Tajlandia cz. IV – Pattaya i wyspa Koh La(r)n

Siema,

Zapraszam was do zapoznania się z niniejszą notatką, w której opiszę jak przebiegały moje ostatnie dni w Tajlandii, które spędziłem w mieście Pattaya i na wyspie Koh La(r)n.

Pattaya

Kilka zachodów Słońca zastało mnie w Bangkoku i stamtąd wyjechałem autokarem do nadmorskiej miejscowości Pattaya. W każdym razie z jakiegoś dworca, do którego po kilku godzinach dowiózł nas autokar, wzięliśmy coś, ala tuk-tuka z kilkoma turystami na spółkę i dojechaliśmy na wybrzeże nad przystań. Stamtąd popłyniemy do naszej nowej bazy, jednej z Tajskich wysepek, ale o tym za chwilę. W czasie swojego pobytu trochę czasu spędziliśmy także w tym resorcie, także wypada poświęcić mu kilka akapitów. Czasami po prostu z braku laku popłynęliśmy łajbą z Koh La(r)n na stały ląd zobaczyć co tam piszczy w trawie u miastowych.

15319358_10202247431343847_94055113_n
Mapka mało wyraźna, ale tyle o ile obrazuje wielkość miasta i jego położenie.

Pattaya jest to turystyczne miasteczko (coś ala Sopot), położone na wschodnim wybrzeżu nad zatoką tajlandzką będącą częścią południowego morza chińskiego, około 100 km od stolicy. Brzmi egzotycznie? Prawidłowo. W okolicy znajdują się rajskie wysepki, które właśnie są moim celem. W samej Pattayi słabo jest z ładnymi plażami, za to jest kilka atrakcji, o! Nie no żartuję, kolokwialnie mówiąc miasto d*** nie urywa…Tyle o ile jest to jeden z największych tajskich b*****i zaraz po Phuket. Miasto jest dosyć rozległe i powiedzmy, że dostaniemy tam to samo co w Phuket tylko w mniejszym natężeniu na metr kwadratowy. Mam na myśli: masaże, dziewczyny, alkohol, narkotyki, imprezy, etc.

walking-street
Źródło: http://www.flirt-pattaya.com/wp-content/uploads/2014/04/walking-street.jpg

Epicentrum tego całego tałałajstwa jest najsłynniejsza ulica w mieście (powiedzmy takie Monte Casino)-Walking street, które raczej powinno nazywać się capital of Seven Eleven, albo Lucifer street. Co będę dużo pisał. Jedno wielkie skupisko sklepów, restauracji, pubów i imprez, położone zaraz przy (kamienistej) plaży. Jeśli chcecie zjeść frutti di mare z pierwszego tłoczenia to znajdziecie tam knajpę na knajpie z tymi specyfikami (kraby są po około 400 bahtów, cena zależy od wagi). Nie znasz tajskiego, a ruski ci bratem? Wszędzie dogadasz się bez problemu po rosyjsku 😉 Nasi sąsiedzi ze wschodu są w tym miejscu uważani za chodzące bankomaty, także normą są napisy w cyrylicy. Anyway, miejsce, że tak powiem budzi się do życia wieczorem, także w dzień nie wyciśniecie z tamtą wszystkich soków. Trzeźwość bynajmniej też nie ułatwia sprawy 😀 Podsumowując – must see and be w mieście.

Jak mam być szczery to nic wielkiego tam nie zobaczyłem. Może nie tyle co z nieświadomości, albo lenistwa, ale najzwyczajniej w świecie za dużo tego nie ma. Jak was to pasjonuje to wpadnijcie do ogrodu botanicznego Nong Nooch (wygooglujcie sobie info na ten temat, ja tam nie byłem). Jak chcecie się poczuć jak w jakiejś Rabce czy innej turystycznej Mekce otworem stanie przed wami Aqua Park, park z miniaturami budowli europejskich, muzeum figur woskowych, Believe or Not pana Ripleya i inne McDonaldsy.

  • Z tej całej hałastry warto zobaczyć Sanktuarium Prawdy (ang. Sanctuary of Truth taj. Prasat Sut Ja-Tum). Świątynia (coś rzadkiego w Pattayi) gdzie na pewno odpoczniecie od miejskiego zgiełku i pstrykniecie świetne zdjęcia. Warto, wygooglujcie miejscówkę. Nie jest to żadna zabytkowa budowla, bo powstała w latach 80tych jako widzimisię jednego z Tajlandzkich biznesmenów. Dalej przy niej dłubie i planowane doszlifowanie wszystkich detali planowane jest na 2050 rok.
Źródło: http://filesfly.net/wp-content/uploads/2015/08/sanctuary-20of-20truth.jpg
  • Na pewno nie pożałujecie poświęcając kilka chwil na spacer w celu zobaczenie największej sylwetki Buddy na świecie (Khao Chi Chan). Wysoki jest na 109 metrów, a szeroki  na 70 Łatwo by nie było zbudować taki posąg, więc ktoś poszedł na łatwiznę i obrysował Go w skale 😉
Źródło: http://iancaseley.com/wp-content/uploads/2015/11/golden-buddha-khao-chi-chan.jpg

Pewnego razu, gdy o dziwo znudzenie brało górę zauważyłem wycieczkę kilkudziesięciu Azjatów. Od razu podbiegłem do nich się integrować. Niestety nic nie kumali po angielsku, ale sprawdzona komunikacja, czyli migi+rozbrajający uśmiech pozwoliły mi się zyskać względy grupy 😀 Mając przy sobie szalik Arki Gdynia nie mogłem odpuścić okazji, aby namówić ich do wspólnego zdjęcia. Azjaci aż tak się zaangażowali, że zaczęli mi bić brawo i śpiewać jakieś pieśni. Nie wiem o co im chodziło, ale całkiem spoko. W życiu piękne są tylko chwilę…

thumb_dscf0301_1024-copy

Koh La(r)n

Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że jako jedna z największych atrakcji tego miasta wymieniona jest koralowa wysepka oddalona od niego o kilka kilometrów – Koh La(r)n 😀

Dlaczego tak dziko zapisuję jej nazwę? Czasami nazywa się ją Koh Larn, innym razem Koh Lan, oraz występuje również pod nazwą Wyspa Koralowa. Do wyboru, do korolu. Anyway, z wybrzeża można się tam dostać m. in. łodzią, która zaopatruje sklepy wyspiarzy i przewozi turystów.  Rejs trwał ponad pół godziny, a bilet kosztował mnie bodajże 30 bahtów. Przed wypłynięciem warto zadbać o catering, gdyż na pokładzie nie ma sklepów. Jest za to toaleta, darmowe kapoki i cudowne widoki.

13499768_10209556269688646_1809240799_o

Wyspa nie bez kozery nosi miano koralowej. Morze, które ją otacza jest rajem dla płetwonurków i zwykłych fanów snorkelingu. Za śmieszne niskie pieniądze w krystalicznej wodzie, w końcu będziecie mięli okazję poznać świat rodem z filmów z Discovery Channel i nie słyszeć w tle głosu pani Krysi Czubówny 😉

Apropos sportów wodnych. Możliwości naprawdę macie sto tysięcy. Od wypożyczenia dmuchanego kółka i piłki, nurkowania, po jazdę na skuterze wodnym i parasailing (uwaga, bo wrażenie jest świetne, aczkolwiek trwa to chyba maks. 5 minut, koszt to ok. 600 bahtów). Proporcjonalna do liczby wodnych aktywności oczekujących na turystów, jest liczba plaży.

thumb_dscf0323_1024-copy

13453140_10206416751234374_1296312275_o

Oczywiście piękne, nie zasyfiałe, pełno sklepów, etc., ale z jednym minusem-zatłoczone. Osobiście myślę, że za cenę raju na ziemi można to ścierpieć. Jeśli chcecie bardziej kameralnie spędzić tam czas to polecam iść w moje kroki i wykąpać się w jakiejś dzikiej zatoczce z partyzanta, w świetle Księżyca 😀 Spontany zawsze wychodzą najlepiej i przynoszą niespodziewajki co i mnie nie ominęło. Kiedy wskoczyłem do wody wszystko w niej zaczęło migotać niczym stroboskopy (wypiłem tylko z 4 Breezery). Wyczytałem w internecie, że trafiłem na bioluminescencyjny plankton. Dla ciekawych co to oznacza zapraszam do zakupu mojej książki o pobycie w dżungli amazońskiej gdzie zaobserwowałem podobne zjawisko (z tym że na grzybach). W telegraficznym skrócie plankton świecił w ciemności.

13499930_10209556253328237_642682656_o

Tak po za grzaniem się na leżaku, piciu alkoholu, jedzeniu tajskiego żarcia (pad thai za 150 bahtów),pływaniu i jakiś sportach wodnych to zbyt dużo do roboty na tej wyspie nie ma. W celu poszukania ciekawych zakątków, polecam wypożyczyć skuterek i zjeździć wyspę dookoła. Nie namierzyłem żadnych imprezowni czy innych klubów. Sklepy zamykają o 21 i absolutnie nie istnieje tam nocne życie. Jedynym przejawem szaleństwa są festyny organizowane w piątki. Na jeden z nich się akurat załapałem:

thumb_dscf0253_1024-copy

Scena zbudowana przed Tajską świątynią, wizualizacje wyświetlane na jej ścianach, muzyka, głośniki stojące przed nią i o dziwo nikomu to nie przeszkadzało. Chyba cała parafia się też bawiła 😀 Fajne było to, że po jakimś czasie starsza (około 80tki) pani weszła na scenę i zaczęła tańczyć z profesjonalnymi tancerkami, śpiewać i dobrze się bawić. Naprawdę ludzie tam mają inną (in plus) mentalność niż Europejczycy.

Z Koh Larn to by było na tyle. Wypada jeszcze wspomnieć po raz setny, żebyście uważali na naciągaczy i zawyżane dla turystów ceny. Często alkohol, który chciałem kupić przy wejściu na plażę był o kilkadziesiąt bahtów tańszy kilkanaście metrów dalej. Mimo wszystko uważam, że przypłynięcie chociaż na kilka godzin na Koh Lan z Pattayi, aby powygrzewać się na Słonku jest warte zachodu. Przykładowo wypływacie do południa i wracacie wieczorem. Wraz z moim znajomymi spędziliśmy tam 3 dni, by potem wrócić do miasta i kolejnego dnia pojechać do Bangkoku na samolot.

Jak już wspomniałem. Na stałym lądzie spędziliśmy jeszcze jeden dzień dłużej. Nic takiego. Plaża, morze, alkohol i na zmianę, a to leżenie w blasku Słońca, a to w świetle Księżyca. W około pełno ruskich. Do takich granic absurdu doszło, że trafiłem nawet na rosyjski (sic!) market. Niczym się nie różnił od zwykłych, no może muzyka była bardziej wschodnioeuropejska. Z głośników płynęło m. in. polskie reggae. Jeden ze sklepikarzy sprzedawał nawet nazistowskie flagi ze swastyką oO Zanim dostał w mordę zdążył już ją schować z witryny sklepowej.

13460935_10209556272168708_1074711982_o

Często poruszaliśmy się tuk-tukami. Nie mam na myśli tu mini wersji tylko taką z powiedzmy przestrzenią dla 6 turystów. Podróżując w ten sposób trzeba znać niuanse i zasady jak to się obsługuję i jak nie zostać wykiwanym przez kierowcę. Konkretny odcinek drogi obowiązuje stała cena, powyżej której nie ma sensu płacić (cen dowiecie się w recepcji ho(s)telu). Kiedy chcecie wysiąść musicie przycisną guzik, który daje sygnał do zatrzymania kierowcy. Wychodzicie z transportu i dopiero wtedy płacicie kierowcy ustaloną kwotę.

13445993_10206421960084592_2008573986_o

W razie jakiś pytań czy wskazówek walcie śmiało. Czas wracać do Londynu i zacząć odkładać pieniądze, bo póki co przez moje wyjazdy jem tynk ze ściany, pomieszany z powietrzem. A odkładać na co? Na tripa Mustangiem po Route 66 na moje 30te urodziny, oraz inwestowanie w siebie i nową pracę. Pomimo zaciskania pasa na pewno gdzieś mnie jeszcze w 2017 wywieje także stay tuned. Bez odbioru.

Dzięki, że jesteście,

Pozdrawiam nieboraki,

Bartosz Kwiek 09.12.2016 r., Londyn

PS

Jak wam się nudzi to przejrzyjcie czasem te pierdoły socialmediowe gdzie mnie złapiecie:

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *