Projekt Route 66 – This is the end.

Siema,

Niedawno wróciłem z ambasady. No niestety… Nie będzie mi dane obcować z pięknymi, wysokimi, niebieskookimi, ładnie pachnącymi i bajońsko bogatymi nadludźmi ze Stanów (dzieciaki by w tym momencie dały drogowskaz #ironia, bo jeszcze ktokolwiek pomyśli, że to jest napisane na serio…). Po raz piąty odmówiono przyznania mi turystycznej wizy do U. S. A. Powody? Ten co zwykle. Brak powiązań z Anglią (you dont have ties with UK). Gówno prawda, ale co ja tam wiem…


Jak mam być szczery to w sumie szedłem tam z myślą, że skończy to się fiaskiem, aczkolwiek dopuszczałem szansę powiedzmy 1/20 że interview z pracownikiem ambasady zakończy się pozytywnie. Pomimo negatywnego rezultatu, towarzyszy mi jednak lekki smuteczek.

W sumie trochę zdrowia poświęciłem na planowanie wyjazdu do Ameryki. Nerwy – pierdut, kasa – pierdut, wyjazdy gdziekolwiek – pierdut, życie towarzyskie – pierdut, czas – pierdut. Aby uwiarygodnić swoją osobę, oraz dodatkowo podczas mojego wyjazdu posiadać najpopularniejszy środek płatniczy specjalnie wyrobiłem dwie karty kredytowe. Z myślą o tym road tripie zrobiłem cholerne prawo jazdy. Największym „pierdut” powodującym inne „pierduty” była mamona. Nie mam jakiejś strasznie dochodowej pracy, oraz dodatkowo nie piastuję w niej nie wiadomo jakiego stanowiska, które gwarantowało mi by duży hajs, dlatego też trzeba było pilnować grubości portfela. Towarzyszyło mi dodatkowo kilka sytuacji, które skutecznie odchudzały posiadany budżet. Oszczędzałem na wszystkim, począwszy od najtańszego żarcia, piwie ze znajomymi, kończąc na wyjeździe chociażby do Polski czy pozwiedzać jakieś ciekawe miejsca w zapyziałym Londynie (o dalszych wyjazdach nie wspominając…).

Także ten tego, wszystko to poszło o kant dupy potłuc. Mimo to mam wyjście: B, C, D, E i dziesiątki innych, więc na pewno jakiś ciekawy wyjazd na pewno zaliczę na swoja 30-tkę. (Może wyjazd na Antarktydę?)

Summa summarum, kończę póki co epizod z Route 66 w swoim życiu. Nie mam zamiaru przeznaczyć kolejnych £150 na aplikację wizową, (wydałbym na to około £1000) więc kolokwialnie mówiąc leję na to ciepłym moczem. Swoją godność też mam i nie zamierzam do usranej śmierci prosić Jankesów o wstęp do „ich” państwa.

Póki co bez odbioru, ale już moja w tym głowa, żeby szybko ogarnąc zamiennik wyjazdu do Stanów.

PS Może kiedyś wrócę do tego pomysłu. W końcu jak to się mówi o życiu? Nigdy nie mów nigdy…

Dzięki, że mnie wspieraliście i kibicowaliście,

Bartosz Kwiek, 15.09.17 r., Londyn

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *