bałem się, że to jakiś zamach. Na szczęście się myliłem 🙂 Jak przyjdzie was czas na tzw. security check i przejście do hali odlotów (ostatni etap przed wejściem do samolotu) pamiętajcie o tym aby nie ominąć stempla z pieczątką na bilecie!

Później czekała mnie tylko przesiadka w Muskacie i lot powrotny do Londynu. Tam powrót do rzeczywistości i jak się okazało praca na londyńskim zmywaku. Przed wyjazdem rzuciłem robotę, wróciłem bez żadnych oszczędności, a dodatkowo trochę popłynąłem w Nepalu przywożąc debet około pół tysiąca funtów. Jak najszybciej potrzebowałem roboty i kasy. Przyszedł czas, żeby schować ambicję w kieszeń. W sumie było warto. Carpe diem!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *